Sean Lennon o nowym albumie The Claypool Lennon Delirium i akceptacji dziedzictwa ojca
2026-05-01, autor: kasia
[...powrót do newsów]
Sean Lennon i Les Claypool powracają z trzecim albumem formacji The Claypool Lennon Delirium, zatytułowanym „The Great Parrot-Ox and the Golden Egg of Empathy”. To ambitny album koncepcyjny, który jednocześnie wyśmiewa i ostrzega przed gwałtownym rozwojem sztucznej inteligencji.To coś więcej niż tylko wrażenia słuchowe. Wydawnictwu towarzyszy bogato ilustrowany, 24-stronicowy komiks, który pogłębia narrację i świat wizualny. Fani ekscentrycznej wyobraźni Claypoola znajdą tu mnóstwo punktów zaczepienia: od mówiących spinaczy biurowych po dziwaczne stworzenia i surrealistyczne miejsca, takie jak Troll Bait Café – postacie, które wydają się niezaprzeczalnie zrodzone z jego unikalnej perspektywy artystycznej.
Dziennikarze spotkali się z Lennonem przez Zoom, gdy przebywał w swoim domu w północnej części stanu Nowy Jork. Choć jest synem Johna Lennona i Yoko Ono, od dawna wypracowuje własną tożsamość artystyczną. Choć obecny projekt może być jego najbardziej widocznym przedsięwzięciem, dorobek Lennona obejmuje także współpracę z Cibo Matto oraz szereg dokonań solowych.
Z kolei ekscentryczne teksty i wirtuozerska gra na basie Claypoola – najbardziej znanego z grupy Primus – niezmiennie stanowią fundament brzmieniowej odwagi projektu. Mimo to, „Parrot-Ox” wyróżnia się jako coś więcej: dziwna, wielowarstwowa fuzja wymagającej muzyki, surrealistycznego opowiadania historii i głęboko ludzkiej ekspresji artystycznej.
Co było pierwsze: historia czy piosenki? Są ze sobą bardzo splatane.
Cóż, powiedziałbym, że historia była poniekąd pierwsza, ale niektóre elementy powstawały symultanicznie. Spędziliśmy dużo czasu, próbując napisać koncept i narrację dla tego albumu. Wiedzieliśmy, że chcemy stworzyć płytę koncepcyjną, coś w rodzaju rock opery. Rozmawialiśmy o „Yellow Submarine” i uznaliśmy, że fajnie byłoby mieć naszą własną wersję historii w stylu Delirium. Było to właściwie dość trudne i zajęło bardzo dużo czasu. Les jest świetnym pisarzem, ja pisałem scenariusze i tym podobne rzeczy, ale nigdy nie robiliśmy tego razem. Pisanie piosenek idzie nam bardzo szybko – myślę, że wynika to z naszego wspólnego systemu pracy. Zazwyczaj Les ma pomysł na piosenkę, który jest w większości gotowy, a ja pomagam mu go wykończyć. I odwrotnie. To znaczy, robimy to trochę tak, jak piosenki pisali John i Paul. Wiesz, na zasadzie: „Sprawdź ten numer, co o nim myślisz?”. Natomiast wspólne pisanie historii to zupełnie inna dynamika.
W rzeczywistości wymyśliliśmy jedną lub dwie całkowicie odmienne historie, zanim zdecydowaliśmy się na tę. Przez cały czas nagrywaliśmy, tworzyliśmy piosenki, pomysły i jammowaliśmy. Prawdopodobnie mieliśmy kilka muzycznych motywów, które włączyliśmy do całości, ale w większości nie chcieliśmy zabierać się za pisanie piosenek, dopóki nie mieliśmy historii, bo chcieliśmy budować utwory wokół niej.
Temat jest inspirowany bieżącymi wydarzeniami: ChatGPT, Palantir i tak dalej. A co z elementami fantasy w tej historii? Mówiące spinacze i tym podobne. Sama warstwa wizualna wydaje się inspirowana twórczością Roberta Crumba.
