Sesja Q&A z Markiem Lewisohnem
2026-05-28, autor: kasia
[...powrót do newsów]
28 maja w przepięknym, zabytkowym wnętrzu Electric Cinema na londyńskim Notting Hill miał miejsce ekskluzywny, prywatny pokaz filmu dokumentalnego Marka Lewisohna zatytułowanego Evolver: '62. Mieliśmy ogromny zaszczyt uczestniczyć w tym wyjątkowym wydarzeniu na specjalne zaproszenie. Tuż po projekcji zgromadzona publiczność miała niepowtarzalną okazję wziąć udział w spotkaniu z samym autorem. Poniżej przedstawiamy pełny, przetłumaczony zapis z sesji pytań i odpowiedzi (Q&A), która odbyła się zaraz po pokazie dokumentu – to fascynująca lektura, pełna nieznanych anegdot i wnikliwych spostrzeżeń, prosto od największego autorytetu w dziedzinie historii The Beatles. Brian Epstein. Jak postrzegasz jego udział? Gdzie dokładnie pasował w tej układance i jak to oceniasz?
Mark Lewisohn:: Kluczowym wnioskiem na temat Briana Epsteina jest to, że gdyby się nie pojawił i nie wziął na swoje barki ich problemów w sposób, w jaki to zrobił, nie rozmawialibyśmy tu dziś o nich. Zespół dysponował ogromnym talentem, lecz jednocześnie potrzebował kogoś, kto ruszy ich z miejsca w Liverpoolu i pozwoli wypłynąć na szerokie wody. Oni sami doskonale to dostrzegali. Osiągnęli już pewien lokalny pułap i powoli wchodzili na poziom krajowy, a Epstein miał ambicje sięgające stratosfery – tak krajowej, jak i międzynarodowej. Bez jego tytanicznej pracy po prostu by im się nie udało. Mieli talent, a jednocześnie powtarzali sobie: „To nasz czas, to nasze życie”. Naprawdę potrzebowali kogoś, kto wejdzie do ich świata i to wszystko dla nich zorganizuje. Brian Epstein był absolutnie fundamentalny dla ich przełomu. Spójrzcie chociażby na ten niezwykły kontrakt, który dla nich przygotował – zostawił im w nim otwartą furtkę. Uważał, że jeśli z jakiegoś powodu nie będzie w stanie należycie zadbać o ich interesy, powinni po prostu odejść i znaleźć kogoś innego. W rzeczywistości nikt nie wykonałby tej pracy lepiej od niego. To, że w ogóle dziś wiemy o kimś takim jak Allan Williams (który był przecież na wyciągnięcie ręki, ale zwyczajnie zawalił sprawę), oraz fakt, że ten wielki sukces stał się udziałem The Beatles, zawdzięczamy wyłącznie Epsteinowi.
Zauważyłem, że w swoich badaniach skupiasz się na najdrobniejszych szczegółach. Zastanawiam się, co takiego odkrywasz, gdy fizycznie odwiedzasz te historyczne miejsca? Czy powrót tam po latach, tak jak w przypadku filmu, dostarcza Ci nowych perspektyw?
Mark Lewisohn: Z uwagi na to, że opowiadam określoną historię, uważam, że fizyczna obecność w miejscach, w których ona się wydarzyła, niezwykle pomaga. Jako pisarz zawsze staram się podążać śladami tamtych wydarzeń. Nie przekładam tego na pisanie w sposób dosłowny – nie tworzę rozbudowanych, architektonicznych opisów danych miejsc, ani nie rozwodzę się zbytnio nad ich współczesną atmosferą. Uważam jednak, że to niesamowicie wzbogaca sam proces twórczy. Świadomość, że tam byłeś i to poczułeś, daje pewnego rodzaju mandat do opisywania tych historii. Starasz się po prostu wejść w ten świat tak głęboko, jak to tylko możliwe w rzeczywistości. W przypadku filmu zależało mi, by wejść do wnętrza budynków, choć jak pewnie zauważyliście, prawie wszystko kręcone było z zewnątrz. Nie sądzę jednak, by miało to większe znaczenie. Liczy się fakt, gdzie rozgrywa się historia – i to właśnie chcę ukazać. To naprawdę robi różnicę. Nawet jeśli bezpośrednio nie opisujesz tych miejsc, pojechanie tam i zobaczenie ich na własne oczy zawsze kształtuje Twoją pisarską licencję.
Czy zawsze zadawałeś sobie tyle trudu, żeby być tak blisko tych lokacji? W filmie są ujęcia, w których opowiadasz na przykład o ich pierwszym wspólnym występie, co wizualnie może nie być tak porywające. Czy pojechałeś w tym celu aż do Southport?
Mark Lewisohn: Cóż, historyczny budynek Floral Hall w Southport został wyburzony. W normalnych okolicznościach weszlibyśmy do środka, żeby zobaczyć dawną salę balową czy garderoby. Z racji tego, że budynek już nie istnieje, pojechaliśmy z grubsza tam, gdzie kiedyś stał – w okropny, wietrzny dzień na północno-zachodnim wybrzeżu Anglii, przy zacinającym deszczu. Ekipa filmowa chowała się i montowała sprzęt w ukryciu, podczas gdy reżyser uznał, że potrzebuje szerokiego ujęcia na promenadzie bez operatora w kadrze. Więc to zrobiłem. Taka jest już natura reżyserów filmowych, że wpadają na takie pomysły. Ta konkretna sytuacja może była nieco pozbawiona głębszego wyrazu z powodu braku budynku, ale ogólnie rzecz biorąc, obecność w tych miejscach naprawdę pomaga i zawsze można z tego wynieść coś wartościowego dla samej historii.
Geneza powstania filmu dokumentalnego
Wracając do genezy filmu – wcześniej realizowałeś te występy sceniczne na żywo. Skąd wziął się pomysł, by zamienić to w formę filmową?
Mark Lewisohn: Jak wspomniałem wcześniej, to uderzyło mnie dosłownie dzień lub dwa przed wyjściem na scenę: dotarło do mnie, że rozsądnie byłoby to sfilmować. Pomyślałem, że jeśli tego nie zrobię, będę później żałował: „Ach, naprawdę powinienem był to nagrać, by ludzie, którzy nie mogli być tu osobiście, mieli szansę to zobaczyć”. Nie miałem jednak żadnego budżetu, by opłacić profesjonalną ekipę. Zapytałem więc Simona i Chrisa, czy mogliby wpaść i to zarejestrować. Ściągnęli jeszcze kilka dodatkowych osób. Na każdym z trzech występów miałem na sobie dokładnie te same ubrania, więc choć na ekranie wyglądam identycznie, w rzeczywistości materiał został zmontowany z więcej niż jednego pokazu. Mieliśmy więc gotowy materiał, ale wciąż brakowało nam środków, by nadać mu ostateczny kształt. Simon znalazł świetną firmę z północnego zachodu, udało im się pozyskać fundusze na postprodukcję, po czym dograliśmy materiał w plenerach w Liverpoolu i Londynie. Problem z prelekcjami scenicznymi polega na tym, że zawierają one sporo materiałów objętych prawami autorskimi. O ile w środowisku czysto edukacyjnym można to obronić, o tyle w przypadku dystrybucji filmowej konieczne jest całkowite wyczyszczenie praw, a wiedzieliśmy, że ich zdobycie będzie szalenie trudne i kosztowne. Kręcenie w plenerach okazało się więc zbawienne – nie tylko świetnie rozbijało monologi ze sceny, ale też pozwalało nam sprytnie ominąć rygorystyczną politykę archiwów. W filmie pojawia się kilka zdjęć autorstwa Michaela McCartneya oraz materiały należące do Apple Corps, które niemal na pewno spotkałyby się z odmową, gdybyśmy wystąpili o oficjalną zgodę. Zapewne zauważyliście, że pokazuję je na ekranie przez ułamek sekundy, po czym natychmiast przechodzimy dalej. Dobrze doradziło mi kilkoro przyjaciół; jedną z nich jest siedząca dziś na widowni Jane, ekspertka od praw autorskich. Przejrzała materiał i oceniła, co mieści się w granicach dozwolonego użytku („fair dealing”). Lokacje posłużyły za tło, pozwalając nam uniknąć uciążliwych i kosztownych roszczeń ze strony właścicieli praw.
Wspominasz o swoim archiwum. Biorąc pod uwagę Twoje doświadczenie, jak udało Ci się zgromadzić te wszystkie zasoby?
Mark Lewisohn: Na świecie jest wielu wspaniałych kolekcjonerów The Beatles, jednak moim celem od zawsze było kolekcjonowanie wiedzy. Nie posiadam szczególnie imponującej kolekcji pod kątem wartościowych, oryginalnych artefaktów. Nie sądzę nawet, żebym miał cokolwiek z ich autografami, z wyjątkiem może jednej czy dwóch rzeczy. Nie dysponuję tymi drogocennymi pamiątkami, które biją rekordy na aukcjach. Od zawsze dbałem jednak o doskonałe relacje z domami aukcyjnymi i handlarzami – ludźmi, którzy fizycznie nabywają te unikatowe przedmioty. Zawsze prosiłem o kopie, dlatego dziś dysponuję potężnym archiwum fotokopii, skanów i wysokiej jakości zdjęć dokumentów. Moja kolekcja nie ma zawrotnej wartości rynkowej w sensie namacalnych memorabiliów, ale jako zwarta baza wiedzy – nie ma sobie równych. Jeżdżę po całym świecie w poszukiwaniu archiwów skrywających informacje biznesowe, a jedyne, co robię na miejscu, to fotografowanie i skanowanie. Odzyskiwałem informacje z pierwszych dużych aukcji w Sotheby's i Christie's już w 1981 roku, czyli 45 lat temu. Chodziłem tam i skrupulatnie robiłem notatki. Dziś często oferuję tym ludziom moją wiedzę ekspercką w zamian za kopię danego dokumentu. Dzięki temu moje archiwum urosło do rozmiarów, o jakich wielu posiadaczom oryginałów nawet się nie śniło. Same oryginały nieszczególnie mnie interesują; fascynują mnie kryjące się za nimi informacje i tło historyczne.
W jaki sposób odnajdujesz te nieznane wcześniej narracje? Jak choćby to niezwykłe odkrycie dotyczące okoliczności podpisania pierwszego kontraktu przez George'a Martina?
Mark Lewisohn: Pracowałem w 1988 roku nad książką o sesjach nagraniowych („The Complete Beatles Recording Sessions”). Już wtedy dostrzegłem pewną nieścisłość historyczną w kwestii tego, jak dokładnie zespół został zakontraktowany. Jakiś czas później miałem dostęp do wewnętrznego archiwum EMI (które później zresztą zlikwidowano) i znalazłem tam dokumenty jednoznacznie dowodzące, że George Martin podpisał z nimi umowę zanim w ogóle ich spotkał. W 1996 roku, podczas prac nad projektem „The Anthology”, pracowałem bezpośrednio z George'em Martinem. Rozłożyłem te dokumenty przed nim w studiu na Abbey Road i powiedziałem: „George, to nie ma najmniejszego sensu. Podpisałeś z nimi kontrakt, zanim w ogóle spotkałeś zespół. Zarówno ty, jak i cała reszta, zawsze twierdziliście, że nie zrobiliście tego, dopóki nie zagrali dla was w studiu. Więc dlaczego ich podpisałeś?”. Odparł wtedy szczerze, że zupełnie tego nie rozumie i polecił mi to zbadać. Wiedziałem, że natrafiłem na potężną lukę w oficjalnej historii, którą po prostu muszę rozwiązać. Wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce, gdy odnalazłem Kima Bennetta. „Kim” nie było zresztą jego prawdziwym imieniem – był piosenkarzem w latach 50. i używał pseudonimu. Kiedy początkowo badałem tę sprawę, byłem przekonany, że szukam kobiety, z uwagi na imię „Kim”. Okazało się, że to mężczyzna, który pracował dla wydawnictwa muzycznego Ardmore & Beechwood. Był niezwykle wzruszony, że do niego dotarłem; wpuścił mnie do swojego domu, bo wcześniej absolutnie nikt nie chciał go wysłuchać. Miał do opowiedzenia fundamentalną historię i bardzo bolało go to, że nikt przez te wszystkie lata nie zwracał na niego uwagi. Nagle wszystkie te niezrozumiałe dokumenty nabrały sensu – to on odegrał kluczową rolę i to on wymusił wydanie „Love Me Do”, niejako zmuszając George'a Martina do współpracy z zespołem. To długa i zawiła historia biznesowa, w którą nie wgłębiamy się zbytnio w filmie, ale bardzo szczegółowo rozpisuję ją w książce. Jakkolwiek przyzwoitym i wspaniałym człowiekiem był George Martin (z którym łączyły mnie zresztą bardzo ciepłe relacje osobiste), fakty są takie, że został on do zakontraktowania The Beatles przymuszony. Później oczywiście bardzo szybko odciął się od ludzi z wydawnictwa i stał się główną, centralną postacią tej opowieści po stronie produkcji, ale ta historia nigdy nie składała się dla mnie w logiczną całość, dopóki nie spotkałem Kima.
