Życie, miłość i The Beatles. Paul McCartney w obszernej rozmowie dla „Good Hang with Amy Poehler” - część II
2026-10-12, autor: kasia
[...powrót do newsów]
Druga część wywiadu.Trasy koncertowe i osobiste nawyki
Amy Poehler: A czy masz jakiś rytuał przed wyjściem na scenę? Robisz coś zawsze w ten sam sposób – na przykład nie jesz na dwie godziny przed koncertem?
Paul McCartney: Nie jestem przesądny, ale rzeczywiście mam swój rytuał.
Amy Poehler: Jaki? Zdradzisz nam, na czym polega?
Paul McCartney: Dobrze, proszę bardzo, zaczynamy. Przed samym występem faktycznie nie jem, wcześniej jem lunch...
Amy Poehler: Cofnijmy się jeszcze bardziej! O której godzinie kładziesz się spać poprzedniego wieczoru?
Paul McCartney: Poprzedniego wieczoru? Nie mam pojęcia, różnie. To nie ma znaczenia. [śmiech]
Amy Poehler: Wy, muzycy, i te wasze pory chodzenia spać!
Paul McCartney: Jesteśmy po prostu bandą szaleńców. Nie, w ogóle o tym nie myślę. Zazwyczaj nie kładę się jakoś bardzo późno, bez szaleństw. Gdybym zarwał noc do szóstej rano, pewnie trochę bym się martwił, ale normalnie kładę się o zwykłej porze. Potem wstaję i jem swoje śniadanie.
Amy Poehler: Jak wygląda twoje śniadanie? I jak pijesz herbatę?
Paul McCartney: Moje śniadanie jest właściwie strasznie nudne, bo zawsze wygląda dokładnie tak samo. Jem płatki zbożowe. Odrobinę płatków – niezbyt dużo, tylko trochę. Do tego owoce jagodowe.
Amy Poehler: Tak, to prawdziwy superfood.
Paul McCartney: Owoce jagodowe – trzeba je porządnie obsypać owocami. Pięć malin.
Amy Poehler: Ho, ho!
Paul McCartney: Musi być pięć. Dobrze to wygląda – jedna trafia na sam środek. Do tego garść borówek.
Amy Poehler: O tak.
Paul McCartney: Borówki po prostu upycham dookoła. I jedna truskawka, którą kroję na kawałki.
Amy Poehler: Aha, czysta medytacja! Naprawdę o tym rozmawiamy? Możemy ciągnąć ten wątek jeszcze przez godzinę, to jest wspaniałe! Śniadaniowy przepis od Paula. A do tego kawa czy herbata?
Paul McCartney:Nie, rano piję wyłącznie wodę.
Amy Poehler: Zero kofeiny?
Paul McCartney:Nie, nie jestem wielkim kawoszem.
Amy Poehler: Ja właściwie też nie.
Paul McCartney: Jestem przecież Anglikiem.
Amy Poehler: Czyli herbata przez cały dzień?
Paul McCartney: Wielu ludzi wokół mnie – w tym moje dzieci – pija sporo kawy. Ja czasem wypiję jedną kawę w ciągu dnia, zdarza mi się to dość często. W każdym razie tak wygląda moje śniadanie. A jeśli masz ochotę naprawdę zaszaleć, dorzucasz jeszcze parę orzechów pekan i kilka rodzynek. Później natomiast przychodzi pora na bardzo konkretny lunch.
Amy Poehler: Okej, posłuchajmy!
Paul McCartney: Koncertowy lunch.
Amy Poehler: Och, koncertowy lunch!
Paul McCartney: Nie, to lunch w dniu koncertu. Tak, tak, tak.
Amy Poehler: Rozmawiałam z wieloma artystami o tym, jak ogromnym wysiłkiem fizycznym jest samo przebywanie przed publicznością, a ty przecież spędziłeś na scenie większość dorosłego życia – na najróżniejszych etapach, z różnymi ludźmi i w różnych widowiskach. Co obecnie sprawia ci największą radość podczas występów? Jak dziś wygląda wyjście na scenę z twojej perspektywy? Mamy na przykład Bruce’a [Springsteena], który wciąż gra trzygodzinne koncerty, mamy Taylor Swift grającą trzygodzinne koncerty – obecnie od artystów oczekuje się naprawdę długich występów.
Paul McCartney: Wiem! I obwiniam o to właśnie jego. Sam mu to zresztą powiedziałem! Rzuciłem do niego: „To twoja cholerna wina, stary”. Kiedyś graliśmy przez godzinę. Stonesi chyba do dziś grają coś koło godziny z hakiem – stara szkoła. Aż tu nagle Bruce wyskoczył z tymi swoimi trzy-, czterogodzinnymi maratonami. No i teraz my też tak gramy.
Amy Poehler: Wiem, że tak gracie!
Paul McCartney: Ale wiesz, co w tym wszystkim kocham najbardziej? Publiczność. Właśnie o to w tym wszystkim chodzi. Moja publiczność – odpukać w niemalowane – jest niezwykle czuła. Od ludzi bije niesamowite ciepło. Są po prostu świetni i w dodatku w każdym wieku. To jest w tym najbardziej zdumiewające. Zawsze spodziewałem się, że na widowni będą siedzieć ludzie w moim wieku albo nieco młodsi, a tymczasem wcale tak nie jest – przychodzi mnóstwo młodych dzieciaków.
Amy Poehler: Cóż, jesteś ulubionym artystą ulubionych artystów każdego z nas.
Paul McCartney: Ojej.
Amy Poehler: Naprawdę nim jesteś. A czy jest obecnie jakaś piosenka, której słuchasz i myślisz sobie: „Chciałbym być jej autorem”?
Paul McCartney: Hm... nie.
Amy Poehler: Bardzo dobra odpowiedź!
Paul McCartney:Nie, właściwie to nie. Jest kilkoro wykonawców, których uważam za naprawdę świetnych – na przykład Billie Eilish jest super – ale nie sądzę, żebym sam chciał napisać jej piosenki. Poza tym dziś mnóstwo utworów to piosenki o rozstaniach.
Amy Poehler: Zgadza się.
Paul McCartney: A ja jestem żonaty!
Amy Poehler: Jesteś zakochany w pięknej kobiecie i masz fantastyczne śniadanie!
Paul McCartney: Tak, tak, to prawda! Dziś więc raczej nie mam takich myśli, ale kiedyś zdarzały się piosenki, których autorstwa zazdrościłem – na przykład Just the Way You Are Billy’ego Joela. Zawsze uważałem, że to utwór w takim stylu, jaki sam mógłbym napisać. To naprawdę ładna piosenka. Natomiast współcześnie... powiem ci, że niektóre obecne utwory są strasznie banalne. [śpiewa parodystycznym tonem] „Chcę twojego... Chcę tego!”. To mógłby być hit! Tylko musiałbym jeszcze dorzucić do tego odpowiednie ruchy i zatańczyć układ na TikToku.
Amy Poehler: No tak. I mówi to człowiek, który dał światu She Loves You z „Yeah, yeah, yeah”! Więc nie protestuj aż tak bardzo!
Spotkania ze sławą
Amy Poehler: Założę się, że na przestrzeni lat miałeś okazję współpracować z niemal każdym, z kim tylko chciałeś. Czy został jeszcze ktoś, z kim marzy ci się wspólne nagranie?
Paul McCartney: Hm, właściwie nie. Kiedy ktoś zadaje mi to pytanie, zawsze przychodzi mi na myśl Bob Dylan. Ale jestem zbyt stremowany, żeby do niego zadzwonić.
Amy Poehler: „Cześć, Bob, tu Paul”. Nawet nie potrafię go sobie wyobrazić z telefonem przy uchu.
Paul McCartney: Boba? Skądże. Raczej widzę go siedzącego gdzieś w krzakach.
Amy Poehler: Tak, siedzi w krzakach! Dokładnie tak – pisze coś w dzienniku.
Paul McCartney:Może zawinięty w śpiwór.
Amy Poehler: Kto był pierwszą sławną osobą, jaką w życiu poznałeś?
Paul McCartney: Hm... Pierwszą sławną osobą?
Amy Poehler: Kiedy byłeś młody i dopiero zaczynałeś. Pamiętasz kogoś, od kogo chciałeś zdobyć autograf albo kogoś, przy kim odjęło ci mowę na samą myśl, że stoisz przed kimś tak znanym?
Paul McCartney: Królowa.
Amy Poehler: Ho, ho!
Paul McCartney: No tak, akurat takiego autografu na pewno się nie dostanie. Była wspaniała, uwielbiam królową.
Amy Poehler: Ja też ją uwielbiałam.
Paul McCartney: Była urocza. Złożyło się tak, że jej koronacja odbyła się, kiedy miałem jedenaście lat. A ona była wtedy niezłą laską! Kiedy ja miałem jedenaście lat, ona miała jakieś dwadzieścia trzy czy coś koło tego. Wszyscy myśleliśmy sobie wtedy: „Łał, to niesamowite”. Zamiast króla mieliśmy na tronie tę młodą dziewczynę, tę ślicznotkę. Podobała nam się więc w sposób, w jaki pewnie nie powinniśmy byli na nią patrzeć. Rozumiesz, co mam na myśli?
Amy Poehler: Jasne, rozumiem.
Paul McCartney:Poznanie jej osobiście było więc czymś wyjątkowym.
Amy Poehler: Ile miałeś lat, kiedy ją poznałeś?
Paul McCartney: Pewnie koło dwudziestu jeden.
Amy Poehler: Niesamowite.
Paul McCartney: Moja obecna żona, Nancy, twierdzi, że wpadłem królowej w oko. Oczywiście nie sposób stwierdzić, czy jest w tym choćby ziarnko prawdy, ale wiesz, jak to jest z kobiecą intuicją...
Amy Poehler: Załóżmy, że to prawda! Podoba mi się taka wersja. I myślę – nie żebym chciała wypowiadać się w imieniu królowej, ale i tak to zrobię [śmiech] – że ucieszyłoby ją to, co mówi Nancy. Myślę, że nieźle by się z tego uśmiała i sprawiłoby jej to przyjemność.