Cóż, Crumb jest oczywiście kimś, kogo Les, Rich Ragsdale (który rysował komiksy) i ja uwielbiamy. Szczerze mówiąc, nie potrafię wyrazić, jak bardzo cenię Roberta Crumba – posiadam nawet oryginał okładki komiksu „Zap”, który narysował. Bardzo interesuję się komiksami. Les jest w zasadzie rysownikiem; jest świetny w rysowaniu. Dlaczego elementy fantasy? Niekoniecznie o tym myśleliśmy, ale sądzę, że wszyscy mamy podobny gust.
Les jest genialny w wymyślaniu postaci. Nigdy nie zapomnę, jak zapytał: „Jakie jeszcze postacie powinniśmy mieć w tej historii o dylemacie spinacza, o robocie-spinaczu?”. A potem rzucił: „A co by było, gdybyśmy mieli papugowoła (Parrot-Ox), który jest pół-papugą, pół-wołem, i jest to metafora paradoksu (paradox)?”. Odpowiedziałem: „Stary, to jest niesamowite!”. On na to: „Serio? Podoba ci się?”. A ja: „Nie tylko mi się podoba, ale to powinien być tytuł płyty, coś w stylu 'Wielki Papugowół'”. On miał też ten pomysł z jajkiem. Mówił, że ciągle widzi złote jajko. Stwierdziłem: „Człowieku, gdybym wszedł do sklepu płytowego i zobaczył jakiś dziwny prog-rockowy zespół z albumem zatytułowanym 'The Great Paradox and the Golden Egg of Empathy', kupiłbym go bez słuchania”. I tak to się zaczęło. Cały katalog Lesa jest zaludniony przez te fantastyczne stworzenia i postacie.
On jest w pewnym sensie pisarzem fantasy. Ja jestem uważany za dziwaka przez prawie wszystkich, których znam, ale w naszej kolaboracji to ja jestem tą bardziej „normalną” osobą, myślącą o podstawowej strukturze opowieści. On ma jednak niesamowicie nowatorską, surrealistyczną wyobraźnię i wymyślił mnóstwo niesamowitych rzeczy. Wymyślił też manata. Co jest zabawne, bo nie zdawałem sobie sprawy, że ludzie będą kojarzyć manata z morsem (walrus). To zabawne, w ogóle o tym nie pomyślałem. Jestem naprawdę nierozgarnięty.
Ale gdy tylko wypuściliśmy „What a Predicament (WAP)”, pierwszy singiel z animacją postaci ujeżdżających manata, wszyscy pisali: „O, to mors!”. A ja na to: „O cholera, nie pomyślałem o tym”. W każdym razie, nie myśleliśmy o morsie. Po prostu próbowaliśmy stworzyć postać, która reprezentowałaby naturę. Młody Hippard pochodzi z techno-imperium, gdzie jego ojciec wynalazł maszynę do spinaczy i jest bardzo bogaty. Ale ojciec niszczy planetę, nie zdając sobie z tego sprawy. Syn odkrywa, co się dzieje, i kończy współpracując z siłami natury – manatem i wielkim papugowołem.
Na końcu komiksu tematy są wyłożone kawa na ławę: znaczenie „problemu spinacza biurowego”, obawy dotyczące AI. Czy nie bałeś się, że złamiesz zasadę „pokazuj, nie opowiadaj”? Czy uznałbyś to raczej za moment aktywizmu, w którym chciałeś mieć pewność, że przekaz dotrze do odbiorcy?
To interesujące. Dla mnie chodziło bardziej o charakter sposobu, w jaki opowiadamy tę historię – wydaje mi się on zabawny. Na końcu mamy postać spinacza, który podsumowuje całą opowieść, mówiąc, że to bajka o człowieku i spinaczu. To wszystko ma być z przymrużeniem oka, zabawne. Zamiast martwić się ekspozycją, chodziło o stworzenie kiczowatego tonu, w stylu: „Dobrze, dzieci, morał z tej bajki jest taki...”. W taką stylistykę celowaliśmy. I oczywiście nie traktujemy tego aż tak poważnie.
