Czytelnicy „The Guardian” zapytani: Czy kiedykolwiek pojawi się zespół tak wielki jak The Beatles lub The Rolling Stones?
2026-10-25, autor: kasia
[...powrót do newsów]
Lata dwudzieste XXI wieku to czas wielkich solistów. Na szczytach list przebojów królują Taylor Swift, Ed Sheeran, Sabrina Carpenter czy Harry Styles. Brakuje jednak na nich zespołów w takim wymiarze, w jakim miało to miejsce w minionych dekadach. Brytyjski dziennik „The Guardian” zapytał swoich czytelników, czy era wszechpotężnych grup, które na zawsze zmieniają oblicze popkultury – takich jak The Beatles, The Rolling Stones czy Abba – dobiegła końca. Odpowiedzi malują fascynujący obraz współczesnego przemysłu muzycznego i zmieniających się nawyków słuchaczy.W poszukiwaniu nowej wielkości
Zastanawiając się nad szansami na powrót wielkich zespołów, część czytelników wskazuje, że nadzieja jeszcze nie umarła – a przynajmniej fani Oasis „cholernie mocno próbują tego dowieść”, licząc na powrót braci Gallagher. Trudno jednak wypracować jeden miernik „znaczenia kulturowego”. Jak zauważa jeden z komentujących, czysta sprzedaż płyt wywindowałaby na szczyt grupy pokroju The Eagles, ale w samej Wielkiej Brytanii niewielu uznałoby ich za kulturowo przełomowych.
Prawdziwy wpływ mierzy się tym, jak dalece muzycy przenikają do codziennych wiadomości, poza działy rozrywkowe. O relacjach Johna Lennona i Paula McCartneya wiedzieli wszyscy – podobnie jak o konfliktach w Oasis czy życiu prywatnym gwiazd. Dziś ten poziom wszechobecności osiąga Taylor Swift, ale – jak trafnie punktują czytelnicy – mówimy tu o solistce wpisującej się w nurt piosenkarzy i autorów tekstów, a nie o zespole.
Pieniądze, streaming i upadek muzycznej klasy średniej
Najsilniejszym argumentem przemawiającym za końcem ery wielkich grup jest brutalna ekonomia. Kiedyś dochody ze sprzedaży nut, płyt i biletów pozwalały utrzymać wieloosobowe orkiestry. Później nadeszła era nagłośnienia koncertowego, która umożliwiła działalność cztero- lub pięcioosobowym zespołom z całym ich zapleczem promocyjno-technicznym.
Dziś model ten całkowicie się załamał. W dobie darmowego Spotify muzyka została pozbawiona swojej dawnej wartości finansowej. Małe, lokalne kluby, w których muzycy mogliby szlifować rzemiosło, masowo się zamykają. Koszty tras koncertowych są tak potężne, że na rynku utrzymują się tylko soliści wspierani przez armię producentów, holograficzne efekty i podkłady wspomagane sztuczną inteligencją. Branża muzyczna uważa zespoły za problematyczne – członkowie kłócą się o wizję artystyczną i dzielą zyski. Solistą zarządza się o wiele łatwiej.
Brak rzemiosła i urok „brudnego” brzmienia
Sukces The Beatles nie wziął się znikąd. Został wykuty w morderczych, wielogodzinnych setach w Hamburgu i w liverpoolskim Cavern Club, a następnie dopracowany do perfekcji podczas wielodniowych sesji w studiu nagraniowym. Czytelnicy zwracają uwagę, że dziś brakuje infrastruktury pozwalającej na zdobycie takiego doświadczenia. Zniknęły szkolne orkiestry i powszechne lekcje muzyki, które niegdyś tworzyły kulturę grania na żywo.
Zmieniło się również samo brzmienie. Żyjemy w świecie muzyki zmanipulowanej, wyrównanej przez Auto-Tune, opartej na samplach. Znika element zaskoczenia, gdy przypadkowa piosenka usłyszana w radiu czy małym klubie dosłownie wbijała w fotel.
Koniec monokultury
Internet bezpowrotnie rozproszył naszą uwagę. Jeszcze w latach 80. gigantyczny hit był słyszalny wszędzie. Dziś, w erze algorytmów, możemy żyć w wysoce spersonalizowanych bańkach, w ogóle nie stykając się z twórczością największych współczesnych gwiazd. The Beatles potrafili zdominować muzykę, telewizję i kino w czasach prawdziwej monokultury. Jedynym współczesnym fenomenem o podobnym, globalnym zasięgu (wykraczającym poza Zachód) wydaje się być koreański zespół BTS, choć działa on w zupełnie innych realiach rynkowych.
Jak trafnie ujął to jeden z uczestników dyskusji, każda epoka ma swoją muzykę. Era wielkich zespołów minęła dokładnie tak samo, jak wcześniej minęła epoka kompozytorów muzyki klasycznej czy potężnych jazzowych big-bandów. Muzyka po prostu idzie do przodu.
Kto ostatecznie zmienił świat?
Dyskusja czytelników nieuchronnie sprowadziła się do tego, kto z dawnych gigantów był tym największym. Pojawiły się głosy, że porównywanie kogokolwiek do Czwórki z Liverpoolu mija się z celem. The Rolling Stones, choć przetrwali próbę czasu, nigdy nie osiągnęli takiej skali oddziaływania. Z kolei Led Zeppelin – mimo że sprzedali miliony płyt i de facto stworzyli heavy metal (którego utwory są dziś namiętnie samplowane) – nie ukształtowali popkultury na tym samym, masowym poziomie.
Ostateczny wniosek z dyskusji na łamach brytyjskiego dziennika jest dość jednoznaczny: dobre, lokalne zespoły wciąż istnieją. Jednak formacja o skali, wpływie i przełomowości The Beatles już się nie narodzi. Oni przyszli, zmienili świat, a tamte warunki historyczne i kulturowe po prostu już nigdy się nie powtórzą. Choć paradoksalnie – na co dowodem są dzisiejsze listy sprzedaży – młode pokolenia wciąż z radością sięgają po ich płyty.
source: Guardian, kategoria: inne
(wizyt: 51)
Copyright 2002 - 2026 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia