Paul McCartney w The Roundhouse: Relacja z kameralnego spotkania z fanami
2026-06-10, autor: kasia
[...powrót do newsów]
Zaledwie kilka dni temu londyńskie The Roundhouse stało się miejscem niezwykle intymnego spotkania z Paulem McCartneyem. Dziennikarz Andy Price postanowił podzielić się tym, co fani przeżyli podczas tego wyjątkowego wieczoru, kiedy to Paul – w towarzystwie komika Roba Brydona – zabrał zgromadzonych w fascynującą podróż po swoim najnowszym albumie The Boys of Dungeon Lane, rozkładając go na czynniki pierwsze, utwór po utworze.Wydarzenie w kultowym londyńskim Roundhouse pękało w szwach od wiernych fanów Paula.
Odkąd pięć lat temu przeprowadziłem się do Londynu, przeżyłem jeden czy dwa niezapomniane wieczory, ale noc w środę 10 czerwca 2026 roku prawdopodobnie pobiła je wszystkie na głowę. Znalazłem się w gronie szczęśliwców na wyprzedanej widowni w Roundhouse w Camden, aby posłuchać Paula McCartneya opowiadającego o swoim znakomitym nowym albumie The Boys of Dungeon Lane.
Poprzednim razem widziałem Paula tylko na ogromnej arenie O2 – i to z bardzo, bardzo daleka. Dlatego tym razem, znajdując się bliżej sceny, ujrzenie na żywo człowieka odpowiedzialnego za tak wiele ważnej muzyki było wyjątkowe samo w sobie. To uczucie z pewnością podzielali pozostali oddani fani McCartneya – wielu z nich czekało w kolejce przez cały dzień w strugach ulewnego deszczu.
Wchodząc na salę, dostrzegliśmy już statyw gitarowy pośród prowizorycznego saloniku zaaranżowanego na scenie, tuż obok skrajnie prawego z dwóch zielonych foteli, i wywnioskowaliśmy, że Paul może coś zagrać podczas tego wieczoru – ale tak naprawdę nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Kiedy jednak na scenę wskoczyła promiennie uśmiechnięta postać komika i prezentera Roba Brydona, wiedzieliśmy już, że jesteśmy w dobrych rękach.
Będący zdeklarowanym fanem Paula, pełen entuzjazmu Brydon poinformował nas, że gdy otrzymał propozycję poprowadzenia dzisiejszej dyskusji, namysł zajął mu niespełna pół sekundy, zanim rzucił się na tę szansę.
Na całe szczęście Brydon ograniczył swój wstęp do minimum, po czym powitał na scenie samego sir Paula. Chłonąc okrzyki i wiwaty tłumu, uśmiechnięty Paul – niesiony sukcesem swojego 24. w całej karierze albumu numer jeden – wymienił uprzejmości z Brydonem. Wtedy też formuła tego wydarzenia stała się dla nas jasna. Mieliśmy wspólnie z Paulem przesłuchać płytę, utwór po utworze, podczas gdy on i Rob dyskutowaliby o procesie powstawania, inspiracjach i warstwie muzycznej każdej z piosenek.
Brydon wyjaśnił, w jaki sposób Paul – którego poznał wiele lat wcześniej w towarzystwie komika Steve'a Coogana – zawsze potrafi sprawić, że ludzie czują się przy nim swobodnie, jako że większość osób mających z nim styczność jest wyraźnie onieśmielona jego statusem. Rob zapytał Paula, czy to skracanie dystansu jest czymś, co świadomie praktykuje, poznając nowych ludzi.
„Tak” – odparł Paul, po czym wyjaśnił, że doskonale wie, jak to jest, ponieważ sam odczuwa podobny respekt w stosunku do innych.
„Kto wciąż budzi w tobie taki podziw, Paul?” – zapytał z niedowierzaniem Brydon.
„Eee, Bob Dylan” – wypalił McCartney. Tonem, który zdawał się sugerować, że to przecież oczywiste
.
Gitara szybko znalazła się w rękach Paula, gdy zaczął wyjaśniać genezę pierwszej piosenki na płycie, As You Lie There. Jak tłumaczył, utwór narodził się z typowego dla niego punktu wyjścia przy komponowaniu: „Czasami zaczynam od akordu, którego nie znam, i patrzę, dokąd mnie to zaprowadzi”. Następnie Paul zagrał ten tajemniczy, nieuchwytny pierwszy akord piosenki, po czym krok po kroku pokazał nam, jak manipulował dźwiękami, by stworzyć główny motyw zwrotki.
Podobnie jak w przypadku większości nostalgicznego materiału z The Boys of Dungeon Lane, inspiracja wywodziła się z czasów Paula sprzed ery Beatlesów. Opowiedział nam o swoich wspomnieniach z przechadzek obok domu dziewczyny, która dość mocno wpadła mu w oko („Miała na imię Jasmine” – wspominał), i o ukradkowym spoglądaniu w jej okno.
„Nie chciałem, żeby pomyślała, że jestem, wiecie, jakimś podglądaczem” – żartował Paul, podkreślając, że rzucał tylko krótkie spojrzenia, chwytając od czasu do czasu zarys jej sylwetki.
Piosenka ta była zatem próbą ponownego nawiązania więzi z umysłem młodego McCartneya sprzed czasów The Beatles, który nie miał pojęcia, co przyniesie mu przyszłość.
Nawiązując do tekstu piosenki: „Do I ever cross your mind?” („Czy kiedykolwiek przemknąłem ci przez myśl?”), Rob Brydon zażartował, że wspomnianej kobiecie z pewnością przeszło przez myśl, iż mogłaby być żoną jednego z najsławniejszych ludzi na Ziemi. „Ale ona inaczej rozegrała swoje karty” – zaśmiał się Brydon.
dwutysięcznych i o której zdążył zapomnieć. Została ona odnaleziona przez jego wieloletniego inżyniera dźwięku i przyjaciela, Eddiego Kleina (który niestety zmarł w 2020 roku), podczas przeglądania starych kaset DAT.
„Napisałem go na wakacjach, nagrałem, po czym wrzuciłem kasetę do torby i po prostu o nim zapomniałem” – wyjaśnił Paul, a następnie dodał, że cała struktura oryginalnego dema została zachowana podczas tworzenia nowej, porywającej wersji.
Przejmujący główny singiel, Days We Left Behind, Brydon słusznie określił jako prawdziwie piękne dzieło. Następnie Paul zagłębił się w genezę nostalgicznej narracji utworu i zdradził nam, że jego mglisty tekst jest przywołaniem wspomnień z przedmieść Speke w Liverpoolu, gdzie dorastali on i George Harrison.
Paul często spacerował wzdłuż Dungeon Lane, aby dotrzeć do pobliskich terenów wiejskich i przewietrzyć umysł lub oddać się obserwacji ptaków – zaopatrzony w swój kieszonkowy przewodnik ‶Observer’s Book of Birds”.
Kiedyś jednak, podczas wieczornej przechadzki brzegiem rzeki Mersey, młody Paul został napadnięty przez dwóch miejscowych łobuzów.
„Powiedzieli: »oddaj zegarek«, no to oddałem” – wspominał Paul, po czym dodał, że jako wiecznie grzeczny chłopiec, nastoletni McCartney posłusznie zgłosił ten incydent na policję. „I zrobili coś z tym?” – zapytał Rob. „Tak” – odparł Paul, który potwierdził, że sprawców znaleziono, a on odzyskał swoją własność.
„Cóż za nieoczekiwanie szczęśliwe zakończenie tej anegdoty” – skomentował Brydon.
Piosenka ta opowiada więc o tych wszystkich chłopcach – o tych, którzy rozpoczynali swoje życie w Speke, a trafili w zupełnie inne, skrajnie odmienne miejsca.
Jednak pomimo bardzo konkretnego tytułu, McCartney wyjaśnił, że przesłanie utworu jest uniwersalne:
„Wszyscy mamy jakieś dni, które zostawiliśmy za sobą” – powiedział. „Miałem mnóstwo szczęścia, że poznałem tego faceta imieniem John Lennon, który mieszkał na drugim końcu miasta, i że poznałem George'a, że ich sobie przedstawiłem, a potem poznaliśmy Ringo. Znaliśmy się od dziecka – i właśnie dlatego The Beatles tak świetnie ze sobą współgrali”.
Utwór Ripples in a Pond skłonił McCartneya do dłuższej opowieści o producencie albumu i współautorze piosenek, Andrew Watt. Paul od jakiegoś czasu podziwiał Watta, zanim nawiązał z nim współpracę podczas wieloletnich sesji nagraniowych do The Boys of Dungeon Lane, odbywających się w Los Angeles i w Anglii.
Pomimo jego popowego credo, McCartney wyjaśnił, że do momentu, gdy przystąpili do nagrywania jego miłosnej piosenki, Ripples in a Pond, Paul nie dostrzegał w dotychczasowym materiale zbyt wielu elementów, które mógłby określić mianem „nowoczesnego popu”.
Paul żartobliwie (jak zakładamy) powiedział do Watta: „Słuchaj, masz być wielkim producentem popowym, daj mi trochę popu!”.
Ripples było zatem utworem, w którym Andrew otrzymał maksymalną swobodę, by uczynić go tak „nowocześnie popowym”, jak to tylko możliwe, co udowadniają chwytliwe chórki, lśniąca aranżacja oraz dynamiczne, pogodne brzmienie.
Jeśli chodzi o psychodeliczne wesołe miasteczko w Mountain Top, Paul wyjaśnił, że punktem zapalnym był festiwal Glastonbury – stały kierunek podróży Paula i jego żony, Nancy.
„Nancy jest wielką fanką muzyki na żywo i zaraziła mnie wieloma rzeczami” – powiedział Paul, po czym wyznał, że uwielbia wędrować z nią po Glastonbury i obserwować najróżniejszych ludzi biorących w nim udział. Jednak spośród wszystkich uczestników, najbardziej lubi przyglądać się hipisom.
A w szczególności tym, którzy tańczą beztrosko – całkowicie oddani chwili. Tak, prawdopodobnie są również upaleni, co przyznał sam Paul.
Mountain Top stanowiło odzwierciedlenie wyobrażenia Paula o życiu wewnętrznym jednej z takich wniebowziętych młodych dziewcząt, pochłoniętej radością danej chwili. Psychodeliczna aranżacja została okraszona pętlami taśmowymi budzącymi skojarzenia z twórczością The Beatles.
W przypadku utworu Down South, Paul wspomniał zmarłego, wspaniałego byłego Beatlesa, George'a Harrisona, co wywołało kolosalny aplauz widowni. Paul opowiedział historię – będącą już niejako stałym punktem jego licznych wywiadów dotyczących The Boys of Dungeon Lane – o Harrisonie siedzącym na akumulatorze (i w konsekwencji parzącym sobie tyłek, gdy zamki jego dżinsów zetknęły się z prądem) na wózku mleczarskim podczas autostopowej podróży z Cheshire na południe.
„W czym tkwił urok tego »południa«?” – zapytał Brydon, na co Paul, z uroczą powagą rodem z Nocy po ciężkim dniu (A Hard Day's Night), odparł: „Cóż, możesz pojechać tylko w dwóch kierunkach, na północ albo na południe, prawda? A na południu było cieplej”.
Stronę A zamykał utwór We Two, nagrany przy użyciu klasycznego czterościeżkowego magnetofonu marki Studer. Skłoniło to Paula do wspomnień o nagrywaniu z The Beatles i o – wydającym się dziś niedorzecznym – pomyśle nieustannego zgrywania wielu pojedynczych ścieżek (które obecnie nazwalibyśmy stemami) na jedną, aby zwolnić miejsce i zmaksymalizować liczbę zarejestrowanych elementów. Nawet epickie A Day in the Life zostało skonstruowane w ten sposób.
Paul wyjaśnił, że mimo postępu technologii cyfrowej, wciąż preferuje sprzęt analogowy.
„Ale jaka to właściwie różnica?” – zapytał Rob.
„Jest cieplejszy” – odparł Paul.
Zdecydowano zatem, że utwór We Two zostanie zarejestrowany w ten w pełni retro sposób, nawiązując do przeszłości Paula w bardziej technicznym wymiarze.
„Zrobiliśmy to w ten sam sposób, w jaki robiliśmy rzeczy z The Beatles”. Podczas odtwarzania piosenki, Paul zwrócił uwagę na dźwięk zwijanej taśmy na samym końcu, co dodatkowo podkreśliło jej oldschoolowy etos.
W przypadku zmysłowego utworu otwierającego stronę B, Come Inside, komentarze Paula były komicznie wręcz zdawkowe. „Eee tak, to prawdziwa petarda…” – powiedział.
Po dość niezręcznej pauzie Brydon zapytał: „Czy to wszystko, co chcesz o nim powiedzieć?”.
„Eee, tak!” – zażartował Paul.
Prawdziwa perła na albumie, Never Know, narodziła się, gdy Paul próbował uchwycić esencję lśniącego brzmienia artystów z epoki Laurel Canyon, takich jak Neil Young i David Crosby. Zwieńczeniem całości jest kwintesencjonalnie „paulowe” solo na flecie prostym pod koniec utworu, będące wzruszającym nawiązaniem do beatlesowskiego klasyka, Fool on the Hill.
„Nancy uwielbia tamtą epokę w muzyce i zaliczyła kilka wycieczek z przewodnikiem po tamtej okolicy [Laurel Canyon]” – opowiadał Paul Robowi.
„Domyślam się jednak, że bez ciebie – to by było chyba trochę dziwne?” – zaśmiał się Rob, po czym zaczął głośno zastanawiać się, czy Nancy wdawała się w rozmowy z innymi uczestnikami wycieczki: „»Och, tak, tak się składa, że mój mąż jest muzykiem…«”.
Przy okazji tryskającego energią, drugiego singla Home to Us, będącego duetem z Ringo Starrem, Paul opowiedział, jak doszło do zaangażowania Ringo i że utwór powstawał na odległość. Zaczęło się od tego, że Starr wpadł, by nagrać partie perkusji do pierwotnej (zaśpiewanej wyłącznie przez Paula) wersji piosenki.
Ringo był jednak niezadowolony ze swojego występu, gdy usłyszał oryginalne nagranie. „Na początku Ringo tego nienawidził” – powiedział Paul, co skłoniło Roba do komicznego naśladownictwa mówiącego powoli, zrzędliwego Starra.
Jednak Ringo przekonał się do tego pomysłu, kiedy Paul i Andrew wysłali mu ścieżkę z prośbą o dogranie jego wokali – tworząc w ten sposób pierwszy oficjalny duet dwóch pozostałych przy życiu Beatlesów.
Początkowo jednak Ringo źle zrozumiał instrukcje i nagrał tylko refren. Odesłano mu to więc z powrotem z prośbą o nałożenie wokalu na całość. Kiedy otrzymali już partie wokalne Ringo, Watt i Paul przepletli oba głosy w zwrotkach – tworząc to żywiołowe, ponowne spotkanie Beatlesów, które teraz znamy i tak bardzo uwielbiamy.
Szczerze mówiąc, widok Paula markującego grę podczas odtwarzania każdego z utworów, wskazującego na muzyczne detale i radośnie machającego do publiczności sprawił, że na chwilę zapomnieliśmy, iż tak naprawdę nie gra na żywo. Jednak przy Life Can Be Hard Macca po raz kolejny chwycił za gitarę akustyczną, by zagrać pełną tęsknoty melodię, po czym w ramach przekomarzania się zaintonował pierwsze słowa „Life can be…”, zaledwie po to, by nagle urwać.
Zabawowy, niemal dziecięcy charakter piosenki (przywodzący na myśl kołysankę lub wyliczankę) towarzyszył mu już od jakiegoś czasu (zaprezentował go nawet Rickowi Rubinowi podczas kręcenia serialu dokumentalnego McCartney 3,2,1 z 2021 roku), ale to pełne nadziei przesłanie tekstu i melodii Paul skomponował podczas lockdownu w 2020 roku – w czasie, gdy wraz z Nancy spędzali dużo czasu z dzieckiem jej siostrzenicy. Paul wspominał, jak łapał akordy i pozwalał maluchowi brzdąkać po strunach.
„Krzyczałeś do dziecka: »NIE DOTYKAJ GITARY?«” – zapytał żartobliwie Brydon.
Utwór First Star of the Night wyszedł spod jego pióra podczas dnia wolnego od wyczerpującej trasy Got Back na Kostaryce. Paul zamierzał spędzić cały wolny dzień, wylegując się nad basenem i wygrzewając na słońcu.
Niestety ulewny deszcz sprawił, że wyjście na zewnątrz nie wchodziło w grę.
„Siedziałem w środku, zauważyłem gitarę i pomyślałem: napiszę piosenkę”.
Zaniepokojony Brydon zapytał wtedy: „Czy ty w ogóle kiedyś zwalniasz tempo?”. Było to pytanie, które publiczność – najwyraźniej niechcąca, aby blisko 84-letni artysta w najbliższym czasie odwiesił gitarę na kołek – głośno wybuczała.
„Ja przecież nie chcę, żeby przestał!” – tłumaczył się tłumowi Brydon.
Rob przyznał, że to jego ulubiony utwór na płycie i kolejna prawdziwa perełka. „Czy masz takie przeczucie, po którym po prostu wiesz, że dana piosenka jest wyjątkowa?” – zapytał Brydon.
„Tak, miewam. Czasami przychodzi to później, kiedy jestem w kuchni [już po procesie miksowania] albo robię coś innego, i po prostu włączam ją i słucham jako piosenki, wtedy myślę sobie: »tak, ta jest dobra«”.
Mówiąc o samym procesie pisania piosenek, Paul wspomniał spotkanie z Johnem Lennonem pod koniec lat 50. Pamiętał, jak często mówił ludziom, że pisze piosenki, ale nikt nie wydawał się tym zainteresowany i wolał przechodzić do rozmów o piłce nożnej.
Jednak kiedy poznał Lennona i wyznał mu, że tworzy własną muzykę (zakładamy, że stało się to podczas owego kluczowego, pierwszego spotkania na festynie w Woolton Village), John zareagował z entuzjazmem: „Ja też!”. A historia potoczyła się swoim niezwykłym torem.
Następnie przeszliśmy do utworu, który jest być może naszym osobistym faworytem z tego albumu, czyli Salesman Saint. To piosenka poświęcona bezpośrednio rodzicom Paula, Jimowi i Mary.
„Urodziłem się w 1942 roku” – opowiadał Paul. „Więc wojna miała potrwać jeszcze kolejne trzy lata. Zastanawiałem się, co ten strach [przed spadającymi bombami] robi z człowiekiem – i z moimi własnymi rodzicami” – wyjaśnił, po czym nawiązał do koszmaru, którego wciąż doświadczają ci, którzy żyją w strefach wojny dzisiaj.
Nawiązując do tytułu, Paul zauważył: „Cóż, mój tata był sprzedawcą, a moja mama pielęgniarką i położną – ale dla mnie pielęgniarki są święte”. Paul spojrzał następnie na publiczność i zapytał: „Prawda?”.
Spotkało się to rzecz jasna z gromką aprobatą.
Paul wyjaśnił, w jaki sposób piosenka opiera się na strukturze polirytmicznej, gdzie walczykowy metrum 3/4 wygrywane na gitarze wchodzi w nową interakcję z metrum 4/4 muzyki bigbandowej, która pojawia się w późniejszej części utworu.
Następnie Paul poprosił Roba o wystukiwanie rytmu 3/4 na udach, po czym sam zaczął do tego śpiewać melodię w metrum 4/4, aby zilustrować publiczności efekt tego rytmicznego zabiegu. „Uwielbiam to” – rozpromienił się Paul, człowiek, którego radość tworzenia wciąż najwyraźniej fascynuje.
Odpowiadając na pytanie, dlaczego dodał sekcję bigbandową, Paul wyznał: „Chciałem oddać klimat tego, co oni [jego rodzice] najprawdopodobniej słyszeli w tamtym czasie w radiu”.
W przypadku wspaniałego zakończenia albumu, utworu Momma Gets By, McCartney wyjaśnił, że piosenka ta powstała jako swego rodzaju wprawka w stylu „teatru muzycznego”, polegająca na wcieleniu się w zupełnie inną postać.
W tym przypadku było to spojrzenie z perspektywy dziecka dwojga rodziców. Jak sugerują słowa zwrotki („Momma gets by, while papa gets high”), matka zdaje się być przytłoczona i zrezygnowana relacją z leniwym ojcem. Kiedy jednak następuje zwrot w refrenie, okazuje się, że kobieta ta posiada w sobie głębokie pokłady siły oraz sprawczości i tak naprawdę szczerze go kocha.
Bogate partie smyczkowe i narastający, niemalże kinowy rozmach utworu zwieńczyły płytę – jak i cały ten wieczór – mocnym, triumfalnym akcentem.
Rob zauważył, że album dotarł na sam szczyt brytyjskiej listy przebojów (i na piąte miejsce w USA) po części właśnie dlatego, że zawarte na nim utwory są po prostu niezwykłe.
„Było wspaniale” – podsumował wyraźnie usatysfakcjonowany McCartney. „Czuję się jak na koncercie, ale z tą różnicą, że nie muszę nic robić, tylko odtworzyć swój album, a potem po prostu wrócić do domu!”.
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