Paul McCartney: Z nią w ogóle było wesoło. To była jedna z rzeczy, które bardzo w niej lubiłem – miała świetne poczucie humoru. Byłem też bardzo szczęśliwy z innego powodu. Kiedy odbierasz w pałacu odznaczenie, na przykład tytuł szlachecki, nie zawsze wręcza je sama królowa. Ja miałem ogromne szczęście, bo za każdym razem trafiałem właśnie na nią.
Amy Poehler: Osobiście dopilnowała, żeby tam być.
Paul McCartney: Łał! No cóż, tak przynajmniej twierdzi Nancy...
Amy Poehler: Nancy wie swoje! Królowa zajrzała do swojego kalendarza i stwierdziła: „Mhm, czternasta zero zero. Zrobię sobie wolne okienko”.
Paul McCartney: „Sama go załatwię!”.
Amy Poehler: „Wyciągnę miecz i odstawię tę ceremonię z mieczem”. Tak właśnie powiedziała!
Paul McCartney: A ten miecz nazywał się Edward Wyznawca (Edward the Confessor).
Amy Poehler: To imię miecza?
Paul McCartney: Tak – w historii Wielkiej Brytanii był taki król, który nazywał się Edward Wyznawca.
Amy Poehler: Niesamowite.
Paul McCartney: Całe szczęście, że nie był to Ethelred Bezradny (Ethelred the Unready)!
Amy Poehler: Ale spójrz na to znów przez pryzmat podróży w czasie – w które ty nie wierzysz, ale ja w twoim przypadku jak najbardziej. Masz 21 lat i poznajesz królową, po czym przewijamy taśmę o kilkadziesiąt lat do przodu i ta sama królowa pasuje cię na rycerza. Co za szalone życie!
Paul McCartney: Wiem, wiem. Naprawdę trudno w to uwierzyć. I wierz mi, całkowicie się z tobą zgadzam. Samo życie w ogóle jest dla większości ludzi szaloną przygodą...
Amy Poehler: Tak, życie jest szalone niezależnie od okoliczności.
Paul McCartney: Natomiast mój konkretny przypadek [śmiech] był do tej pory wyjątkowo szalony i taki pozostaje. Spójrz tylko na mnie teraz – siedzę tutaj, występuję w twoim programie. To zupełnie jak spotkanie z królową! [śmiech]
Amy Poehler: To zupełnie jak spotkanie z królową!
Paul McCartney: No nie, to jeszcze nie ten poziom co królowa.
Amy Poehler: Jeszcze nie teraz, trochę mi brakuje. Ale i tak robi ogromne wrażenie! [śmiech] Ponadto...
Rodzina i dziedzictwo
Amy Poehler: ...I na tym zakończę ten wątek, który tak bardzo nieporadnie usiłowałam połączyć. Ale wiesz, co jeszcze uwielbiam w twojej pracy? Chrissie Hynde mówi o tym w dokumencie o tobie... Czy możemy na sekundę porozmawiać o Chrissie Hynde? Uwielbiam Chrissie. Opowiedz, jak ją poznałeś. Ty i Linda bardzo się z nią przyjaźniliście. Opowiedz, jak poznaliście Chrissie Hynde.
Paul McCartney: To było w studiu nagraniowym w Londynie – nazywało się AIR London. Mieściło się tam wiele sal nagraniowych, więc na co dzień wpadało się na ludzi pracujących w sąsiednich studiach. Chrissie szła akurat korytarzem – strasznie posępna, z opuszczonymi włosami, spuszczająca wzrok, żeby tylko na nikogo nie spojrzeć. Ale Linda nie uznawała takich barier – po prostu podchodziła do człowieka i rzucała: „Cześć, jak leci?”. Zaczęły rozmawiać i tak ją poznaliśmy. Chrissie przestała być taka nadąsana, wdała się z nami w pogawędkę i okazało się, że mamy ze sobą mnóstwo wspólnego.
Amy Poehler: Jest zagorzałą wegetarianką.
Paul McCartney: Tak, to nas połączyło. A Linda bardzo otwarcie i bez ogródek wyrażała swoje zdanie na ten temat – do tego stopnia, że gdyby to nie była ona, bywałoby to wręcz krępujące. Kiedy byliśmy na proszonej kolacji i ktoś przy stole jadł mięso, potrafiła nieźle dać mu popalić. Pytała wprost: „Zdajesz sobie sprawę z tego, co jesz?”. Mówiła: „Wiesz przecież, że tego kogoś kochała jego mama”.
Amy Poehler: Wyprzedzała swoje czasy. Bardzo wyprzedzała – oboje zresztą wyprzedzaliście swoją epokę.
Paul McCartney: Tak. Miała takie wręcz disneyowskie spojrzenie na zwierzęta. Kiedy widzieliśmy w ogrodzie żabę, bez wahania brała ją do ręki – a przecież nie każda dziewczyna by się na to odważyła. Podnosiła ją, a sposób... aż się wzruszam, kiedy o tym mówię... sposób, w jaki ją trzymała w dłoniach, sprawiał, że nie robiła jej najmniejszej krzywdy. [bierze głębszy oddech] Było w tym coś pięknego. Mówiła wtedy: „Jej mamusia ją kochała” – nawet jeśli chodziło o zwykłą żabę. Dla niej to była po prostu żabka jak z bajki Disneya.