To rozrywkowe dzieło sztuki. Szczerze mówiąc, gdybyśmy mieli zrobić wersję filmową – lub pełnometrażową animację – myślę, że podeszlibyśmy znacznie poważniej do tego, by uczynić ją wciągającą. I sądzę, że wiele z tego, o czym mówisz w kontekście „pokazuj, nie opowiadaj”, jest bardzo ważne przy oglądaniu filmu, ponieważ nadmiar ekspozycji po prostu nudzi. Przestajesz też wierzyć w historię, bo nie masz czasu na samodzielne odkrywanie tego, co się dzieje, gdy postacie mówią: „O, potrzebujemy magicznego amuletu, który trzeba włożyć w to urządzenie”, podając wszystkie szczegóły. Wtedy tracisz zainteresowanie.
Chodzi więc o to, jak uczynić opowieść frapującą. Myślę, że w przypadku komiksu ten „morał opowieści” wygłaszany przez strażnika spinaczy sprawdza się naprawdę dobrze.
Wspomniałeś wcześniej o swoim tacie i Paulu. W utworze takim jak „WAP” słyszę elementy Beatlesowskie – ma on w sobie pewną lekkość charakterystyczną dla ich twórczości. Słyszę to w całym twoim dorobku, ale słyszę też mnóstwo muzyki, która nie ma nic wspólnego z The Beatles ani z niczym, w co zaangażowana była twoja rodzina.
Po pierwsze, uważam to za ciekawe, ponieważ dla mnie „WAP” to rzecz w stylu T. Rex. Próbowałem być równie nieoryginalny, ale z innego źródła (śmiech). Myślę, że genetycznie mam w głosie barwę, która może wielu osobom przypominać mojego tatę. Do tego uczyłem się muzyki, grając utwory The Beatles. Sądzę więc, że moja pamięć mięśniowa będzie zawsze powracać do wielu beatlesowskich melodii i progresji akordów, bo to jest moje zaplecze.
W różnych momentach twojej kariery znalezienie równowagi było trudne. Zmagałeś się z kampanią promocyjną swojej pierwszej płyty, „Into the Sun”, pośród pytań o twoją rodzinę. Ale w innym czasie przygotowywałeś box sety z twórczością ojca lub brałeś udział w dokumentach podtrzymujących pamięć o nim. Jak rozpoznajesz, gdzie przebiega granica?
Podczas pierwszej kampanii prasowej miałem 21 lat i byłem zupełnie zielony. Nie miałem pojęcia, co się wydarzy. Wcześniej przez kilka lat koncertowałem z zespołem Cibo Matto. Z nimi miałem to, co można nazwać normalnym doświadczeniem bycia w zespole. Nikt nie pytał mnie o The Beatles. Graliśmy koncerty, przychodzili fani, było wesoło i łatwo. Byłem tak naiwny, że myślałem: „O, teraz współpracuję z Grand Royal, przyjaciółmi Cibo Matto. Jesteśmy jedną grupą, wydam płytę i ludzie przyjmą ją taką, jaka jest”. Nie miałem pojęcia, jak niemożliwe będzie dla ludzi dostrzeżenie we mnie osoby, a nie tylko drogowskazu dla mojej genetyki. To moja wina, że tego nie przewidziałem.
Ale minęło dużo czasu. Mam 50 lat i myślę, że bardzo wcześnie przestałem unikać rozmów o tacie czy o moich rodzicach, bo to nie było coś, co chciałem ukryć. Zawsze otwarcie mówiłem o ich wpływie. Zawsze powtarzałem, że powodem, dla którego gram muzykę, był mój tata. W rzeczywistości moją największą nauczycielką muzyki była mama, ponieważ byłem w studio, gdy nagrywała albumy. O slap delayu, kompresji, harmonizerach wokalnych i innych technicznych sprawach uczyłem się bezpośrednio od niej.
Nigdy nie udawałem, że nie jestem produktem tych dwojga ludzi. Myślę, że po prostu nie byłem gotowy na stopień, w jakim większość osób będzie widzieć we mnie tylko odbicie rodziców lub tekturową planszę reprezentującą Johna i Yoko. Zajęło mi całe życie, by to po prostu zaakceptować. To po prostu rzeczywistość.
Jednak moje życie prywatne tak nie wygląda. Powtórzę: moi przyjaciele to moi rówieśnicy muzyczni. To ludzie, z którymi dorastałem, grając i ucząc się muzyki od podszewki. I to nie ma nic wspólnego z próbą nawiązywania do The Beatles czy moich rodziców. Więc to nie tak, że jestem z tego powodu nieszczęśliwy. To dotyczy głównie mediów. Myślę, że wielu ludzi, gdy mnie widzi, postrzega mnie tylko jako impuls przypominający im o moich rodzicach. Zwłaszcza starsze pokolenie. Oni właściwie nie widzą mnie. Uważam nawet, że technicznie ucieczka od tego nie jest możliwa. Na przykład mój brat miał album numer jeden (Julian Lennon, „Valotte”, 1984). Był jedną z największych gwiazd rocka na świecie, kiedy to wyszło, a wciąż spotyka go to samo, co mnie.
Twoi rodzice to postacie większe niż życie, ikony świata muzyki rockowej. I jesteś do nich bardzo podobny. Nikt nie spojrzy na ciebie i nie zapyta: „Naprawdę? Ten facet jest synem Johna i Yoko?”. Każdy jest podobny do swoich rodziców. Ludzie to zauważają i wytykają mi: „Mój Boże, wyglądasz jak twój tata”. Mówią tak tylko dlatego, że mój tata jest dla nich tak ważną postacią. Ale przecież każdy wygląda jak swoi rodzice. To wcale nie jest dziwne. Wyglądam dokładnie jak mój tata – tyle że ludzie go nie rozpoznają (śmiech).
Wcześniej mówiłeś, że zespół gra „progadelicę”. Co dla ciebie oznacza słowo „prog”? Czy mówimy o rocku progresywnym z lat 70., o Genesis, Yes i tym podobnych? Czy raczej o progresywności w sensie przymiotnikowym, gdzie starasz się pchnąć muzykę do przodu?
Cóż, te etykiety są zawsze niepewne i przydatne tylko o tyle, o ile pomagają w danym momencie skomunikować się z ludźmi, ale tak naprawdę nic nie znaczą. Kiedy mówię, że to prog lub progadelica, chodzi mi głównie o to, by mieć wymówkę, by nagrać, powiedzmy, 12-minutowy utwór. Albo zagrać jeden takt na siedem, a kolejny na pięć. Gdy tylko wyjdziesz poza standardowy format rock and rolla i zaczniesz robić rzeczy bardziej eksperymentalne – nie tylko pod względem konceptu, ale i struktury akordów czy metrum – ludzie zazwyczaj kojarzą to z progiem.
To po prostu łatwy sposób, by ludzie zrozumieli, że kupując płytę Delirium, mogą spodziewać się wszystkiego. Ale żadna z tych etykiet nie jest tak naprawdę istotna. Szczerze mówiąc, nie sądzę, by nasze płyty brzmiały jak Yes. Brzmią po prostu jak Les i ja. Mamy bardzo specyficzne osobowości, a nasza muzyka jest owocem naszego dziwactwa. Uważam, że etykiety są w gruncie rzeczy ograniczające lub wręcz absurdalne, bo stają się banałem. Muzyka to po prostu muzyka, wiesz co mam na myśli?
Trzeci album studyjny The Claypool Lennon Delirium, The Great Parrot-Ox and the Golden Egg of Empathy, ukazał się 1 maja 2026 roku
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
