Życie, miłość i The Beatles. Paul McCartney w obszernej rozmowie dla „Good Hang with Amy Poehler” - część I
2026-10-12, autor: kasia
[...powrót do newsów]
Paul McCartney to muzyka sama w sobie. Amy Poehler siada do swobodnej rozmowy z tym kultowym artystą, poruszając niezwykle barwne tematy. Rozmawiają między innymi o tym, jak Paul o mały włos nie został fabrycznym królem nawijania cewek, co to właściwie znaczy być „gracjoholikiem” i wreszcie – odpowiadając na nurtujące Stellę pytanie – czy McCartney kiedykolwiek palił Monkberry Moon Delight. Przedstawienie Paula McCartneya
Amy Poehler:Cześć wszystkim! Witajcie w kolejnym odcinku Good Hang. Kochani, mamy dziś w studiu... cóż, najsławniejszą osobę w tym pomieszczeniu i prawdopodobnie najsławniejszą osobę, jaką kiedykolwiek spotkałam – Sir Paula McCartneya. Jest z nami Paul McCartney, liverpoolczyk, który grał w The Beatles i w Wings, i który jest obecny w naszym życiu przez całe nasze życie. Porozmawiamy dziś o wielu wspaniałych rzeczach. Pomówimy o tym, czy Paul był wyższy od Johna, czy nie. Porozmawiamy o miłości Paula do zwierząt. Przedyskutujemy, co składa się na doskonałe śniadanie i ile dokładnie owoców jagodowych wchodzi w jego skład. Porozmawiamy także o nowej muzyce Paula – o The Boys of Dungeon Lane, o wznowieniu i nowych piosenkach, które właśnie niedawno się ukazały, oraz o edycji specjalnej. Porozmawiamy też o muzyce w ogóle. W końcu to Paul McCartney, a Paul McCartney to sama muzyka.
Zanim jednak przejdziemy do właściwej części, zawsze lubimy porozmawiać z kimś, kto zna naszego gościa, jest jego fanem lub – jak w tym przypadku – jest córką naszego gościa. Rozmawiamy dziś ze Stellą McCartney. Stella McCartney to ogromny talent, projektantka mody i niesamowicie kreatywny umysł, a przy tym osoba niezwykle zabawna, ciepła, dowcipna i bystra. Mieliśmy okazję z nią porozmawiać i zaraz przekonamy się, czy Stella podsunie nam dobre pytanie dla swojego taty. A zatem – Stella!
Rozmowa ze Stellą McCartney
Amy Poehler: Tak dobrze z tobą porozmawiać! Przepraszam, mieliśmy drobne problemy techniczne.
Stella McCartney: Och, nic nie szkodzi, wszystko w porządku. My też mieliśmy małe problemy techniczne.
Amy Poehler: Łączę się z tobą w Anglii?
Stella McCartney: Tak.
Amy Poehler: Cześć, Stella!
Stella McCartney: Cześć, Amy. Naprawdę bardzo cię lubię. Aż trudno uwierzyć, [śmiech] że dopiero taka okazja musiała nas ze sobą zetknąć.
Amy Poehler: Wiem! Miałam przyjemność być przez ciebie zapraszana i ubierana, bywałam też na wielu wydarzeniach, na których i ty byłaś, ale zawsze mijałyśmy się tylko w przelocie. Za każdym razem, gdy miałam okazję spędzić z tobą chwilę, bardzo chciałam więcej, bo jestem ogromną fanką ciebie, twojej pracy, twojej kreatywności oraz tego, jak funkcjonujesz w świecie. Naprawdę cudownie jest dziś z tobą porozmawiać. Dziękuję, że znalazłaś dla nas czas.
Stella McCartney:Z wzajemnością. Ojej, zrobiło się trochę poważnie. Aż mnie to przeraziło.
Amy Poehler:Tak, zrobiło się bardzo poważnie.
Stella McCartney: Nigdy więcej tego nie rób.
Amy Poehler: Znam was, Brytyjczyków. Wy, Brytyjczycy, po prostu nie potraficie... Wystarczy jeden komplement i od razu...
Stella McCartney: Szczerze mówiąc, prawie trochę zwymiotowałam w ustach.
Amy Poehler: Wiem. Cóż, przyzwyczajaj się.
Stella McCartney: Jestem świetna, biorę to na klatę.
Amy Poehler: Jesteś teraz w samym środku przygotowań do pokazu? W jakim momencie cię łapiemy?
Stella McCartney: Wyczucie czasu jest wprost idealne, wielkie dzięki. Za jakieś trzy dni mam pokaz w Paryżu. W ogóle nie jestem zajęta, Amy. Więc wiesz, biorąc pod uwagę różnicę czasu i całą resztę, jest idealnie, po prostu genialnie. Właśnie się zastanawiałam, co by tu robić dziś wieczorem, i ta rozmowa idealnie wypełniła tę lukę.
Amy Poehler: Wyobrażam sobie, co teraz kłębi się w twojej głowie na trzy dni przed pokazem, ale właściwie co jeszcze zostaje do zrobienia na trzy dni przed? Wszystko?
Stella McCartney: Mniej więcej. Tak, tak, tak. Właściwie zaczęliśmy dopiero wczoraj wieczorem. Mam więc sporo drobiazgów... Właściwie to mam tu dzieci, które wykorzystuję teraz do pomocy przy zszywaniu różnych rzeczy. I to nie są moje własne dzieci. Żartuje sobie, oczywiście żartuje! Prowadzę przecież zrównoważoną markę modową wolną od okrucieństwa.
Amy Poehler: Dorastałaś na farmie, prawda?
Stella McCartney: Zgadza się.
Amy Poehler: Jak to było dorastać na farmie? Jakie miałaś poranne obowiązki? Co musiałaś robić o poranku?