Amy Poehler: Wspaniale było dowiedzieć się z tego dokumentu więcej o tobie i Lindzie. Z zachwytem patrzyłam na to, jak razem pracowaliście i jak byliście ze sobą na co dzień. To było prawdziwe świadectwo tego, jak wygląda pełna szacunku, piękna, odwzajemniona miłość.
Paul McCartney: Tak, Linda była kimś absolutnie wyjątkowym. Twarda, naprawdę twarda babka.
Amy Poehler: Zobacz, mam tu chusteczki Good Hang.
Paul McCartney: Dziękuję szanownej pani.
Amy Poehler: Chciałabym porozmawiać o twoim życiu rodzinnym i o tym, jak ważna jest dla ciebie rodzina – również dlatego, że miałam przyjemność i zaszczyt poznać niektórych twoich bliskich. Kiedy jednak na potrzeby tej rozmowy odchodzimy powoli od tematu The Beatles – choć tak naprawdę nigdy od niego nie odejdziemy – jak dziś wyglądają twoje relacje z George’em, Johnem i Ringo? Niektórzy są wciąż z nami, innych już nie ma. Ale jak dobrze wiemy na przykładzie Lindy czy twojej mamy, ludzie, których tracimy, zostają z nami na zawsze – zmienia się tylko charakter naszej relacji z nimi. Jaka więź łączy cię dzisiaj z tymi mężczyznami?
Paul McCartney: Cóż, jestem ich fanem. I im więcej czasu mija, tym większym staję się fanem – jestem po prostu fanem The Beatles. Jak już wspominałem, zdarza się, że usłyszę jakiś nasz dawny utwór, przypomnę sobie, jak pisałem go razem z Johnem, i myślę: „Rany, ależ miałem szczęście! To niesamowite – siedzę sobie, piszę piosenkę z drugim facetem, a tym facetem jest sam John Lennon”. I myślę, że u niego działało to dokładnie tak samo w drugą stronę: siedział z kimś, kto omawiał z nim jego pomysły, a tym kimś byłem ja. Jestem więc ich fanem i mam wrażenie, że mój podziw dla nich rośnie za każdym razem, gdy o nich myślę.
Weźmy na przykład George’a. Poznałem go w szkolnym autobusie. Wsiadałem na jednym przystanku do takiego wielkiego, zielonego piętrowego autobusu – dojazd z naszej okolicy do szkoły zajmował około pół godziny. Ja wsiadałem na jednym przystanku, a na następnym wsiadał George. Nosiliśmy takie same mundurki szkolne, więc od razu mieliśmy jakiś punkt zaczepienia. Czasami siadaliśmy obok siebie i rozmawialiśmy o gitarach i rock and rollu. Swoją drogą śpiewam o tym w jednej z piosenek na albumie Dungeon Lane.
Amy Poehler: Naprawdę?
Paul McCartney:Tak, jest tam utwór zatytułowany Down South, który opowiada właśnie o tym, jak poznaliśmy się w szkolnym autobusie i gadaliśmy o rock and rollu, gitarach i tym podobnych rzeczach. To było świetne, zaprzyjaźniliśmy się na tym tle. A później, kiedy szukaliśmy kolejnego gitarzysty i John był zainteresowany przyjęciem kogoś nowego, zaproponowałem właśnie George’a. Powiedziałem: „Mam takiego małego kumpla” – był „mały” nie tyle wzrostem, ile wiekiem, był po prostu bardzo młody, co mogło stanowić problem. Okazało się jednak, że to żaden problem, bo świetnie grał na gitarze. Zrobił na Johnie ogromne wrażenie i w ten sposób dołączył do zespołu. Tak wyglądały początki, a spójrz tylko na dalsze życie George’a, na to, jak się rozwinął i jak bardzo uduchowionym człowiekiem się stał. To było coś niezwykłego.
Amy Poehler: A czy ty masz jakąś praktykę duchową, Paul? Czujesz się osobą uduchowioną?
Paul McCartney: Nie mam jakiejś szczególnej praktyki, ale medytuję. Wierzę w istnienie jakiejś siły wyższej – nie wiem, czy to „on”, czy „ona”, ale wiem i czuję, że coś tam jest. Często stosuję też tę metodę... Znasz książkę Sekret?
Amy Poehler: O tak! Przez pewien czas byłam w to bardzo wkręcona.
Paul McCartney: A ja wciąż jestem!
Amy Poehler: Pewnie byłeś na mojej tablicy wizji (vision board) i proszę – dziś siedzę tu i z tobą rozmawiam!
Paul McCartney:Ja stosuję akurat taką prostą wersję.
Amy Poehler: Ale to się czuje w twojej sztuce, Paul – tę ideę dostrajania się do otwartego kanału. I nie chodzi tu o powierzchowny optymizm, który spłaszcza rzeczywistość, lecz o samo poczucie, że wokół istnieją możliwości i trzeba pozostać na nie otwartym. Wyczuwam to, kiedy mówisz o swojej pracy, i dokładnie to samo słyszę, gdy opowiadasz o rodzinie. Zbudowanie rodziny było dla ciebie niezwykle ważne – zarówno z ludźmi, z którymi grasz, jak i z bliskimi w życiu prywatnym. Uwielbiam to, że pozwalasz nam zobaczyć, jak mocno wierzysz w miłość.
Paul McCartney: Naprawdę w nią wierzę.
Amy Poehler: Wierzysz w miłość i widać to po tym, jak idziesz przez życie. Gratulacje dla ciebie i Lindy za wychowanie wspaniałych dzieci – naprawdę utalentowanych, życzliwych i zabawnych ludzi.
Paul McCartney: Dziękuję. Tak, dzieciaki są świetne, to dla mnie bardzo ważne. A prawda jest taka, że niespecjalnie różnię się pod tym względem od wielu innych ojców.
Amy Poehler: No dobrze, ale ty na swoje towarzyszki życia wybierasz też bardzo silne kobiety. Lubisz silne, niezależne kobiety. [chrząknięcie] A to wcale nie jest oczywiste u mężczyzn, którzy osiągnęli taki sukces, mają taki talent i wpływy jak ty. Czasami tacy mężczyźni nie lubią, gdy ktoś stanowi dla nich intelektualne wyzwanie.
Paul McCartney: Zabawne, sam nigdy w ten sposób o tym nie myślałem, ale to prawda. Lubię, kiedy ktoś ma własne, zdecydowane zdanie.
Amy Poehler: Cóż, rozmawialiśmy dziś z kimś, kto zdecydowanie ma własne zdanie! Mamy w naszym podcaście taki zwyczaj, że przed wywiadem rozmawiamy z kimś bliskim naszemu gościowi, kto podsuwa nam pytanie. Mogłam zwrócić się do wielu osób, ale bardzo zależało mi na rozmowie ze Stellą. Opowiedz nam o Stelli.
Paul McCartney:Stella to dziewczyna z charakterem, prawdziwy żywioł! Kiedy Linda rodziła Mary, wszystko poszło gładko. Potem zaszła w ciążę ze Stellą, pojechaliśmy do szpitala na poród i nagle zrobiło się nerwowo – lekarze zdiagnozowali tzw. łożysko przodujące (placenta previa).
Amy Poehler: Och, tak, oczywiście wiem, co to takiego. To potrafi być bardzo niebezpieczne.
Paul McCartney:Lekarz oznajmił nam więc, że konieczne będzie cesarskie cięcie. Zgodziliśmy się, zabieg przebiegł pomyślnie, ale oznaczało to, że Stella musiała trafić do inkubatora. Była maleńka. Schodziłem więc kilka pięter niżej na oddział z inkubatorami, zaglądałem do naszej córeczki, a potem wracałem na górę i zdawałem Lindzie relację. I wydarzyła się wtedy niesamowita rzecz: patrzę, a Stella wykonuje w inkubatorze taki drobny gest – kropka w kropkę identyczny jak Linda! A przecież ona jeszcze nawet nie znała Lindy!
Amy Poehler: Niesamowite!
Paul McCartney: Nie miała kiedy podpatrzyć u niej żadnych nawyków, więc było to w stu procentach wrodzone. Pobiegłem na górę i wołam od progu: „Stella właśnie zrobiła ten charakterystyczny ruch! Przecież znam go od ciebie!”. Często to ze Stellą wspominamy.
Amy Poehler: To niesamowite, że przywołujesz akurat tę historię, Paul, bo pytanie, które przekazała mi dla ciebie Stella, brzmi: „Zapytaj tatę, jakie jest jego najwcześniejsze wspomnienie. Rozmawialiśmy o tym kilka dni temu i przypomniał je sobie”. Sama Stella zdradziła mi bowiem, że jej zdaniem jednym z jej pierwszych wspomnień jest właśnie leżenie w inkubatorze. Wiem, że wielu ludzi ma wspomnienia z momentu narodzin – albo ma poczucie, że je pamięta – a sposób, w jaki przychodzisz na świat, potrafi pod wieloma względami ukształtować twoją dalszą drogę: możesz wyrosnąć na wojownika i osobę, która zawsze spada na cztery łapy, albo kogoś spokojnego i sennego. Stella podzieliła się tym jako swoim pierwszym wspomnieniem i chciała, żebym zapytała, jakie jest twoje.
Pierwsze wspomnienia i pisanie piosenek
Paul McCartney:Z takimi rzeczami człowiek nigdy nie ma pewności, czy sam ich sobie nie dopowiedział, ale mam takie silne poczucie, że pamiętam swoje narodziny. Urodziłem się w Liverpoolu w szpitalu Walton Hospital – to był stary wiktoriański gmach, który zanim stał się szpitalem, pełnił chyba jakąś inną funkcję. Pamiętam białe kafelki – takie bardzo higieniczne białe płytki – chromowane przyrządy i metaliczny szczęk, bo był to poród kleszczowy. Musieli mnie stamtąd wyciągać.
Amy Poehler: Mnie też! Ja też urodziłam się przy użyciu kleszczy!
Paul McCartney: Naprawdę?
