„To była trucizna”, ale i twócza ściana. Cezary Łazarewicz o Yoko Ono, PRL-owskiej fascynacji i fenomenie The Beatles
2026-05-21, autor: kasia
[...powrót do newsów]
Gościem najnowszego odcinka programu „Mellina” jest reporter Cezary Łazarewicz – laureat Nagrody Literackiej „Nike” z 2017 roku za głośną książkę „Żeby nie było śladów”, na której podstawie powstał również film. W rozmowie Łazarewicz punktuje współczesne media, tłumacząc, czym prawdziwe dziennikarstwo różni się od tak popularnego dziś, pustego nabijania sobie lajków.Marcin Meller nie unika trudnych tematów i pyta m.in. o głośną sprawę Janusza Walusia. Dopytuje gościa, dlaczego skrytykował Krzysztofa Stanowskiego za zaproszenie tego politycznego mordercy do Kanału Zero, skoro sam wcześniej napisał o nim książkę i uważał, że „to było ok”.
Prywatnie Łazarewicz jest wielkim fanem The Beatles i w sprawach zespołu nie gryzie się w język, mówiąc wprost: „Yoko Ono to zaraza”. Z wywiadu dowiemy się również, że niewiele brakowało, by zamiast reporterem został marynarzem, a z jednej ze swoich morskich podróży cudem uszedł z życiem.
Zakamuflowany fan w czasach punk rocka
Zanim Cezary Łazarewicz, ceniony publicysta i laureat Literackiej Nagrody „Nike” (za reportaż pt. „Żeby nie było śladów”), zaczął głośno mówić o miłości do Czwórki z Liverpoolu, jego pasja rodziła się w specyficznych realiach głębokiej prowincji czasów PRL-u. Świadomie usłyszał ich utwory pod koniec lat 70. w rodzinnym Darłowie. Wszystko za sprawą kolegi z piętra wyżej, Andrzeja Chryckowiana, który zaciągnął go do kina na film Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band z udziałem zespołu Bee Gees i Petera Framptona. Choć piosenki wykonywali inni artyści, Łazarewicz po raz pierwszy poczuł absolutną magię tych kompozycji.
Z czasem nadeszła jednak inna epoka. Na początku lat 80. otwarte słuchanie The Beatles uchodziło w jego środowisku za największy „obciach”. Łazarewicz przyznał, że bywał wtedy bliżej punk rocka – jego kolega dysponował nagraną z Radia Koszalin (z audycji Wincentego Stachowskiego) płytą Never Mind the Bollocks grupy Sex Pistols. By dopasować się do buntowniczych nastrojów, nastoletni Cezary z kolegami przypinał sobie do ubrań i puszek po piwie agrafki, wywołując spore zdziwienie nauczycielek w szkole. Dziennikarz przyznaje dziś, że choć początkowo samej muzyki punkrockowej nie rozumiał, czuł w niej potężną rewolucję, która – jak to ujął – miała „wszystko rozpieprzyć”.
„Z jednej strony byłem na początku lat 80. punkrockowcem, ale nie mogłeś się przyznać, że lubisz Beatlesów, bo to był największy obciach. Więc się nie przyznawałem, ale tak naprawdę uwielbiałem ich. Całą tę dyskografię miałem nagraną z Polskiego Radia na taki szpulowy magnetofon i słuchałem tego non stop” – wspominał ze śmiechem Łazarewicz.
Dziennikarz do dziś mocno przeżywa dawne dyskusje o wyższości innych zespołów. Wciąż pamięta wielki zawód i ból serca, gdy na obozie harcerskim, w zorganizowanym przez niego głosowaniu na grupę wszech czasów, Queen pokonało jego ukochaną formację.
Rodzinne podróże i polski strażnik w Abbey Road
Z czasem muzyczna pasja przerodziła się w sprawę rodzinną. Jego żona Ewa początkowo nie znosiła Beatlesów. Wystarczyły jednak trzy lata wspólnych podróży samochodem z nieustannie grającą z głośników dyskografią zespołu, by całkowicie uwierzyła w ich wielkość. Sam Łazarewicz przyznaje, że miłość do muzyki popycha go czasem do szalonych kroków – jak choćby spontaniczny wyjazd „z głupia frant” na koncert Paula McCartneya do Kolonii.
Wyjątkowo zabawną anegdotą z życia publicysty jest wizyta w Londynie, kiedy w wolną niedzielę małżeństwo stanęło pod słynnym studiem Abbey Road. Przebojowa Ewa postanowiła osobiście przekonać strażnika, by wpuścił ich do środka. Mieli niezwykłe szczęście, bo w stróżówce pracował Polak. Mężczyzna był już niemal skłonny złamać rygorystyczny regulamin i pokazać im wnętrza, jednak w ostatniej chwili zrezygnował ze strachu, że przez ich zachciankę straci pracę. Łazarewicz zadowolił się jedynie kultowym zdjęciem na pobliskim przejściu dla pieszych.
Dziś, jako człowiek pamiętający zamknięte granice PRL-u, publicysta czerpie pełnymi garściami z możliwości swobodnego podróżowania. Chętnie wraca do Liverpoolu, podążając śladami Penny Lane, Strawberry Field, czy dawnych domów Lennona, McCartneya i Starra, zwiedzając kluby, w których zaczynali. Ostatnio oprowadzał po tamtejszych muzeach wszystkie swoje dzieci, które – widząc ojca pochylonego nad historycznymi gitarami – z uśmiechem traktują go w tej kwestii jak sympatycznego „wariatuncia”.
„To była trucizna” – kontrowersyjne słowa o Yoko Ono i wyczerpanie formuły
Choć za oficjalny koniec działalności słynnej grupy uznaje się 10 kwietnia 1970 roku (wtedy McCartney zadeklarował odejście z formacji), to pierwszy krok w stronę kariery solowej zrobił John Lennon już we wrześniu 1969 roku. W tym czasie muzyk miał w swoim dorobku dwa wydawnictwa zrealizowane z nową żoną, Yoko Ono. Do dziś wielu entuzjastów uważa, że to właśnie wejście japońskiej artystki w życie zespołu zainicjowało proces jego rozpadu.
Goszcząc w programie „Mellina” prowadzonym przez Marcina Mellera, Łazarewicz ostro ocenił Yoko Ono. Zapytany wprost o to, czy rzekoma „zołza” zniszczyła zespół, dziennikarz z uśmiechem podzielił obiegową opinię:
„To jednak była trucizna. Ja jednak mam największy żal do niej nie tylko o to, że ona rozbiła ten zespół. Wiesz co, nie. Oni by się i tak rozlecieli. Bo ile możesz być w takim twórczym napięciu. [...] Yoko pewnie była takim katalizatorem, ale najważniejszym powodem było to, że oni doszli do ściany i pozycja Lennona się zmieniła”.
Dziennikarz dodaje tu ważny kontekst: początki rozpadu tkwią przede wszystkim w gigantycznym wyczerpaniu. Intensywność działań Czwórki z Liverpoolu, zwłaszcza od 1963 do 1969 roku, była bezprecedensowa. Nieustanne przebywanie ze sobą, podbijanie Europy, szaleństwo w Ameryce i Australii czy niebezpieczna ewakuacja z Filipin, a do tego nagrywanie po dwie wybitne (począwszy od Revolver) płyty rocznie – to wszystko musiało doprowadzić do twórczej ściany. Zmieniła się także dynamika w zespole. Lennon, który początkowo był niekwestionowanym liderem i twórcą kapeli przyjmującym „stażystę” McCartneya, musiał ostatecznie zmierzyć się z potężnym rozkwitem talentu Paula.
Łazarewicz nie ukrywa też żalu do Lennona za to, że na swoich solowych płytach oddawał połowę miejsca partnerce. W ocenie dziennikarza albumy, na których Yoko Ono śpiewa 50% repertuaru, są po prostu niezwykle trudne w odbiorze.
Niezwykła synergia duetu, George Harrison i filmowe zachwyty
Publicysta zwraca baczną uwagę na unikalną, niesamowitą synergię duetu Lennon-McCartney (porównując ten rodzaj chemii, gdzie „2+2=16”, do duetów z Oasis, Blur, The Clash czy The Rolling Stones). Jako pierwszy opisał ten fenomen Hunter Davies w autoryzowanej biografii grupy z lat 60. Wzajemne uzupełnianie się słowami i akordami tworzyło piosenkową magię, której nigdy nie udało się w pełni powtórzyć w karierach solowych. McCartney, rozstając się z zespołem, autentycznie bał się, że nie napisze już żadnej nowej piosenki. Dziś ten niesamowity proces tworzenia wielkich hitów z zaledwie kilku uderzeń w bas Łazarewicz podziwia, oglądając ośmiogodzinny dokument Get Back na platformie Disney+.
Doceniony zostaje również George Harrison. Choć początkowo funkcjonował w cieniu gigantów, jego kompozycja Something to absolutna klasyka. Łazarewicz uważa go za postać nieco niedocenianą w zespole, ale chwali pierwszą solową płytę Harrisona – wspaniałą właśnie dlatego, że muzyk w końcu uwolnił na niej zgromadzony przez lata materiał, na który wcześniej brakowało miejsca.
Na koniec rozmowy o The Beatles publicysta z ogromnym zachwytem wspomina brytyjski film Yesterday. Oczarował go motyw opowieści osadzonej w alternatywnej rzeczywistości, w której świat zapomina o The Beatles, a także trafny dobór aktora i spójna narracja płynnie łącząca historię z muzyką. W tym kontekście Łazarewicz odnosi się do osadzonego w realiach wojny w Wietnamie musicalu Across The Universe. Przyznaje, że ta amerykańska produkcja – choć to „ładna opowieść” – nie wywołała u niego wielkich emocji, zdecydowanie ustępując miejsca „ultra brytyjskiemu” Yesterday.
Największe wrażenie robi na nim scena, w której główny bohater Yesterday odnajduje na uboczu starego, zapomnianego Johna Lennona. Łazarewicz przyznaje, że na tym fragmencie aż przechodzą go dreszcze. Jednocześnie publicysta nie wierzy w samą wizję świata, w którym zespół w ogóle by nie zabłysnął. Zaznacza, że ówczesny Liverpool tak bardzo tętnił muzyką, że talent Beatlesów ostatecznie i tak by eksplodował. Gospodarz programu, Marcin Meller przypomina, że na ścianie sławy przy Mathew Street widnieją nazwy setek zespołów, a hymnem miasta i kibiców nie są utwory Beatlesów, lecz „You'll Never Walk Alone” lokalnej formacji Gerry and the Pacemakers.
Konieczne sprostowanie historyczne
Warto jednak na sam koniec dodać kluczową historyczną korektę do wypowiedzi pana Łazarewicza, który najwyraźniej nie doczytał wszystkich dostępnych opracowań biograficznych i rzetelnych relacji ze studia. Zrzucanie całej winy na Yoko Ono – nawet nazywając ją przy tym jedynie „katalizatorem” i „trucizną” – to wciąż szkodliwe uproszczenie utrwalane przez popkulturę.
Prawdziwą przyczyną i początkiem poważnych, systemowych problemów, które faktycznie pociągnęły za sobą upadek The Beatles, był moment, w którym członkowie zespołu po raz pierwszy w swojej historii nie byli jednomyślni co do wyboru nowego menedżera. Brutalny konflikt interesów między zwolennikami Allena Kleina (popieranego przez Lennona, Harrisona i Starra) a frakcją popierającą Lee Eastmana (teścia McCartneya) sprawił, że do grupy wkradły się wyniszczające kłótnie finansowe i prawne. To właśnie te głębokie, zakulisowe podziały biznesowe stanowiły prawdziwą „truciznę”, która ostatecznie zniszczyła fundamenty braterskiego zaufania i przypieczętowała los zespołu.
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
