Mieszkam na tej samej ulicy, na której żył Paul McCartney
2026-02-16, autor: kasia
[...powrót do newsów]
John Murray wprowadził się do domu przy Forthlin Road w Allerton w 1959 roku. Wtedy jeszcze nie przypuszczał, że ta skromna ulica w Liverpoolu stanie się jednym z najbardziej znanych adresów na świecie, a on sam z pierwszego rzędu będzie obserwował narodziny wielkiej historii.John, który ma dziś 77 lat, osiadł w Allerton jako nastolatek. Przeniósł się tam z Garston wraz z rodzicami i trzema siostrami dzięki wymianie mieszkania komunalnego. W tamtym czasie ta szeregowa zabudowa była uosobieniem spokoju. Nikt nie kojarzył jej jeszcze z faktem, że cztery lata wcześniej, pod numer 20, wprowadził się Paul McCartney z ojcem Jamesem i bratem Mike’em. To właśnie ten dom miał stać się wkrótce „kolebką The Beatles”.
„Moja mama całe życie marzyła o Allerton, bo mieszkała tam jej siostra. Kiedy więc po dwudziestu latach czekania nadarzyła się okazja na zamianę mieszkania, nie wahaliśmy się ani chwili” – wspomina John w rozmowie z redakcją ECHO. „Forthlin Road była wtedy maleńką, niezwykle cichą i stateczną uliczką. W porównaniu z głośną arterią w Garston wydawała się prawdziwą oazą spokoju. Pamiętam, że gdy odwiedził nas wujek, wytrzymał tylko tydzień. Stwierdził, że musi wracać do siebie, bo ta wszechobecna cisza po prostu go dobijała”.
Zanim zespół The Beatles wspiął się na szczyty list przebojów, John regularnie widywał Paula, choć nie miał pojęcia, kim jest ten starszy chłopak.
„Paul był ode mnie o jakieś pięć lat starszy, więc nie trzymaliśmy się razem. Nie miałem zielonego pojęcia, że ten chłopak, którego widzę później w programie Top of the Pops, to mój sąsiad z tej samej ulicy. Mijając się, po prostu wymienialiśmy uprzejme skinięcia głową. Obaj nosiliśmy marynarki z prestiżowych szkół średnich, co było swego rodzaju znakiem rozpoznawczym, więc traktowaliśmy się z wzajemnym szacunkiem. Ale to było wszystko. To był rok 1960, świat jeszcze o nich nie usłyszał”.
Początki Beatlemanii
Wraz z oszałamiającym sukcesem grupy, spokój Forthlin Road bezpowrotnie prysnął, a dom rodzinny Johna znalazł się w samym centrum prawdziwego oblężenia.
„Początkowo zupełnie nie rozumiałem, o co ten cały hałas. Miałem 11 czy 12 lat i szczerze mówiąc, Beatlesi niespecjalnie mnie obchodzili – wolałem Buddy’ego Holly’ego. Nie widziałem żadnego sensu w staniu pod czyimiś drzwiami” – przyznaje John. „Najpierw pod domem Paula widziałem tylko dwie osoby. Następnym razem było ich już trzydzieści, a chwilę później pod oknami kłębiły się setki rozemocjonowanych dziewcząt. Widok obcych ludzi depczących jego ogródek był dla mnie kompletnym zaskoczeniem. Dopiero z perspektywy czasu zrozumiałem, że na moich oczach rodziła się Beatlemania”.
Stokrotki za sześć pensów i biały Jaguar
Kiedy hordy nastolatek koczowały na ulicy w nadziei na autograf, John i jego rówieśnicy postanowili wykazać się przedsiębiorczością.
„George Harrison często podjeżdżał swoim białym Jaguarem, żeby zgarnąć Paula. Na tylnym siedzeniu siedział już zazwyczaj Lennon. George trąbił, Paul wybiegał z domu i błyskawicznie wskakiwał do środka. Fani rzucali się w stronę auta, ale George był szybki i od razu odjeżdżał. Z czasem przebicie się przez ten tłum stawało się dla Paula coraz większym wyzwaniem”.
„My za to bawiliśmy się świetnie, handlując stokrotkami. Wyrywaliśmy je z ogródka Paula i sprzedawaliśmy fankom po sześć pensów za sztukę. Gdy w ogrodzie McCartneyów nie było już czego zrywać, przynosiliśmy kwiaty z innych miejsc, upierając się, że to wciąż te same, 'sławne' stokrotki. Myślę, że każdy na naszej ulicy miał wtedy jakiś mały plan, jak zarobić na obecności Paula. Poza tym drobnym handlem, nie interesowałem się zespołem. Czasem tylko zastanawiałem się, czy ci wszyscy ludzie naprawdę nie mają nic lepszego do roboty. Wydawało mi się to dziwaczne, ale z czasem człowiek po prostu do tego przywyka”.
Drugie życie Forthlin Road
W 1965 roku Paul McCartney przeprowadził się do Heswall, a mieszkańcy ulicy odetchnęli z ulgą, myśląc, że to koniec wizyt fanów. Rzeczywistość okazała się jednak inna.
„Sądziliśmy, że temat The Beatles na naszej drodze jest zamknięty. Nikt nie przypuszczał, że ludzie będą tu pielgrzymować przez kolejne dekady. To wydawało się nielogiczne – nie ma przecież innej grupy, która przyciągałaby tłumy tak długo po swoim odejściu. Myśleliśmy, że fani ruszą śladem Paula, ale oni wciąż tu wracali. Przez jakiś czas było spokojniej, ale gdy w 1995 roku organizacja National Trust wykupiła dom pod numerem 20, nastąpiło coś w rodzaju drugiego przyjścia. Turystyka wybuchła z nową siłą. To było nieprawdopodobne”.
Życie pod najbardziej znanym adresem w mieście
W 2012 roku część mieszkańców Forthlin Road próbowała walczyć z natężeniem ruchu, składając petycję o ograniczenie wjazdu autokarów turystycznych. John Murray nie podpisał się jednak pod tym protestem.
„Ruch jest dziś nieporównywalnie większy niż dawniej, odwiedza nas pewnie z tysiąc osób dziennie. Turyści są tu niemal zawsze, może z wyjątkiem Bożego Narodzenia. W październiku, podczas japońskich świąt, przyjeżdżają do nas całe grupy z Azji. Dla kogoś z zewnątrz ten widok mógłby być irytujący, ale ja dorastałem razem z tą sławą. Widziałem, jak to zjawisko faluje, więc dziś nie robi to na mnie wrażenia”.
„To prawda, że turyści dzielą naszą ulicę na zwolenników i przeciwników zgiełku, ale mi to nie przeszkadza. Wręcz lubię tę odrobinę niezwykłości. Kiedy kogoś poznaję, jedną z pierwszych rzeczy, o jakich wspominam, jest to, że mieszkam na tej samej ulicy, na której żył Paul McCartney. To od zawsze był mój powód do dumy. Ta ulica stała się tak wyjątkowa, że ostatnio sam kupiłem sobie magnes na lodówkę z jej nazwą. To potężny kawałek historii Liverpoolu. Kiedy patrzę przez okno, widzę ludzi z całego świata i wiem, że ta sława nie przeminie. Zostałem tu, bo to idealne miejsce do życia. Kocham Liverpool i cieszę się, że cały świat o nim wie”.
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