Amy Poehler: Tak, miałam wgłębienia na głowie.
Paul McCartney: Wielkie brawa dla dzieciaków urodzonych kleszczowo!Musieli mnie wyszarpnąć na siłę, bo nie chciałem wyjść. Za dobrze mi tam było! [śmiech] Myślałem sobie: „Tu jest całkiem nieźle, karmią mnie na bieżąco”.
Amy Poehler: Dokładnie! Aż tu nagle coś wpada do środka, zaciska ci się na głowie i wyciąga cię na zewnątrz.
Paul McCartney: I tak oto przyszedłem na świat. Uwielbiam to, że u ciebie było tak samo! Wydaje mi się więc, że naprawdę to pamiętam – choć nie wiem, ile w tym prawdy.
Amy Poehler: Drugie pytanie od Stelli brzmiało: „Co to jest Monkberry Moon Delight, czy kiedykolwiek to paliłeś i pod wpływem czego byłeś, kiedy pisałeś tę piosenkę?”.
Paul McCartney: Niewykluczone, że byłem pod wpływem czegoś, co wcześniej spaliłem! Ale sama historia wyglądała inaczej. Kiedy nasze dzieci były małe, jak to maluchy, przekręcały niektóre wyrazy. I na mleko (milk) mówiły monk: „Tatusiu, mogę prosić trochę monka?”. [parsknięcie] Monk oznaczało więc mleko. A ja myślałem akurat o koktajlu mlecznym (milkshake). Z połączenia słów milk, berry, monkberry i moon powstała więc w mojej głowie nazwa fantazyjnego koktajlu mlecznego. Wyobraziłem go sobie, a potem po prostu popłynąłem z tekstem, bo słowa tej piosenki są kompletnie zwariowane. „Siedziałem na strychu z pianinem w nosie...”.
Amy Poehler: „Zupa i purée”.
Paul McCartney: Jakieś kocięta... [śmiech] „Nie zostań w tyle”.
Amy Poehler: Tak! „Keczup, keczup”.
Paul McCartney:„Keczup!”. [śmiech] Wiem, to po prostu czysta zabawa słowem, ale kiedy patrzę dziś wstecz na tego typu piosenki, myślę sobie, że chciałbym nadal pisać takie rzeczy. To był po prostu taki zwariowany okres. W każdym razie w mojej wyobraźni Monkberry Moon Delight to koktajl mleczny.
Saturday Night Live, skecze i runda szybkich pytań
Amy Poehler: Ostatni temat, o którym chcę z tobą porozmawiać, to twoje związki z Saturday Night Live. Spośród wielu ścieżek, którymi wkroczyłeś w moje życie, jesteś też mocno związany z programem, który ukształtował mnie w czasach, gdy dopiero odkrywałam, co chcę w życiu robić. Saturday Night Live było ogromną częścią mojego świata, a ty, Lorne [Michaels] i w ogóle The Beatles zawsze wydawaliście się tam obecni. Zresztą naprawdę często bywasz w studiu i wielokrotnie występowałeś w programie.
Paul McCartney: Zgadza się.
Amy Poehler: Stworzyłeś tam mnóstwo niezapomnianych momentów. Przygotowując się do naszej rozmowy, wspominałam ten niesamowity skecz z Chrisem Farleyem, w którym Chris przeprowadza z tobą wywiad i robi dokładnie to, co zapewne większość ludzi na jego miejscu – po prostu opowiada ci o tym, czego dokonałeś, i pyta: „Pamiętasz to?”. Był w tym genialny.
Paul McCartney: Tak, był niesamowicie dobry. Wydaje mi się, że po raz pierwszy ten program pokazał mi John, który mieszkał wtedy w Nowym Jorku i uwielbiał SNL. To było mniej więcej w tym czasie, kiedy Lorne wystąpił na wizji i zaproponował nam trzy tysiące dolarów za wspólny występ – bo wszyscy dookoła oferowali wtedy miliony za reaktywację zespołu, a on wyciągnął przed kamerą ten mały czek...
Amy Poehler: Tak, czek opiewający podobno na standardową stawkę związkową, jaką zapłaciłaby wam stacja NBC! Uwielbiam tę historię – opowiadałeś już kiedyś, że przez ułamek sekundy naprawdę to rozważaliście. Byliście przecież wtedy w Nowym Jorku.
Paul McCartney: Siedzieliśmy z Johnem u niego w mieszkaniu w Nowym Jorku i on pyta: „Widziałeś kiedyś ten program?”. Mówię, że nie. A on na to: „Wychodzi tam taki facet i składa nam na wizji tę ofertę”. I w trakcie oglądania – bo program leciał akurat na żywo – John rzuca: „Powinniśmy teraz zjechać na dół, pojechać tam i zrobić im niespodziankę”. Przez chwilę naprawdę zamierzaliśmy to zrobić, ale po namyśle stwierdziliśmy: „Nie, za wygodnie nam się tu siedzi. Pooglądajmy po prostu dalej”.
Amy Poehler: No tak, była przecież wpół do dwunastej w nocy!