Stella McCartney: Ojej. Cóż, w Szkocji razem z rodzeństwem zazwyczaj po prostu sami organizowaliśmy sobie rozrywkę. Brałam kamienie i waliłam nimi... i wcale nie żartuję. Brałam kamienie i uderzałam nimi o inne kamienie. I to by było właściwie na tyle. Nie no, dużo jeździliśmy konno, ale głównie waliło się kamieniem o kamień.
Amy Poehler: Tak. A czy musiałaś... Przyznam się do czegoś. To wyznanie typowej dziewczyny z przedmieść i z miasta, więc możesz stracić do mnie szacunek: nigdy w życiu nie sięgnęłam ręką pod kurę, żeby wyjąć jajko.
Stella McCartney: Och, ja robiłam to cały czas. Tak, tak. I nigdy nie należało to do szczególnych przyjemności. Nie bardzo.
Amy Poehler: Dla mnie to trochę przerażające. Bałabym się sięgnąć. Czy trzeba najpierw poprosić kurę, żeby się przesunęła, czy po prostu...
Stella McCartney: Tak, tak. Właściwie niewiele osób to o mnie wie, ale świetnie udaję kurczaki.
Amy Poehler:Naprawdę? Możemy posłuchać?
Stella McCartney: [wydaje odgłosy gdakania kury]
Amy Poehler: Naprawdę?!
Stella McCartney:Jestem w tym całkiem dobra – potrafię rozmawiać z kurami, obok wielu innych umiejętności. Jestem więc pod tym względem dwujęzyczna, ale faktycznie jako dziecko musiałam wychodzić z domu i zbierać jajka.
Amy Poehler: Odnosi się wrażenie, że twoim rodzicom ogromnie zależało na tym, by stworzyć wam piękne, spokojne i pełne miłości dzieciństwo. I wygląda na to, że właśnie to wam dali. Dziś rozmawiam z twoim tatą, a ty pewnie spędziłaś całe życie na tym, że ludzie zadawali ci pytania i rozmawiali z tobą o twoim ojcu. Zastanawiam się, jak to jest musieć dzielić się swoimi rodzicami z całym światem.
Stella McCartney: Tak, to faktycznie dość dziwne. Szczerze mówiąc, znam tylko taką rzeczywistość. To nie jest tak, że miałam jakieś inne doświadczenie – to jest moje jedyne doświadczenie. Zdecydowanie bywa to psychodeliczne, dziwne i surrealistyczne. Ale myślę też, że wychowywałam się w świecie pełnym skrajności. Byliśmy na farmie, tylko nasza szóstka, stłoczeni w maleńkim domku, wszyscy w jednym pokoju – mama gotowała, a tata strzygł owce i pisał piosenki – a chwilę później byliśmy w trasie koncertowej, gdzie na twoich rodziców krzyczało 200 tysięcy ludzi.
Amy Poehler: Tak, jeździliście w trasy wszyscy razem. Ależ to musiała być frajda!
Stella McCartney: Tak, chociaż kiedy miałam 18 lat, byłam trochę wściekła, bo akurat budowałam własne przyjaźnie, zaczynałam łapać własny rytm, i myślałam sobie: „Co? Serio? Musimy jechać w światową trasę?”. Ale to było niesamowite. Myślę, że jednym z największych przywilejów w mojej sytuacji była możliwość prawdziwego zobaczenia świata z takiej perspektywy – po prostu podróżowania, poznawania tylu różnych kultur i ludzi. A poza tym wszystko to wyrastało z miłości. Wszystko, co robili moi mama i tata, płynęło z miłości. Z drugiej strony, wbrew pozorom, nie jestem typem osoby, która woła: „Patrzcie na mnie!”, o ile jesteś w stanie w to uwierzyć. Dlatego wejście w świat mody było dla mnie bardziej kreatywnym sposobem działania, pozwalającym stać odrobinę poza głównym światłem reflektorów. Nie jestem artystką estradową. Powiedziała, po czym... Wyobraź sobie, gdybym teraz nagle zaczęła śpiewać!
Amy Poehler: Cóż, wcześniej słyszeliśmy już naśladowanie kurczaka. Słyszeliśmy ten popis.
Stella McCartney: W takim razie daj posłuchać swojego kurczaka. Jakie jest twoje zwierzę? Dawaj, będę łaskawa. Jakie zwierzę wychodzi ci najlepiej?
Amy Poehler: Nie wiem, nie wiem.
Stella McCartney: Przestań, każdy ma swoje popisowe zwierzę! Jezu, ja zrobiłam swoje.
Amy Poehler: Dobra, wiesz co? Dobra, spróbuję zrobić dla ciebie kota.
Stella McCartney: Czekaj, czy to pierwszy raz, kiedy publicznie udajesz kota?
Amy Poehler: Tak.
Stella McCartney: Łał, okej. Drodzy widzowie, nie ma za co!
Amy Poehler: Tak. A mój stosunek do kotów jest taki: są w porządku. Ani ich nie kocham, ani nie nienawidzę, oczywiście. O, to będzie kot pod drzwiami. Chwileczkę. Dobra, zaczynamy.
Stella McCartney: No dawaj.
Amy Poehler: Miau.
Stella McCartney: Początek był bardzo dobry!
Amy Poehler: Myślę, że ludzie się śmieją, bo wyszło aż tak dobrze. [śmiech] Ale poruszyłaś temat, który uważam za bardzo ciekawy. Wiele osób wykonujących zawody na świeczniku w głębi duszy jest tak naprawdę introwertykami. Ludzie byliby pewnie zaskoczeni, słysząc, że uważasz się czasem za introwertyczkę.
Stella McCartney: To znaczy, nie powiedziałabym, że jestem introwertyczką – to już lekka przesada. Po prostu nie jestem... Posłuchaj, moim punktem odniesienia dla ekstrawertyka jest Paul McCartney. [śmiech] Więc to nie tak, że mówię: „Och, jestem introwertyczką” – po prostu w porównaniu z nim wypadłam jak introwertyczka. Dorastałam zresztą wokół komików z Saturday Night Live, a jak wiesz lepiej niż ktokolwiek inny, niektórzy z nich są ekstrawertykami, a inni zupełnie nie, choć mimo to występują na scenie.
Amy Poehler: Tak. Wiesz, chcę porozmawiać o tym z twoim tatą, bo on bez przerwy kręci się wokół SNL i w zasadzie nie mogę się go pozbyć.
Stella McCartney: Myślę sobie: „Znowu? Serio? Jezu, poudawaj chociaż trochę niedostępnego!”. Byłam właściwie na tym odcinku pod koniec zeszłego sezonu. Było wspaniale, świetna zabawa z Willem Ferrellem. Zaprosił Willa do występu, więc stwierdziłam: „Jadę tam”, bo wiadomo – widziałam też Willa u ciebie w programie, byliście genialni. W drodze na miejsce rozmawiam z tatą i mówię: „Tato, błagam, powiedz, że wyciągniesz Willa na scenę, żeby zagrał na krowim dzwonku (cowbell)”. A on na to: „Jakim krowim dzwonku?”. Ja mówię: „Jak to jakim? Przecież znasz ten skecz z krowim dzwonkiem!”. W każdym razie w końcu to zrobił – namówił Willa na ten dzwonek.
Amy Poehler: Zrobił to po raz kolejny! Nie ma za co. Dziękujemy ci, Stella.
Stella McCartney: Nawet nie przypisał mi za to zasług, co jest irytujące.
Amy Poehler: Chcę z nim porozmawiać o Lornie [Michaelsie] i ich relacji w SNL, bo masz rację – często tam bywał, a ich wzajemna czułość jest bardzo urocza. Szczerze mówiąc, dochodzi się w życiu do takiego momentu, kiedy przyjaźnisz się z ludźmi od 40, 50 czy 60 lat, kryje się za tym ogromna wspólna historia i naprawdę miło słuchać, jak mówią o sobie nawzajem.
Stella McCartney: Są naprawdę bardzo dobrymi, starymi przyjaciółmi. Właściwie to razem ćwiczą jogę. Słyszałaś o „Chłopakach od Jogi” (Yoga Boys), prawda?
Amy Poehler: Podoba mi się, że nazywasz ich „Chłopakami od Jogi”.
Stella McCartney: Bo to są „Chłopaki od Jogi”! Jak Boga kocham, sami siebie tak nazywają. Właściwie to muszę im kupić na święta koszulki z napisem „Yoga Boys”. Nawet nie „Mężczyźni od Jogi”, tylko „Chłopaki od Jogi”.
Amy Poehler: Tak! Bo wciąż się uczą. Mają umysł początkującego. Zdecydowanie zachowali dziecięcą naturę. Powiedz mi więc, jakie pytanie powinnam mu zadać? Jest jakaś historia, którą chętnie by opowiedział, albo coś, czego sama wciąż o nim nie wiesz? Albo coś, o czym twoim zdaniem nie powinnam z nim rozmawiać? To też zawsze bardzo pomaga.
Stella McCartney: Nie, powiedziałabym, że jest bardzo przystępny. Owszem, przychodzą mi do głowy rzeczy, o które nie powinnaś go pytać, ale i tak o nie nie zapytasz. A jeśli zapytasz, będzie z tego niezły ubaw. Szczerze mówiąc, z chęcią bym po prostu popatrzyła, jak to się rozwinie. Mam za to dwa pytania. Czy mogę zadać dwa pytania?
Amy Poehler: Tak, oczywiście.
Stella McCartney: Pierwsze... Chyba chciałabym zacząć od tego, że mój tata to za życia postać absolutnie pomnikowa, prawdziwa ikona. Zainspirował tak wiele pokoleń, tak wielu ludzi, a jego wpływ na kulę ziemską jest po prostu gigantyczny. On nieustannie daje z siebie więcej i więcej, a robi to, jak sądzę, poprzez swoje teksty. Zanim więc zadam pytanie, chciałabym przeczytać fragment jednego z moich ulubionych, najgłębszych i najbardziej znaczących tekstów jego autorstwa:
Siedziałem więc na strychu z pianinem w nosie, a wiatr grał okropną kantatę. Kantatę, kantatę. Bolało mnie od trzasku węża ogrodowego wroga i okropnego dźwięku pomidora. Pomidora, pomidora. Keczup, keczup, zupa i purée. Zupa i purée, nie zostań w tyle. Nie zostań w tyle. Keczup, [śmiech] keczup, zupa i purée. Zupa i purée, nie zostań w tyle.
I to idzie dalej! Ciągnie się dalej, jeśli chcesz jeszcze odrobinę:
Moje pianino wyrażało się śmiało i bez ogródek, próbując powtórzyć swój refren. Stałem więc z supełkiem w żołądku i wpatrywałem się w ten straszliwy widok dwójki młodzików ukrytych w beczce i palących Monkberry Moon Delight.
Tak więc moje pierwsze pytanie do ojca brzmi: czy kiedykolwiek paliłeś Monkberry Moon Delight i co to właściwie jest?
Amy Poehler: Fantastyczne pytanie.
Stella McCartney: To utwór z mojego ulubionego albumu Ram, który właściwie nagrali razem moi mama i tata. Tak, myślę, że mama miała swój udział w tych słowach i jej też należy się tutaj część zasług. Piosenka nosi tytuł Monkberry Moon Delight.
Amy Poehler: Świetnie.
Stella McCartney: I ciągnie się dalej, właściwie jest tam też fragment o kotach i kociętach. Jest naprawdę dobra. To będzie więc moje pierwsze pytanie: czy kiedykolwiek palił Monkberry Moon Delight i co, do cholery, [śmiech] oznacza ten tekst?
Amy Poehler: Amy Poehler: Zatem to pierwsze pytanie. Okej, świetnie: o co w tym chodzi?
Stella McCartney: Moje drugie pytanie – tym razem poważne – właściwie sama zadałam tacie kilka dni temu i bardzo chciałabym zobaczyć, jak odpowie na nie tobie, bo mnie jego odpowiedź naprawdę zaskoczyła. Naprawdę mocno zaskoczyła. Dlatego w prezencie dla ciebie przekazuję ci to pytanie: „Jakie jest twoje pierwsze wspomnienie, tato?”.
Amy Poehler: Ach, piękne.
Stella McCartney: I naprawdę chcę wiedzieć, co ci odpowie, bo pomyślałam wtedy: „Łał, to niesamowite.”
Amy Poehler: Ależ to świetne pytanie, jakie można komuś zadać”.
Myślę, że twój tata będzie bardzo zadowolony z naszej rozmowy, bo mam nadzieję, iż poczuje, że dostałam dobre rady.
Stella McCartney: Cieszę się, że się do mnie zwróciłaś, to było urocze. Czuję się bardzo zaszczycona. Tak zupełnie poważnie – czuję się ogromnie zaszczycona, że mnie poprosiłaś, bo spójrzmy prawdzie w oczy: mogłaś poprosić kogokolwiek na świecie o zadanie pytania Paulowi McCartneyowi i każdy powiedziałby „tak”. To naprawdę niesamowite, że wybrałaś mnie, Amy. Dziękuję.
Amy Poehler: Oczywiście. Dziękuję, że się zgodziłaś, i bardzo chętnie zaprosimy cię też do studia. Nie gościłam jeszcze projektanta mody i czuję, że...
Stella McCartney:Przyjdę!
Amy Poehler: Okej, super, świetnie.
Stella McCartney: I powodzenia z tatą. Mam nadzieję, że te pytania się nadają.
Amy Poehler: Są idealne.
Stella McCartney: Ściskam cię mocno, kochana, trzymaj się. Dziękuję za zaproszenie.
Amy Poehler: Wielkie dzięki, że to zrobiłaś. Pa, Stella, wspaniale było cię zobaczyć. Jeszcze raz dziękuję, pa.
Stella McCartney: Pa, kochanie, dziękuję.
Refleksje nad życiem i karierą
Amy Poehler: Cześć, Paul.
Paul McCartney: Hej, Amy.
Amy Poehler: Często ci się to zdarza, że ludzie są przy tobie nieco spięci, wyczuwasz tę energię i musisz wymyślić, jak pomóc im rozładować stres? Pewnie jesteś już do tego przyzwyczajony. Masz na to jakiś sposób?
Paul McCartney: Tak, dokładnie tak jest. Czy mam jakiś sposób? Sama nie wiem – po prostu staram się zachowywać normalnie. Miałem w życiu szczęście, bo należałem do tych chłopaków, którzy dorastali w bardzo zwyczajnej rodzinie. Wiesz, w jednej z takich rodzin, gdzie niemowlę po prostu podaje się sobie z rąk do rąk. Znam natomiast ludzi, którzy dorastają, pojawia się u nich dziecko, a oni są nim śmiertelnie przerażeni. Myślą sobie: „O nie!” Wydaje mi się więc, że po prostu korzystam z tego wyniesionego z domu podejścia.
Amy Poehler: Zabawne, że o tym wspominasz, bo wśród wielu tematów, o których chciałam dziś z tobą porozmawiać, jest właśnie to, jak swobodnie czujesz się w towarzystwie małych dzieci.
Paul McCartney: Tak, chyba rzeczywiście tak jest.
Amy Poehler: Bo jest to kultowe zdjęcie, bodajże z małą Mary schowaną pod twoją kurtką, które tak bardzo wyprzedzało swoje czasy. Mężczyzna noszący w ten sposób niemowlę – wtedy po prostu w ogóle się czegoś takiego nie widywało.
Paul McCartney: Cóż, po prostu tak to u nas wyglądało. Zabierałem ją w ten sposób nawet na przejażdżki. Na koniu! Takie były lata 70. A dziś ta mała dziewczynka jest mamą czterech chłopców.
Amy Poehler: O rany, to ma pełne ręce roboty!
Paul McCartney:To maleństwo z mojej kurtki.
Amy Poehler: Dobrze, jest z nami Paul McCartney. Masz za sobą tak niezwykłe życie i tak bogatą historię, że perspektywa rozmowy z tobą przez zaledwie półtorej godziny jest wręcz onieśmielająca. Jeśli więc mi wybaczysz, pewnie będę mocno przeskakiwać z tematu na temat. A wynika to z tego, że mam pewną teorię: uważam, że jesteś po trosze podróżnikiem w czasie. Wierzysz w podróże w czasie?
Paul McCartney: Nie.
Amy Poehler: Och, no cóż, w takim razie zapomnij o mojej teorii. Chociaż odrobinę! Mam wrażenie, że czasami nie byłeś w tym wieku, na jaki wskazywałaby metryka – wydawałeś się starszy albo młodszy.
Paul McCartney:Możesz pójść z tym do specjalisty. Amy, są ludzie, z którymi można o tym porozmawiać! Nie, żartuję – właściwie rozumiem, co masz na myśli.
Amy Poehler: Tak! Chodzi mi o to, że kiedy byłeś bardzo młody, sprawiałeś wrażenie starszego. O ile to ma jakiś sens.
Paul McCartney: Nie, to naprawdę ma sens. Sam patrzyłem czasem na tekst Yesterday: „Nie jestem już nawet połową człowieka, którym byłem kiedyś. Nagle nie jestem nawet połową dawnego siebie” (Suddenly I'm not half the man I used to be). Przecież ja miałem wtedy jakieś 21 lat! Połowa tamtego człowieka oznaczałaby, że mam jakieś [śmiech] dziesięć i pół roku.
Amy Poehler: Pisałeś When I'm Sixty-Four, mając dwadzieścia parę lat.
Paul McCartney: Zgadza się.
Amy Poehler: A w wieku 27 lat, kiedy The Beatles się rozpadli, uznawano cię w zasadzie za emeryta. Interesuje mnie ta kwestia: czy czujesz, że masz jakiś określony wiek? Czy jest jakiś wiek, na który wewnętrznie się czujesz?
Paul McCartney:Myślę, że mam tak jak większość ludzi – człowiek ma wrażenie, że zatrzymuje się w okolicach dwudziestu pięciu lat. W mojej głowie mam więc 25 lat. A potem patrzę w lustro i mówię sobie: „Nie, wcale nie masz”.
Amy Poehler: Tak, mam dokładnie tak samo. Czuję się staro.
Paul McCartney: Ale podoba mi się ta myśl. W czasach The Beatles mieliśmy taką zasadę: ilekroć pojawiały się wątpliwości dotyczące jakiegoś utworu, przedsięwzięcia, trasy koncertowej czy czegokolwiek innego i nie potrafiliśmy znaleźć odpowiedzi, pytaliśmy samych siebie: „A co pomyślelibyśmy o tym w wieku 17 lat? Co powiedziałby tamten chłopak?”. „Nie wchodzimy w to”. Bo tamten chłopak nigdy by nam na to nie pozwolił.
Amy Poehler: Tak.
Paul McCartney: Z wiekiem człowiek mięknie i mówi: „No dobrze, zróbmy to”. Ale lepiej było słuchać tego siedemnastolatka.
Amy Poehler: Bo ten siedemnastolatek był bardziej stanowczy – u niego było proste „tak” albo „nie”, wszystko było bardziej czarno-białe.
Paul McCartney: Myślę, że miał w sobie po prostu więcej zdrowego rozsądku i był mniej... zblazowany światem. Potrafił wypalić prosto z mostu: „Ta marynarka jest okropna”. Tymczasem później – albo nawet dziś – pewnie powiedziałbym: „Tak, całkiem ładna marynarka”, kłamiąc jak z nut.
Amy Poehler: Całkowita racja.
Paul McCartney: Wtedy byśmy czegoś takiego nie zrobili.
Amy Poehler: Masz rację. Mam wrażenie, że przypisujemy ogromną wagę temu, iż z wiekiem nabieramy wielkiej mądrości i doświadczenia, a zapominamy o tych wyrazistych, bezkompromisowo szczerych opiniach, które mieliśmy w młodości.
Paul McCartney: Tak.
Amy Poehler: Wciąż trudno mi uwierzyć, Paul, że kiedy The Beatles się rozpadli, miałeś zaledwie 27 lat. Byliście razem tylko przez osiem lat, a nagraliście 13 albumów. Te liczby są wręcz nieprawdopodobne. Słuchając muzyki, którą tworzyliście jako młodzi chłopcy, można było odnieść wrażenie, jakbyście podświadomie wiedzieli, że macie dla tego zespołu tylko tyle czasu.
Paul McCartney: Nie sądzę, żebyśmy o tym wiedzieli, ale na pewno nie spodziewaliśmy się, że potrwa to długo. Bo w tamtych czasach w świecie rock and rolla zespoły po prostu nie trwały długo. Maksymalnie pięć lat i koniec (five years top whack). A potem minęło pięć lat i nagle okazało się: „O rany, przecież my właśnie nagrywamy Sgt. Pepper! Chyba możemy ciągnąć to dalej”. A potem przyszedł Biały Album i cała reszta. Później założyłem Wings i po prostu grałem dalej.
Amy Poehler: Rozmowa z tobą jest fascynująca, bo jesteś kimś, o kim ludzie sądzą, że wiedzą bardzo dużo, i czują, że byłeś obecny w ich życiu na milion różnych sposobów. Wiem, że w moim życiu byłeś obecny od zawsze. Pod wieloma względami, Paul, uosabiasz samą muzykę, uosabiasz piosenkę – tak jakby piosenki przybrały ludzką postać. Gdybyśmy musieli polecieć w kosmos i zabrać ze sobą jedną osobę, która miałaby reprezentować piosenki [śmiech] przed kosmitami, wypchnęlibyśmy na sam przód właśnie ciebie.
Paul McCartney: „Proszę bardzo, oto on!”. Cóż, bardzo dziękuję! To kiedy wylatujemy?
Amy Poehler: No właśnie, ruszajmy! Dobrze, przejdźmy dalej. Zachwycił mnie dokument Morgana Neville’a Man on the Run. Przepiękny film. Tobie też się podobał?
Paul McCartney:Tak, podoba mi się. Chociaż kiedy Morgan pokazał mi go po raz pierwszy, zapytałem: „Jest tu parę żenujących momentów. Może powinniśmy je wyciąć?”.
Amy Poehler: Dobre! Co wydało ci się żenujące?
Paul McCartney: Nie zdawałem sobie sprawy, że farma, na której wtedy mieszkaliśmy, była aż tak zapuszczona. [śmiech] Istna rudera! Byliśmy wtedy zakochani, mieliśmy małe dziecko, wszystko było cudowne, a ja wychodziłem z założenia, że sam wszystko wyremontuję: „Żaden problem, zaraz zbiję stół”. Żyliśmy w takim właśnie nastroju, więc zupełnie tego nie dostrzegałem. A kiedy patrzysz na to w filmie, łapiesz się za głowę: „Wy naprawdę tam mieszkaliście?! Przecież miałeś trochę grosza – i z własnej woli wybrałeś życie w takich warunkach?!”. Było mi więc odrobinę głupio. Nie wiem, jak ty, ale ja czasami po prostu nie zawracam sobie głowy zbyt poważnym analizowaniem pewnych spraw.
Amy Poehler: I właśnie tego zawsze się o tobie dowiadujemy. Jest tak wiele rzeczy, które cenię w tobie jako artyście. Po pierwsze, masz poczucie humoru na temat samego siebie i swojej twórczości, co nie tylko świadczy o inteligencji, ale też pozwala nam cieszyć się twoją pracą na wiele różnych sposobów. A po drugie, naprawdę wpuszczasz nas za kulisy swojego procesu twórczego. Wielu artystów woli trzymać ludzi z dala od swojego warsztatu, bo to pozwala im zachować aurę tajemniczości. Tymczasem oglądanie ciebie przy pracy zawsze dawało mi poczucie, że sama też mogłabym napisać piosenkę. Zawsze pozwalało mi to poczuć więź z muzyką. Ten dokument robi dokładnie to samo – pokazuje proces twórczy, podobnie jak wcześniej dokument Petera Jacksona.
The Beatles i relacje wewnątrz zespołu
Amy Poehler: Uwielbiam to, co mówisz o swojej pracy, kiedy ludzie pytają, czy jesteś pracoholikiem albo czy sam się za niego uważasz. Mówisz wtedy: „Cóż, muzyki się nie wypracowuje”. Jak dokładnie brzmi twoja odpowiedź na to pytanie?
Paul McCartney: Zgadza się. Ludzie powtarzają: „Strasznie dużo pracujesz. Ciągle jesteś w pracy”. Odpowiadam im: „Wcale nie”. Pewnego dnia pomyślałem sobie, że przecież w języku angielskim muzyki się nie „pracuje”, tylko się ją „gra” i nią bawi (we don't work music, we play music) – jestem więc raczej „gracjoholikiem” (playaholic). Od tego zdecydowanie jestem uzależniony. Jestem pewien, że u ciebie wygląda to podobnie – uważam się za ogromnego szczęściarza, że właśnie to jest moją pracą. Bo kiedy skończyłem szkołę, moją pierwszą pracą było nawijanie cewek w fabryce.
Amy Poehler: Okej, to brzmi jak ciężka harówka w ukropie. Na czym to właściwie polegało?
Paul McCartney: Ależ twarda, męska robota!
Amy Poehler: Co musiałeś tam robić? Dosłownie nawijać cewki?
Paul McCartney:Tak. Miałaś przed sobą taką wielką szpulę z drutem nawojowym. Drut przechodził między nogami, zakładało się go na taki element zwany twornikiem i nawijało bez końca – to część, którą montuje się w silnikach. A moje cewki nie były szczególnie udane. Zamysł był jednak taki, że przeprowadzą mnie przez wszystkie działy w zakładzie, aż w końcu zostanę kierownikiem. Pewnego dnia pod fabryką pojawili się jednak John i George , a jeden z chłopaków na hali zawołał do mnie: „Przed budynkiem czekają jacyś kolesie, chcą się z tobą widzieć”. Wyszedłem więc na zewnątrz, a oni mówią: „Mamy koncert. Mamy występ w Cavern”. Odpowiedziałem: „Sam nie wiem, dajcie mi się zastanowić”.
Amy Poehler: Spojrzałeś na te cewki...
Paul McCartney: „Dajcie mi pomyśleć”. Spojrzałem na cewki, spojrzałem na kopertę z wypłatą – 7 funtów i 15 szylingów tygodniowo. Boże, do dziś nie mogę uwierzyć, że naprawdę się wtedy wahałem, ale tak właśnie było! Powiedziałem: „Dam wam jeszcze znać”. I dałem – porzucając tym samym karierę w zarządzaniu nawijaniem cewek.
Amy Poehler: Gdybyś przy tym został, to właśnie ciebie pokazywalibyśmy kosmitom jako ziemskiego reprezentanta nawijania cewek!
Paul McCartney: Król nawijania cewek.
Amy Poehler: O ile lat George był od ciebie młodszy, Paul?
Paul McCartney: Chyba o jakieś półtora roku, a ja z kolei byłem o półtora roku młodszy od Johna.
Amy Poehler: No właśnie. Kiedy jesteśmy starsi, taka różnica nie ma żadnego znaczenia, ale w młodości to naprawdę istotna sprawa. Czy czułeś się wtedy jak środkowe dziecko albo młodszy brat Johna? I czy traktowałeś George’a jak młodszego brata?
Paul McCartney: Tak, myślałem o George’u jak o młodszym chłopaku, ale on był niesamowicie pewny siebie i zadziorny. George’a nie dało się zbić z pantałyku. Dodawał więc sobie lat samą tą pewnością siebie i postawą.
Amy Poehler: A kto z was był najwyższy?
Paul McCartney: Wszyscy byliśmy tego samego wzrostu.
Amy Poehler: Serio? Naprawdę?
Paul McCartney: Wiesz o tym, że jestem na tym punkcie przeczulony, prawda?
Amy Poehler: Nie! Opowiedz o tym koniecznie. O mój Boże!
Paul McCartney: Cóż, my trzej byliśmy dokładnie tego samego wzrostu, a Ringo był odrobinę niższy.
Amy Poehler: Jasne.
Paul McCartney: Jeśli spojrzysz na zdjęcia, widać wyraźnie, że jesteśmy równi. Tymczasem Sam Taylor-Wood nakręciła film zatytułowany Nowhere Boy. A odtwórca roli Johna, za którego Sam później zresztą wyszła – Aaron...
Amy Poehler: Zgadza się, Aaron Taylor-Johnson.
Paul McCartney: Właśnie. W tym filmie on jest ode mnie większy. Moja postać jest jakaś taka cherlawa, niższa od Johna, a w jednej ze scen John powala mnie na podłogę. Mówię jej więc: „Sam, przecież to nieprawda!”. A jej jedyne wytłumaczenie – niech jej będzie, bo wciąż jesteśmy dobrymi przyjaciółmi – brzmiało: „To jest film fabularny, a nie dokument”. Pomyślałem sobie, że niezbyt podoba mi się takie tłumaczenie, ale nic już nie mogłem poradzić, bo film był gotowy. Nigdy tak to nie wyglądało, a tu nagle na ekranie stoję ja – malutki Paul – a nad sobą mam Johna, wielkiego bohatera. No nie!
Amy Poehler: Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jakie to uczucie, kiedy na ekranie grają cię inni ludzie. To musi być strasznie dziwne. Zresztą teraz dzieje się to po raz kolejny – powstaje nowy film, w którym wciela się w ciebie wspaniały Paul Mescal. Oczywiście to fabuła oparta na waszych losach, a nie wyjęta jeden do jednego z życia, ale mimo wszystko to musi być osobliwe doświadczenie.
Paul McCartney: Tak, zdecydowanie jest to dziwne. I zgadnij co? On też jest niższy od chłopaka, który gra Johna!
Amy Poehler: O nie!
Paul McCartney: Kiedy Sam Mendes zabierał się za kręcenie...
Amy Poehler: Tak!
Paul McCartney: Powiedziałem mu: „Sam, muszę ci powiedzieć tylko jedną rzecz. Paul [Mescal] jest odrobinę niższy...”. Nie wiem, jak Sam sobie z tym poradzi, ale przysłał mi kadr z planu zdjęciowego, na którym przechodzą przez pasy na Abbey Road.
Amy Poehler: Tak, też widziałam to zdjęcie!
Paul McCartney: I aktor grający Paula jest tam wyraźnie niższy!
Amy Poehler: A do bosych stóp nie da się przecież założyć wkładek podwyższających! To prawda, może właśnie w tym tkwił problem.
Paul McCartney: Napisałem mu więc SMS-a: „Sam, jest niższy, nie rób mi tego! Obiecałeś, że tego nie zrobisz”. A on odpisał: „Spokojnie, wszystko gra, to tylko kwestia układu kroków”. Po czym przysłał mi kolejne ujęcie, na którym tak ich ustawił w kadrze, że byli równego wzrostu.
Amy Poehler: Myślę, że sposób, w jaki potraficie śmiać się ze swojej żyłki do rywalizacji, jest czymś, co my – zwłaszcza jako Amerykanie – wprost uwielbiamy. Bo właśnie tak zachowują się rodziny. Chcę przez to powiedzieć, że w rodzinie ludzie sobie docinają i mogą pozwalać sobie wobec siebie na rzeczy, na które nikt z zewnątrz nie mógłby sobie pozwolić. Zawsze odnosiło się wrażenie, że właśnie taka więź łączyła was wszystkich wtedy i łączy nadal.
Paul McCartney: Tak. Dużym plusem było to, że dorastaliśmy razem, więc rzeczywiście był w tym pierwiastek rodzinny. Ja i George chodziliśmy do tej samej szkoły, a John do kolegium artystycznego tuż obok. Poza tym minęły lata, zanim zdobyliśmy jakąkolwiek sławę. Wcześniej tłukliśmy się po Hamburgu, grając w mało przyjemnych, podrzędnych klubikach.
Amy Poehler: Tak.
Paul McCartney: Ale sprawiało nam to frajdę, bo byliśmy młodymi dzieciakami w Hamburgu. Myśleliśmy sobie: „Łał!”. Nigdy wcześniej nie byliśmy za granicą. Kiedy więc znacie się tak dobrze i trzymacie się razem przez tak długi czas, naprawdę stajecie się jak rodzina. A to przekłada się potem na wspólne pisanie i pracę – wiesz, co ten drugi ma w głowie, możesz mu powiedzieć wprost, że dana linijka ci się nie podoba, a on może ci odpalić, że twój pomysł jest do niczego. Jak sama doskonale wiesz, w pracy twórczej nad tekstem to ogromna zaleta.
Amy Poehler: I tu znów wracamy do tego siedemnastolatka – do bardzo bezpośredniego mówienia: „to jest dobre, to jest słabe, nie powinieneś tego zakładać” i tak dalej. Pewnie sam doskonale widzisz, że gdy osiąga się pewien poziom sukcesu, ludzie zaczynają się bać dawać ci szczerą informację zwrotną.
Paul McCartney:Tak, w dzisiejszych czasach to realne zagrożenie. Kiedy pracuję z jakimś producentem, ludzie zawsze mnie pytają: „A czy on ci mówi, kiedy coś jest słabe?”. Sam nie jestem pewien.
Amy Poehler: No właśnie, skąd miałbyś wiedzieć?
Paul McCartney: Może wcale mi nie mówi! Wydaje mi się, że dobieram sobie ludzi, którzy potrafią powiedzieć prawdę, ale to musi być dla nich trudne. Bo ciąży na tobie cała ta reputacja... Powiedzenie tobie, że jakiś żart nie jest śmieszny, śmiertelnie by mnie przerażało.
Amy Poehler: I słusznie! Bardzo dobrze, bo powinno cię przerażać.
Paul McCartney: Dobra, ten akurat nie był śmieszny.
Amy Poehler: I bardzo dobrze! Rozumiem jednak, co masz na myśli. Wiesz, co jeszcze nieustannie robi na mnie ogromne wrażenie, Paul? Twoja chęć ciągłego podążania dalej, wypatrywania kolejnej przygody. Zwłaszcza pod względem twórczym nieustannie szukasz sposobów na to, by czerpać nowe inspiracje i dalej pracować z ludźmi. Masz teraz nową płytę, The Boys of Dungeon Lane.
Muzyka i proces twórczy
Paul McCartney: Chcesz o niej posłuchać?
Amy Poehler: Tak, bardzo! Fascynuje mnie twój proces tworzenia muzyki i to, jak piszesz piosenki.
Paul McCartney:Całe szczęście mnie też wciąż to fascynuje! Naprawdę nie wiem, jak to działa. Prowadzę zajęcia w mojej dawnej szkole w Liverpoolu, do której chodziliśmy razem z George’em. Dziś nazywa się ona LIPA [Liverpool Institute for Performing Arts]. Jeżdżę tam co roku i prowadzę warsztaty ze studentami pisania piosenek. Spotykam się z nimi w cztery oczy, więc są śmiertelnie przerażeni.
Amy Poehler: Wyobrażam sobie! Wchodzą do ciebie pojedynczo z gitarą albo kartką papieru...
Paul McCartney:Tak, dokładnie tak. Mówię wtedy: „Chodź, usiądź”. I od razu zaznaczam: „Powiem ci coś na wstępie – sam nie wiem, jak to się robi. Wiem, że mam cię uczyć, ale nie mam pojęcia, jak ty powinieneś to robić, bo twoja piosenka będzie zupełnie inna niż moja”. Potem wspólnie nad tym pracujemy. Student gra mi swój utwór, a ja mówię na przykład: „To jest bardzo dobre, ale co powiesz na to, żeby z drugiej zwrotki zrobić pierwszą? Wydaje mi się odrobinę mocniejsza na otwarcie”. Daję im więc takie delikatne wskazówki. Zresztą kiedy trafiają do mnie na trzecim roku, w większości są już naprawdę świetni. Ale sedno tkwi w tym, że ja naprawdę nie wiem, jak to się robi – i wcale nie chcę wiedzieć.
Zawsze po prostu siadam z gitarą albo przy pianinie, zaczynam coś brzdąkać i jeśli trafię na coś, co brzmi dobrze, po prostu za tym podążam. Myślę sobie: „O, to całkiem niezłe. Dokąd to może pójść dalej? A może powinno zostać w tym miejscu?”. Człowiek uczy się takich rzeczy w praktyce. Naturalnym odruchem jest przechodzenie przez kolejne akordy. Ale możesz też powiedzieć samemu sobie: „Nie, nie zmieniaj akordu. Zostań tutaj”. Istnieje mnóstwo takich drobnych sztuczek, które można wykorzystać [chrząknięcie], i właśnie dzięki nim sprawia mi to taką frajdę. A jeśli do tego uda ci się trafić na dobry pierwszy wers, to już w ogóle wspaniała sprawa, bo od razu wiesz, w jakim kierunku zmierzasz.
Na Dungeon Lane jest taka szczególna dla mnie piosenka pod tytułem Days We Left Behind. Wiedziałem, że mam dobry punkt wyjścia, kiedy... Myślałem o oglądaniu starych fotografii z przeszłości. Normalnie powiedziałoby się: „patrząc wstecz na czarno-białe zdjęcia” (black and white). Ale wiedziałem, że trafiłem na coś dobrego – powiedział z wrodzoną skromnością – kiedy zamiast tego użyłem słów: „patrząc wstecz na biało-czarne” (looking back at white and black). Sam fakt, że odwróciłem kolejność słów, sprawił, że to nie było już zwykłe czarno-białe zdjęcie, tylko „biało-czarne”. No i oczywiście świetnie się rymowało: „patrząc wstecz na biało-czarne pamiątki z przeszłości” (looking back at white and black reminders of the past). Pomyślałem wtedy: „Oho, mamy to”. Patrzysz więc na te zdjęcia, przenosisz się tam myślami i sprawdzasz, co właściwie pamiętasz. A to bardzo przyjemne uczucie, bo mam mnóstwo dobrych wspomnień.
Amy Poehler: Napisałeś tak wiele utworów – czy kiedy słyszysz jakąś swoją piosenkę, pamiętasz proces jej powstawania? Pamiętasz moment, w którym ją pisałeś?
Paul McCartney: W większości przypadków tak.
Amy Poehler: Pamiętasz sam proces pracy nad nią, gdy ją słyszysz?
Paul McCartney: Bardzo często. Choć czasami bywa z tym zabawnie, bo w radiu satelitarnym Sirius jest osobny kanał poświęcony The Beatles. Kiedy wynajmuję samochód z kierowcą, szofer zazwyczaj doskonale wie, że warto mieć tę stację włączoną. Myśli sobie pewnie: „O, to spora szansa na dobry napiwek!”. [śmiech] Zwykle radio gra cichutko w tle, żeby można było swobodnie rozmawiać, aż nagle coś przykuwa moją uwagę i mówię: „O, chwileczkę, podgłośnij to”. I wracając do twojego pytania o pamiętanie własnych utworów – kiedyś kierowca podgłośnił jedną piosenkę, bo nie mogłem sobie przypomnieć jej tytułu. Myślę sobie: „Co to za kawałek?”. Posłuchałem dalej i okazało się, że kompletnie nie pamiętam samej piosenki! Powstała i przeminęła tak szybko, że uleciała mi z głowy. Nie zawsze więc pamiętam wszystkie, ale z wieloma wiążą się bardzo wyraźne wspomnienia. Tak było choćby z Mull of Kintyre, piosenką Wings, która odniosła ogromny sukces. Z dudami.
Amy Poehler: Z zachwytem oglądałam w tym dokumencie kulisy powstawania tej piosenki – sam proces jej nagrywania. Bardzo ciekawe było też poznanie historii narodzin zespołu Wings i twoich intencji przy zbieraniu tych ludzi razem. Po raz pierwszy usłyszałam wtedy, jak mówisz o tym, jak ważne było dla ciebie poczucie przynależności do grupy. Lubisz być wśród ludzi, lubisz być częścią zespołu. Co najbardziej ci się w tym podoba?
Paul McCartney:: Samo towarzystwo, przyjaźń i obecność drugiego punktu widzenia. Lubię, kiedy w pokoju jest ktoś, kto ma własne zdanie. Ale przede wszystkim chodzi chyba po prostu o wspólne granie. Zupełnie jak dzieciaki w przedszkolu.
Amy Poehler: Tak! Znów wraca to słowo „zabawa” (play).
Dalsza część wywiadu znajduje się tutaj.
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