Kiedy ogląda się ten materiał, uderza fakt, jak dziwaczny był ten ówczesny świat – to, co opisałeś jako starszych panów w garniturach, decydujących o gustach nastolatków. The Beatles musieli pokonać niezwykłe opory, odrzucenie przez wytwórnię Decca. Ale najbardziej uderza to, że mimo desperackiego pragnienia sławy, nie poszli na żadne kompromisy. Przecież przemysł wprost sugerował im zmianę nazwy.
Mark Lewisohn: Masz absolutną rację. Z jednej strony niesamowicie mocno parli do sławy i sukcesu, ale z drugiej – fundamentalne było dla nich własne, nienaruszalne poczucie tożsamości. Przemysł muzyczny wywierał na nich presję: mówiono im, że The Beatles to nazwa, której nikt nie zapamięta, że nikomu nie przypadnie do gustu, że powinni wpisać się w ówczesny schemat i nazwać się w stylu „Ktoś tam i The Beatles”. Mieli jednak niezwykły tupet i determinację, by postawić się branży. Uparli się, że zrobią to wyłącznie na własnych warunkach. Skutek był taki, że ostatecznie to oni zmienili cały przemysł fonograficzny. Ponieważ nie zgodzili się dostosować do sztywnych reguł, zmusili przemysł, by to on dostosował się do nich. Walka o kontrakt płytowy i artystyczną niezależność, którą stoczyli na początku, nie była już zmartwieniem kolejnych zespołów z lat 60., za którymi wytwórnie po prostu biegały – jak The Rolling Stones, The Kinks czy The Who. The Beatles musieli najpierw rozbić skostniały system od środka, aby sukces tamtych grup w ogóle mógł zaistnieć. Byli wyjątkowi pod tym względem, że nie ulegli presji i twardo trzymali się tego, kim są i co chcą reprezentować.
W książce przytaczasz tak wiele momentów, drobnych zdarzeń, w których wszystko mogło pójść w zupełnie inną stronę.
Mark Lewisohn: To prawda, mamy tu do czynienia z niesamowitym ciągiem zbiegów okoliczności i momentów ogromnego szczęścia. Wspomniałem już o zatajeniu prawdy przez George'a Martina, ale spójrzmy chociażby na te dramatyczne wydarzenia w Niemczech. Gdyby babcia Ringo Starra nie zmarła w odpowiednim momencie, gdyby Ringo wcześniej nie zachorował... W Hamburgu w 1962 roku miała miejsce potężna powódź, w której zginęło ponad 300 czy 400 osób. Szereg niezwykle drobnych detali decydował o tym, że znaleźli się w odpowiednim miejscu i czasie. Byli nieprawdopodobnymi szczęściarzami, że na ich drodze stanął ostatecznie George Martin, a on miał gigantyczne szczęście, że los zesłał mu ich. Bez tych uśmiechów losu ta historia po prostu by się nie wydarzyła.
Mam pytanie o sposób konsumowania muzyki. Czytając książkę, byłem absolutnie zdumiony skalą, w jakiej młodzież słuchała radia w 1962 roku. Czy uważasz, że fenomen na miarę The Beatles mógłby się jeszcze kiedykolwiek powtórzyć?
Mark Lewisohn: Staram się nie spekulować zbytnio na temat tego, co jest dziś możliwe, ale musimy pamiętać, że mówimy o świecie, który istniał ponad 60 lat temu. Świat, a wraz z nim sposób, w jaki muzyka i popkultura docierają do mas, uległ drastycznej zmianie. Niezwykle trudno dziś wyobrazić sobie sytuację podobną do tej, gdy brytyjskie radio wojskowe BFBS w Kolonii nadało utwór „Love Me Do” w audycji „Family Favourites” – i w jednym momencie słuchało go 17,8 miliona ludzi! Dzisiaj pytasz wydawcę programu o jego zasięgi, a on z dumą odpowiada, że ma świetny wynik, bo słucha go półtora miliona osób. Sposób przyswajania informacji i kultury jest dziś potężnie rozdrobniony. Bardzo trudno uwierzyć, by cokolwiek mogło dziś uderzyć w społeczeństwo z podobną, masową siłą. Żyjemy też w epoce wielkiego cynizmu. Współcześni artyści są często od początku formowani w gotowe pakiety i formatowani pod bardzo konkretną, wyselekcjonowaną grupę odbiorców. Kiedy The Beatles się rozpadli, wszyscy w panice rozglądali się za „nowymi Beatlesami”. Jak wiemy, nic takiego już nigdy się nie wydarzyło.
Bardzo cenię Twoją książkę. Zastanawiam się jednak, czy Paul McCartney zapoznał się z tą obszerną publikacją? Czy otrzymałeś od niego, lub od kogokolwiek z jego otoczenia, jakąkolwiek informację zwrotną?
Mark Lewisohn: Sam bardzo chciałbym znać odpowiedź na to pytanie. Paul udziela obecnie wielu wywiadów z racji tego, że nie ma w tej chwili nowego albumu do promowania, ale żaden dziennikarz nie odważy się zapytać go o nic, co mogłoby być dla niego niewygodne. Od premiery książki minęło już sporo lat. Dostarczyłem egzemplarz prosto do jego biura z dołączonym listem, w którym napisałem, że doceniłbym jego opinię i że włożyłem w to całe serce. Proszę mi wierzyć, absolutnie nikt wcześniej nie pracował nad książką o jego życiu tak ciężko i nikt nie podszedł do tematu z taką rzetelnością jak ja. Nie otrzymałem jednak żadnej odpowiedzi. Jego milczenie jest w tym przypadku nader wymowne – on sam doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jakich słów użył i co powiedział. Brak odzewu z ich strony można w zasadzie potraktować jako swoisty komplement; zakładam bowiem, że gdybym mijał się z prawdą w jakichś fundamentalnych kwestiach, z pewnością bardzo szybko by to publicznie sprostowali.
Mamy dostęp do wielu wspaniałych zdjęć i nagrań wideo z ich występów w The Cavern. Czy z Twoich badań wyłania się obraz tego, jacy byli za kulisami? Jak zachowywali się bezpośrednio przed wejściem na scenę i tuż po zejściu z niej?
Mark Lewisohn: Byli w tym wszystkim niesamowicie naturalni. Po prostu zjawiali się na miejscu, ich sprzęt był bardzo łatwy w konfiguracji – podłączali się i grali. Nigdy nie przeprowadzali prób dźwięku, tak zwanych soundchecków. Sami ustawiali sobie odpowiedni balans i równowagę głośności, po prostu kręcąc pokrętłami we własnych wzmacniaczach. Nic nie przechodziło przez zewnętrzną konsoletę mikserską. Przyjeżdżali dosłownie na kilka minut przed występem, wchodzili na scenę, a od razu po koncercie szli w tłum, by spotkać się z publicznością. Następnie, w tamtych czasach, szli do lokalnych pubów (które zamykano punktualnie o 22:00), a jeśli kończyli grać później – lądowali w nocnych klubach. Grali około 350 koncertów rocznie, więc traktowali to jako coś zupełnie naturalnego, wręcz rutynowego. To, co było w nich niezwykłe (o czym nie mówimy zbyt wiele w filmie, ale kładę na to mocny nacisk w książce), to fakt, jak bardzo publiczność mogła się z nimi identyfikować. Byli integralną częścią tej widowni. Kiedy grali, znajdowali się wśród swoich sąsiadów z Liverpoolu, wśród swoich przyjaciół. Często schodzili ze sceny i wdawali się w normalne dyskusje z ludźmi. Ta nieformalna bliskość, którą wypracowali z lokalną publicznością, stała się z czasem mikrokosmosem tego, jak relacje te miały wyglądać z fanami na całym świecie. Nawet w późnych latach 60. zdarzało im się osobiście wręczać wizytówki fanom wystającym pod ich domami. W dwóch kolejnych książkach, nad którymi właśnie pracuję, znajdzie się mnóstwo przykładów ich bezpośredniej, listownej korespondencji z fanami. Znamy wspaniałe zdjęcie, na którym John Lennon oddaje własną statuetkę nagrody Ivor Novello komuś, kto po prostu przyszedł pod drzwi jego posiadłości Kenwood w Weybridge! Powiedział wtedy: „Przyjechałeś z daleka, proszę, weź to dla siebie”. Byli wspaniałomyślni w sposób, w jaki współczesne gwiazdy już niestety nie potrafią być.
(Zakończenie Q&A) Mark Lewisohn: Czas dobiega końca. Będę jeszcze dostępny w pobliskim pubie, więc jeśli macie ochotę, zapraszam na drinka lub krótką rozmowę. Dziękuję bardzo.
(wizyt: 229)
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