Paul McCartney: Obejrzeliśmy więc odcinek w fotelach. Chyba właśnie wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z tym programem i zrozumiałem, dlaczego wszyscy są jego wielkimi fanami i dlaczego stał się w Ameryce prawdziwą instytucją. Zresztą sam uwielbiam brać udział w skeczach – bardzo lubię część muzyczną, ale...
Amy Poehler: Uważaj z takimi deklaracjami, bo scenarzyści będą cię bez przerwy dopisywać do kolejnych skeczów!
Paul McCartney: Wcale mi to nie przeszkadza!
Amy Poehler: Naprawdę to lubisz?
Paul McCartney: Tak! Ostatnio grałem faceta z warsztatu, mechanika samochodowego – w skeczu z Marcello [Hernándezem] i Willem Ferrellem.
Amy Poehler: I jak się pracowało z Marcello? Żartuję!
Paul McCartney: No i oczywiście ten skecz, który zrobiłem z Martym Shortem.
Amy Poehler: Och, Marty Short! Boże, on jest cudowny.
Paul McCartney:Jest wspaniały. Jakiś czas temu jedliśmy wspólnie kolację – ja, Lorne i Jimmy Fallon. Martin miał do nas dołączyć, ale się spóźniał. Siedzimy więc przy stoliku w zatłoczonej restauracji, aż tu nagle z lewej strony wchodzi Martin. Idzie przez salę i udaje, że nas nie widzi i nie wie, gdzie siedzimy – chociaż doskonale nas zauważył. Przeciska się między ludźmi, woła: „Och, przepraszam! Ojej, najmocniej przepraszam!”, wpada na kolejne stoliki i odgrywa cały ten swój popisowy numer, po czym nagle rzuca: „O, tutaj jesteście!”.
Amy Poehler: Przezabawne, czyste szaleństwo! Dobrze, szybka runda krótkich pytań (rapid fire) i wypuszczamy cię do domu. Zaczynamy! Najlepsza dekada w muzyce?
Paul McCartney:Lata 60.
Amy Poehler: Gdybyś był zwierzęciem, to jakim?
Paul McCartney: Koniem.
Amy Poehler: Dlaczego?
Paul McCartney: Bo kocham konie.
Amy Poehler: Czy wierzysz, że żyłeś już wcześniej w jakimś poprzednim wcieleniu?
Paul McCartney: Całkiem możliwe.
Amy Poehler: I kim wtedy byłeś?
Paul McCartney: Ja? Królem Ethelredem Bezradnym!
Amy Poehler: Czy masz swoją ulubioną piosenkę spośród wszystkich, które kiedykolwiek napisałeś?
Paul McCartney: Tak, Here, There and Everywhere. Bardzo lubię tę piosenkę.
Amy Poehler: A ulubiona twoja piosenka według Nancy?
Paul McCartney: Days We Left Behind z nowego albumu.
Amy Poehler: Fantastycznie. Ostatni koncert, na jakim byłeś jako widz?
Paul McCartney: Chyba występ Brandi Carlile.
Amy Poehler: Gościła u nas w tym studiu! Jest niesamowicie utalentowana, prawda?
Paul McCartney: A do tego to przemiła dziewczyna.
Amy Poehler: Kiedy spotykasz innych autorów piosenek, musicie chyba mieć takie natychmiastowe poczucie porozumienia: „O, znamy się z jednego podwórka, wiemy, jak to się robi” – nawet jeśli przed chwilą ustaliliśmy, że nikt do końca nie wie, jak to się robi, ale wy akurat macie to za sobą. Miałam dokładnie takie wrażenie, kiedy oglądałam dokument Get Back i patrzyłam, jak piszecie piosenki i spędzacie czas w studiu. Wyglądało to kropka w kropkę jak praca w pokoju scenarzystów komediowych: chwilę pracujesz na poważnie, a potem przez długi czas się wygłupiasz. Bo człowiek jest w stanie wymyślać coś oryginalnego tylko przez parę minut ciągiem, a potem musi pograć cudze kawałki i powygłupiać się z resztą ekipy. Odgrywaliście przed sobą małe scenki, żeby przewietrzyć głowy i wrócić na właściwe tory twórcze. Patrząc na to, myślałam sobie: „O, właśnie tak wygląda prawdziwy proces twórczy”.
Paul McCartney: Tak, przyjaźniliśmy się od lat, więc bez przerwy się wygłupialiśmy. Wystarczyło rzucić jakiś drobiazg, a John błyskawicznie to podchwytywał. Pamiętam pracę nad jedną z moich piosenek, She Came In Through the Bathroom Window. Jest tam taki wers: „Poniedziałek wisi na telefonie z Wtorkiem” – czy raczej: „Niedziela dzwoni do Poniedziałku, a Wtorek dzwoni do mnie” (Sunday's on the phone to Monday, Tuesday's on the phone to me). Zacząłem więc improwizować do mikrofonu: „Halo, Wtorek? Wszystko gra, skarbie?”. A siedzący przy pianinie John od razu wskoczył w rolę: „Wszystko w porządku, Wtorku!” – i zaczęliśmy na dwa głosy prowadzić pogawędkę z „Wtorkiem”. Mogliśmy sobie na to pozwolić, bo spędziliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Jeździliśmy razem autostopem, sypialiśmy w tych samych pokojach, a takie doświadczenia budują między ludźmi ogromną bliskość.
Amy Poehler: Obserwowanie was przy wspólnej pracy daje każdemu, kto kiedykolwiek tworzył coś z drugim człowiekiem, poczucie głębokiego zrozumienia. Chodzi o to, o czym wspominałeś wcześniej – że w pracy twórczej trzeba po prostu zrobić przestrzeń na odrobinę magii. Jeśli masz szczęście, ta magia się pojawia; jeśli masz jeszcze więcej szczęścia, udaje ci się przekuć ją w dzieło; a jeśli jesteś największym szczęściarzem na świecie – ludzie to pokochają.
Paul McCartney: To prawda. Choć myślę, że jeśli ty sama kochasz to, co robisz, ludzie prawdopodobnie też to pokochają.
Romantyzm, zombie, Mój ulubiony rok
Amy Poehler: Na koniec chciałabym ci powiedzieć, Paul, czego nauczyłeś mnie jako artystę przez całe moje życie obcowania z twoją twórczością. Nauczyłeś mnie, że najważniejsza w tym wszystkim jest miłość. Strata jest nieunikniona, zmiany są nieuniknione, a życie bywa szalone, ale dopóki człowiek kieruje się w stronę miłości, idzie we właściwym kierunku.
Paul McCartney: Dziękuję ci za te słowa. Miłość to naprawdę wszystko, czego nam trzeba (That's all you need). Całkowicie się z tym zgadzam. Zresztą bez bicia przyznaję się do tego, że jestem romantykiem. Uwielbiam romantyzm, uwielbiam filmy z wątkiem romantycznym. Nie przepadam za to za strzelankami.
Amy Poehler: A lubisz horrory?
Paul McCartney: Nie.
Amy Poehler: Ja też nie. I zatrzymajmy się przy tym na sekundę...
Paul McCartney: Zombie! Ludzie za tym szaleją, a ja nigdy tego nie oglądałem. Zupełnie mnie nie ciągnie do zombie.
Amy Poehler: Mówiłam to już kiedyś publicznie, ale gdyby wybuchła apokalipsa zombie, natychmiast połknęłabym jakąś tabletkę i poszła spać na wieki. Nie ma najmniejszych szans, żebym kiedykolwiek walczyła z zombie.
Paul McCartney: Nie? Cóż, w takim razie ja stoczyłbym tę walkę w twoim imieniu.
Amy Poehler: Dziękuję, Paul! Ależ z ciebie dżentelmen. Powiedz jeszcze na sam koniec: co cię ostatnio rozśmiesza? Co oglądasz, żeby się pośmiać? Obejrzyjmy razem jakiś krótki fragment na pożegnanie.
Paul McCartney: Mój ulubiony rok (My Favorite Year). Uważam, że ten film jest przezabawny.
Amy Poehler: Z Peterem O’Toole’em! Uwielbiam ten film! Tak dawno go nie widziałam.
Paul McCartney: No właśnie – zapytałem kiedyś kogoś o ulubiony film i padł ten tytuł. Uwielbiam go, to świetna komedia.
Amy Poehler: Dla tych, którzy nie pamiętają: to komedia z lat 80., w której Peter O’Toole gra aktora występującego gościnnie w programie rozrywkowym na żywo, prawda?
Paul McCartney: Tak, gra takiego przebrzmiałego gwiazdora, który bez przerwy się upija, a do pilnowania go przydzielają młodego chłopaka z redakcji.
Amy Poehler: W latach 80. była cała seria komedii, w których główni bohaterowie chodzili kompletnie pijani – jak choćby mój ulubiony Artur. W całej masie ówczesnych filmów główny bohater zataczał się od ściany do ściany, a my zaśmiewaliśmy się z tego do łez. Obejrzyjmy na koniec sam zwiastun Mojego ulubionego roku.
[Oglądają zwiastun filmu: „To był rok, w którym największy bohater Hollywood z szablą w dłoni wdarł się do telewizji na żywo... Dobry Boże, pada deszcz!”]
Paul McCartney: Przecież to wygląda jak Monty Python na trzeźwo!
[Dalszy ciąg zwiastuna: „Poprosili mnie, żebym z panem został i pomógł panu przebrnąć przez trudniejsze momenty – takie jak dotarcie do studia. To po pierwsze. A po drugie: niezemdlenie po drodze”.]
Amy Poehler: Paul McCartney, mogłabym z tobą rozmawiać przez cały dzień. Ogromnie, ogromnie doceniam to, że nas odwiedziłeś. Rozmowa z tobą była dla mnie niesamowitym przeżyciem.
Paul McCartney: Było bardzo miło. Jak nam poszło? Daliśmy radę?
Amy Poehler: Poszło nam świetnie!
Paul McCartney: Dobrze, mnie też sprawiło to dużą przyjemność.
Amy Poehler: Cieszę się. Dziękuję, Paul, wielkie dzięki za wizytę.
Paul McCartney: Dzięki, Amy.
Amy Poehler: Dobrze, jesteś zwolniony z lekcji.
Paul McCartney: Tak jest, proszę pani! Dziękuję.
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania