Giles Martin opowiada o odnalezionym demo Johna Lennona, myśleniu jak jego ojciec i filmach biograficznych o The Beatles
2026-09-22, autor: kasia
[...powrót do newsów]
Giles Martin zdradza pierwsze szczegóły dotyczące niewydanego wcześniej nagrania, które znajdzie się na nadchodzącej reedycji Rubber Soul. Choć każde nowo odkryte nagranie The Beatles zawsze budzi ekscytację, „Little Girl” Johna Lennona – utwór, który trafi na zaplanowane na 2 października specjalne wydanie Rubber Soul – nie doczeka się tak gruntownej, pośmiertnej obróbki jak „Now and Then” w 2023 roku czy „Free As a Bird” i „Real Love” w połowie lat 90. przy okazji premiery serii Anthology.„Little Girl” odnaleziono w archiwach zespołu wraz z wczesną wersją singla „Day Tripper” / „We Can Work It Out”, który ukazał się w 1965 roku równolegle z płytą Rubber Soul.
Trafiliśmy na to w trakcie prac nad materiałem – mówi magazynowi „Billboard” za pośrednictwem Zooma Giles Martin, syn nieżyjącego producenta The Beatles, George'a Martina, łącząc się ze studia Abbey Road w Londynie. Martin, który w 2006 roku pracował z ojcem nad impresjonistyczną ścieżką dźwiękową do widowiska Love Cirque du Soleil, stał się głównym opiekunem archiwalnych projektów The Beatles. Należało do nich m.in. opracowanie warstwy audio w dokumencie Petera Jacksona Get Back oraz luksusowych reedycji takich albumów jak Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band, The Beatles (tzw. Biały Album), Let It Be, Abbey Road, Revolver i wielu innych.
Kiedy realizujemy tego typu projekty, bierzemy pod lupę dany przedział czasowy i naprawdę przeszukujemy dosłownie wszystko – wyjaśnia Martin. – „Little Girl” to znalezisko z tego samego okresu co „Day Tripper” – dodaje. – Chłopcy dysponowali własnymi magnetofonami szpulowymi i nagrywali na nich domowe dema. To po prostu prosta, wpadająca w ucho pioseneczka; nie spodziewajcie się po niej formatu „Strawberry Fields” czy „In My Life”.
John dość często bawił się wtedy słowem girl” – zauważa Martin. „You can run for your life if you can, little girl; na płycie znalazł się oczywiście utwór Girl; do tego Little Girl... Wiecie, on po prostu lubił słowa. Miał obsesję na punkcie Dylana Thomasa i tak dalej. Jest to więc całkiem miarodajny szkic tego, jak wyglądało komponowanie w tamtym okresie”. Producent dodaje, że nigdy nie rozważano zrobienia z „Little Girl” niczego więcej, poza włączeniem go w gąszcz rarytasów, odrzutów, wersji alternatywnych i rozmów ze studia, które znajdą się w nowych pakietach Rubber Soul.
„Z Now and Then było zupełnie inaczej. Tak naprawdę nic o nim nie wiedziałem, dopóki Paul (McCartney) nie wszedł do sąsiedniego pokoju i nie puścił mi tego, nad czym akurat pracował, pytając: Chciałbyś to ze mną skończyć?” – wspomina Martin. „A Now and Then ma w sobie coś dziwnie przejmującego; to niezwykle trafne jako ostatnie nagranie. W pewnym sensie Beatlesi mają do tego sporo szczęścia. Wiem, że każdy sam jest kowalem swojego losu, ale z tym zespołem wiąże się jakaś dziwna magia – ot, choćby to, że The End było jedną z ostatnich rzeczy, jakie nagrali [na Abbey Road w 1969 roku], a Now and Then powraca po 50 latach. To wręcz niesamowite, jak gładko im to wszystko uchodzi”.
Zrealizowany w niecały miesiąc Rubber Soul był dla The Beatles albumem przełomowym, charakteryzującym się bardziej wyrafinowanymi kompozycjami i instrumentarium. Zespół wplótł w niego wpływy, które czerpał z tras koncertowych, w szczególności tych po Ameryce. W wywiadzie na potrzeby The Beatles Anthology, George Harrison opisał go jako „mój ulubiony album, nawet wtedy... Poświęciliśmy mu nieco więcej czasu i próbowaliśmy nowych rzeczy. To był bez wątpienia oszałamiający okres”. W napisanym niedawno wstępie do nowego wydania Rubber Soul, McCartney wspomina, że „nasze nagrania stawały się mocniejsze i bardziej dopracowane niż nasze wcześniejsze dokonania. Praca nad Rubber Soul była niezwykle ekscytująca. Muzyka, której wówczas słuchaliśmy, a także nowe trendy w modzie, sztuce i literaturze, dostarczały nam pomysłów, które potem przenosiliśmy do naszej twórczości”.
Płyta Rubber Soul ukazała się 3 grudnia 1965 roku i stała się szóstym z rzędu albumem The Beatles, który dotarł do pierwszego miejsca w Wielkiej Brytanii, oraz siódmym na szczycie zestawienia Billboard 200 w Stanach Zjednoczonych, gdzie do 1966 roku ukazywały się inne konfiguracje ich płyt. Wydawnictwo zyskało status sześciokrotnej platyny.
Zremiksowane Rubber Soul trafi na rynek w postaci wznowień na pojedynczych płytach CD i winylach, jak również w rozbudowanych pakietach – obejmujących pięciopłytową (CD) edycję Special Edition Super Deluxe, wersje Super Deluxe składające się z czterech CD lub pięciu płyt LP, a także dwupłytowe (CD oraz 2LP) wydania Special Edition. Z kolei wersja Blu-ray zaoferuje miks w formacie Dolby Atmos, dźwięk stereo w wysokiej rozdzielczości oraz teledyski do utworów „Day Tripper” i „We Can Work It Out”. Premierę całego zestawu zapowiadają udostępnione wcześniej nagrania: „Day Tripper (Songwriting Work Tape)”, „Norwegian Wood (This Bird Has Flown) (Second Version – Take 2)” oraz „Michelle (Take 1)”.
Podczas rozmowy Martin zdradził jeszcze kilka innych szczegółów na temat tego najnowszego dodatku do swojego stale rosnącego, beatlesowskiego portfolio.
Czy masz jakiś określony system pracy, kiedy zaczynasz przygotowania do kolejnego takiego zanurzenia w świat The Beatles?
To w sumie zabawne. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że poza tymi projektami zajmuję się mnóstwem innych rzeczy. Kiedy więc znów do tego siadam... czuję, jakbym musiał uczyć się tego wszystkiego od nowa. Nie było mnie wtedy na świecie, dlatego moja wiedza o zespole budowana jest tak naprawdę od końca. Uczę się, czym jest dany album i skąd się wziął... udając poniekąd, że nie słyszałem niczego, co ukazało się później, bo tak jest po prostu uczciwie. Zastanawiam się wtedy: „Jak możemy przesunąć granice technologii? Jak do tego podejść? Co oni próbują nam przekazać? Jakie są ich inspiracje?”. Tego typu kwestie. Z jednej strony to zawsze to samo, a z drugiej – coś zupełnie innego. Dlatego też każdą płytę odbieram inaczej.
Co wyróżnia Rubber Soul na tle innych płyt?
Czuję się, jakbym był w 1965 roku: byli w Ameryce, wrócili i właśnie takie brzmienie chcą osiągnąć. Jak mam uzyskać to brzmienie?
Na czym polegają te amerykańskie wpływy, które tam słyszysz?
Co ciekawe, myślę, że chodzi o obecny w tym wszystkim pierwiastek folkowy. W „Norwegian Wood” bez wątpienia słychać wpływy (Boba) Dylana. A w „If I Needed Someone” – zespołu The Byrds. W kawałkach takich jak „Drive My Car” czy „Day Tripper” pobrzmiewają wręcz echa wytwórni Stax i Motown. Oczywiście w takim „I’m Looking Through You” mamy też powrót do skiffle'u – to taki późny utwór z ich wczesnego okresu... Nie chcieli już być zespołem popowym, więc dali sobie przyzwolenie na pisanie piosenek, które niekoniecznie opowiadały tylko o tym, że „ja kocham ciebie”, a „ona kocha mnie”.
Skok w ich rozwoju był naprawdę ogromny.
Jak ujął to George, byli jak pędzony rabarbar. Robili 30, 40 piosenek rocznie, jakieś szaleństwo. To działo się w niezwykle krótkim czasie. I w tym tkwi całe pięko. To właśnie jest w Beatlesach tak niezwykłe – napisali tak wiele świetnych utworów w tak krótkim czasie, że każdy ich album jest jak kalendarz, jak wskaźnik temperatury pokazujący, co akurat wtedy czuli. Dlatego też (Rubber Soul) ma dla mnie zupełnie inny klimat niż Revolver czy Sgt. Pepper’s.
Czy podczas pracy nad tym materiałem słyszałeś, że był to moment przejściowy?
Ten album to wciąż powroty z trasy, występy na żywo, a potem znów powrót do koncertowania. Dziwne w tym wszystkim jest jednak to, że tworzyli piosenki, których potem wcale nie grali na żywo. Weźmy chociażby „Girl” – większość utworów z tej płyty nigdy nie była przeznaczona do śpiewania przed tłumem wrzeszczących fanów. To tak, jakby myśleli: „Wiecie, im ciszej zagramy, tym może w końcu te krzyki ucichną”.
W jednym z esejów dołączonych do książeczki zauważono, że zespół rzadko zachowywał taśmy z prób czy nagrań roboczych po uzyskaniu ostatecznej wersji. Kompletowanie tego konkretnego wydawnictwa musiało być więc ciekawym wyzwaniem.
Myślę, że nie spędzili też aż tak dużo czasu na samym nagrywaniu, w porównaniu do Białego Albumu czy Sgt. Pepper’s – to kolejna rzecz, o której warto pamiętać. Materiał na (Rubber Soul) zarejestrowano w niewiarygodnie krótkim czasie. Więc nie chodziło tylko o to, że kasowali taśmy; po prostu bardzo szybko nagrywali. Robili próby, rozpracowywali dany utwór, a potem wchodzili i go rejestrowali.
Jak wiele materiału zostało na przysłowiowej podłodze w montażowni, gdy decydowałeś o ostatecznej zawartości tego zestawu?
To wbrew pozorom bardzo dobre pytanie – według mnie nic; według innych pewnie całe mnóstwo. [Śmiech] Oczywiście moja wrażliwość różni się od wrażliwości innych ludzi i pewnie niektórzy mnie za to znienawidzą... Czasami (inni inżynierowie dźwięku) mówią coś w stylu: „Zgranie tego utworu ma inne wyciszenie na końcu”, czy cokolwiek w tym guście. A ja na to: „I co z tego? Czy naprawdę muszę przesłuchać całą piosenkę, żeby się o tym przekonać?”. Rozumiecie, nie uważam, że muzyka jest po to, by ją kolekcjonować; muzyka jest do słuchania – podobnie jest z gitarami czy innymi instrumentami i ludźmi, którzy wieszają je na ścianach. Niektórym... nigdy nie będzie mało. Z jednej strony uważam, że każdy powinien mieć dostęp do wszystkiego, ale jest w tym pewna granica. Wiem, że George Harrison czy mój tata, albo Paul i Ringo, uznaliby publikowanie absolutnie wszystkiego za koszmarny pomysł, więc muszę uszanować ich wolę. I przysięgam, z ręką na sercu, że niczego nie chomikuję z myślą o kolejnym wydaniu. Nie jestem jak Gollum – „Nie dostaniecie tego, bo to moje!”.
Co wywołało u ciebie szczególne emocje, kiedy przekopywałeś się przez te archiwa?
Bardzo podoba mi się to, jak rozwija się drugie podejście do „Norwegian Wood”, gdzie sitar wysuwa się na pierwszy plan. Słychać też to, co Ringo robi ze swoimi partiami perkusji – to nie jest jeszcze do końca trafione, ale brakuje mu naprawdę niewiele. Większość perkusistów zaczyna od wybijania równego rytmu, a dopiero potem kombinuje, jak uczynić go ciekawszym. (Starr) od razu gra jakieś dziwne, nietypowe rzeczy, a do prostego rytmu wraca dopiero, gdy jest to konieczne. I w ten właśnie sposób pracowali Beatlesi. Więc właściwie wszystko z tego materiału ekscytuje mnie na swój własny sposób, bo można w tym dostrzec ołówkowe szkice pod tymi wspaniałymi obrazami, które ostatecznie powstały.
Słuchanie ich rozmów podczas pracy to zawsze czysta przyjemność.
Ludzie nieustannie doszukują się w tym wszystkim jakiejś magii. Zastanawiają się, w czym tkwi ten fenomen. Czym on właściwie jest? Czy to zasługa mojego taty? Johna? Paula? George'a? A może Ringo? Czy chodzi o studia nagraniowe? Albo o Briana Epsteina? A kiedy słuchasz, jak rozmawiają o tym, nad czym właśnie pracują, a potem słyszysz, jak grają... Albo nawet, gdy słyszysz, jak zamawiają kanapkę czy piją herbatę i odstawiają kubek, by za chwilę wykonać utwór, który 60 lat później wciąż porusza ludzi – to jest właśnie to. W tym tkwi cały sekret. I właśnie to staram się uchwycić, kiedy zabieram się za te miksy. Ludzie często mówią: „Och, brzmi to o wiele czyściej” i tym podobne, ale tak naprawdę moim celem jest minimalna ingerencja. Chcę sprawić, by słuchacz poczuł się tak, jakby stał tuż obok mnie w studiu Abbey Road i słuchał grających na żywo Beatlesów.
Jakie to uczucie słyszeć na tych taśmach własnego ojca?
Chyba już do tego przywykłem. Nie czuję się tym znużony, a najprostsza odpowiedź brzmi: to po prostu miłe uczucie znów z nim przebywać. Pamiętam, jak pracowałem przy Get Back i nagle uświadomiłem sobie, że jestem starszy od mojego taty widocznego na ekranie. Inną dość przedziwną rzeczą związaną z oglądaniem Get Back była świadomość, że gdzieś w tamtym okresie, któregoś z tych konkretnych dni, zostałem poczęty. Mimowolnie zastanawiałem się wtedy: „Ciekawe, w którym momencie uśmiecha się odrobinę szerzej?”.
Czy masz poczucie, że w pewnym sensie masz The Beatles w swoim DNA?
Bycie częścią tego wszystkiego to wspaniała sprawa. Rozumiem, dlaczego fanom odpowiada to, że trzymam nad tym pieczę. Muszę jednak sprostać pokładanym we mnie nadziejom i udowodnić, że potrafię wykonać kawał dobrej roboty. Być może znalazłoby się mnóstwo ludzi, którzy zrobiliby to lepiej, ale ja po prostu muszę dać z siebie wszystko i w pełni się w to zaangażować. Bo wiem, że brzmię jak mój tata i zachowuję się jak on. Pamiętam taki moment podczas prac nad Get Back, kiedy zrobiłem zrzut ekranu i pokazałem go mojej córce, a ona zapytała: „Czy to ty?”, na co odparłem: „Nie, to twój dziadek”.
Czy słysząc, jak udziela wskazówek lub dzieli się sugestiami, łapiesz się czasem na myśli, że gdybyś tam był, prawdopodobnie powiedziałbyś dokładnie to samo?
Sęk w tym, że to, co ojciec do nich mówił, nie nagrywało się na taśmy, więc w zasadzie nie wiem, o czym dokładnie z nimi dyskutował. Mogę się jednak tego domyślić. Wiem, jak by się zachował, bo sam postępuję w ten sam sposób. Co zabawne, Paul uważa, że „w Martinach najlepsze jest to, iż mają do ludzi doskonałe podejście” [w oryginale bedside manner – odpowiednie podejście lekarza do pacjenta]. Mój ojciec w pracy zawsze po prostu dobrze się bawił. Rozmawiam czasem z Gerrym Beckleyem z zespołu America, a on mówi: „To był dla nas najszczęśliwszy czas, ten z twoim tatą”. Pamiętam też, jak wspominał o tym Jeff Beck. Rzeczą, której się od ojca nauczyłem, jest to, że nie ma absolutnie żadnego sensu kogoś nagrywać, jeśli potem ta osoba wraca wieczorem do domu i pod prysznicem śpiewa o niebo lepiej. Praca w ten sposób to zatem duży przywilej. No i samemu trzeba być fanem. Ani ja, ani mój tata nie należymy do osób, które dla klimatu zapalają mnóstwo świeczek i mówią: „Zobaczymy, co z tego wyjdzie”.
Co zatem dalej w waszym beatlesowskim harmonogramie?
Cóż, pracuję obecnie z Samem Mendesem nad czterema „bardzo skromnymi” filmami [śmiech], więc to jest mój kolejny krok. To kawał ciężkiej pracy, ale wyjdą naprawdę świetnie. Mówiąc szczerze, myślę, że wywołają nową falę beatlemanii. Nie pracuję w tej chwili nad żadnym innym projektem The Beatles, powiedzmy w stylu Help! czy Beatles For Sale, tyle mogę powiedzieć na pewno. Niewykluczone, że robi to ktoś inny – w tej branży nigdy niczego nie biorę za pewnik. Wiem jednak, czym sam się teraz zajmuję, a nad tamtymi płytami akurat nie pracuję.
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
