„Pierwsze znane” nagranie The Beatles zarzewiem sądowej batalii z UMG. „Niezwykle cenny artefakt”
2026-05-14, autor: kasia
[...powrót do newsów]
Kiedy w 2018 roku zmarł słynny inżynier dźwięku ze studia Abbey Road, w jego domu odnaleziono dawno zaginioną taśmę demo The Beatles. Wytwórnia UMG twierdzi, że nagranie zostało skradzione, a jej prawnicy domagają się jego zwrotu.Geoff Emerick był zaledwie nastolatkiem w czerwcu 1962 roku. Pracował jako asystent inżyniera dźwięku w EMI Studios (później przemianowanym na Abbey Road), kiedy mało znany wówczas angielski zespół rockowy nagrywał tam swoje demo.
John Lennon, Paul McCartney, George Harrison i perkusista Pete Best zarejestrowali tego dnia na taśmie magnetycznej cztery utwory: „Bésame Mucho”, „Love Me Do”, „PS, I Love You” oraz „Ask Me Why”. Nośnik trafił następnie do producenta muzycznego George’a Martina w siedzibie EMI przy Manchester Square. Reszta tej historii jest już powszechnie znana: po zastąpieniu Besta Ringo Starrem, The Beatles podbili listy przebojów za sprawą „Love Me Do”, zapoczątkowali beatlemanię i stali się najsłynniejszym zespołem wszech czasów. Emerick piął się na szczyt razem z nimi, pełniąc funkcję głównego inżyniera przy tak kultowych albumach jak Abbey Road. Stał się człowiekiem, którego magazyn „Variety” nazwał kiedyś „szarą eminencją pomagającą kształtować brzmienie The Beatles”.
Zapomniana taśma z kortu do squasha
Tego jednak prawdopodobnie nie wiecie: Emerick zachował wspomnianą taśmę demo, którą wcześniej odesłano na pobliski kort do squasha – do miejsca, w którym „taśmy umierały”. Przechowywał ją przez dziesięciolecia, aż do swojej śmierci w 2018 roku, kiedy to odkryto ją wśród jego rzeczy. Teraz, sześć dekad po tym, jak materiał został nagrany, Universal Music Group (UMG) żąda jego zwrotu.
W cichej batalii prawnej, toczącej się przed sądem w Los Angeles, zarówno muzyczny gigant, jak i spadkobiercy Emericka domagają się uznania ich za prawowitych właścicieli taśmy, którą UMG określa mianem „pierwszego znanego nagrania The Beatles”. Prawnicy reprezentujący majątek zmarłego twierdzą, że nośnik został w zasadzie wyrzucony na śmietnik, a Emerick po prostu uratował go przed zniszczeniem. Z kolei przedstawiciele UMG argumentują, że nagranie od początku stanowiło własność firmy i że inżynier nie miał prawa go sobie przywłaszczać.
„Przedmiotem tego postępowania – napisali prawnicy koncernu w niedawnych pismach procesowych, do których jako pierwszy dotarł magazyn »Billboard« – jest niezwykle cenny, skradziony artefakt z historii rock and rolla”.
Emerick miał zaledwie 16 lat, gdy ubiegał się o pracę w Abbey Road, najwyraźniej za namową szkolnego doradcy zawodowego. Posada wiązała się z całkiem niezłą, jak na tamte czasy, pensją w wysokości około 8 dolarów tygodniowo. „Wszelkie rozczarowanie niskimi zarobkami z nawiązką rekompensowała mi euforia z powodu zdobycia tej pracy” – wspominał w swojej autobiografii z 2006 roku. „W końcu znalazłem się w samym środku wydarzeń”.
Dla fanatyków The Beatles i pasjonatów realizacji dźwięku dalsza kariera Emericka to kanon. Przez kilka lat pracował pod okiem Normana Smitha, głównego inżyniera wczesnych płyt zespołu (aż do albumu Rubber Soul). W 1966 roku, na prośbę Martina, przejął stery, zaczynając od innowacyjnego technologicznie Revolvera. „Kiedy zaczynaliśmy nad nim pracę, zaszczepiono w nas myśl, że każdy instrument powinien brzmieć zupełnie inaczej niż w rzeczywistości” – wyznał kiedyś Emerick.
Przez większość późniejszego okresu działalności grupy Emerick siedział za konsolą u boku Martina. Zaznaczył swoją obecność przede wszystkim przy tworzeniu psychodelicznego, pełnego efektów dźwiękowych albumu Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band, za co zresztą otrzymał później statuetkę Grammy. Wyjątek stanowiły Biały Album (odszedł w połowie sesji z powodu wycieńczającego procesu tworzenia utworu „Ob-La-Di, Ob-La-Da”) oraz późniejszy Let It Be. Powrócił jednak na ostatnią wspólną sesję formacji, z której zrodziło się Abbey Road, a następnie przez dekady współpracował z McCartneyem i innymi gwiazdami, w tym z Elvisem Costello i grupą Supertramp.
„Geoff Emerick pozwolił Beatlesom łamać zasady w Abbey Road i rozwijać ich pasję do innowacyjnych metod nagrywania” – tłumaczy w rozmowie z „Billboardem” Bob Spitz, autor książki The Beatles: The Biography. „Był też w wieku muzyków. Stanowił jednego z nich, a nie kolejnego faceta w garniturze, co czyniło go tak ważną postacią. Świetnie dogadywał się z zespołem, a oni obdarzyli go zaufaniem”.
Kiedy w 2018 roku Emerick zmarł nagle na zawał serca w wieku 72 lat, syn George'a Martina nazwał go jednym z „najwspanialszych i najbardziej innowacyjnych inżynierów, jakich kiedykolwiek gościło studio nagraniowe”. Sam McCartney pożegnał go we wspomnieniu słowami o człowieku „zawsze otwartym na mnóstwo nowych pomysłów, którymi zarzucaliśmy go” podczas pracy nad późnymi płytami. „Zawsze będę go wspominał z ogromnym sentymentem i wiem, że koneserzy dźwięku jeszcze długo nie zapomną o jego dokonaniach”.
Niespodziewane znalezisko w Laurel Canyon
Ponieważ zmarł bezdzietnie, nie pozostawiwszy ani żony, ani testamentu, sprawa Emericka trafiła przed sąd spadkowy – procedurę prawną mającą na celu uporządkowanie majątku osób bez jasnego planu dziedziczenia (podobny los spotkał spuściznę Prince'a po jego śmierci w 2016 roku). Sędzia z Los Angeles uznał ostatecznie grupę kuzynów inżyniera za jego spadkobierców i wyznaczył administratorkę, Mayę Rubin, do ustalenia dokładnego składu spadku.
To właśnie podczas przeszukiwania jego domu w Laurel Canyon, Rubin wraz z innymi osobami natknęła się na wspomniane demo z 1962 roku. „Taśma-matka ma ogromne znaczenie jako artefakt wczesnych nagrań The Beatles” – napisała w piśmie procesowym z 2019 roku. „Zarejestrowano ją w czerwcu 1962 roku i słychać na niej pierwotnego perkusistę grupy, Petera Besta, a nie Ringo Starra”.
Przedstawiciele UMG (koncern przejął wytwórnię EMI w 2012 roku) szybko zwietrzyli sprawę. W swoich pismach procesowych prawnicy wytwórni wyjaśnili, że firma dowiedziała się o istnieniu taśmy, gdy zaledwie kilka tygodni po śmierci Emericka wystawiono ją w internecie na sprzedaż dla osoby „oferującej najwyższą cenę”. Koncern twierdzi, że skontaktował się ze spadkobiercami i „zażądał zwrotu” – jak widać, bezskutecznie.
Taśma to nie byle jakie znalezisko. Choć trudno ze stuprocentową pewnością potwierdzić tezę, że to absolutnie pierwsze w historii nagranie The Beatles (istnieją przecież wcześniejsze rejestracje tria McCartney-Lennon-Harrison pod szyldem The Quarrymen, a także kopie słynnego przesłuchania dla Decca Records), to bez wątpienia mamy do czynienia z kulturowym reliktem najwyższej wagi. Sesja z 6 czerwca była ich pierwszą w Abbey Road i odgrywa kluczową rolę w historiografii okresu tuż przed wybuchem światowej sławy zespołu.
„Kiedy mówimy o zespole formatu The Beatles, każdy najmniejszy stworzony przez nich urywek staje się historią i czymś, co należy pielęgnować” – podkreśla Spitz.
Wobec sporu o prawo własności, obie strony złożyły w sądzie spadkowym formalne wnioski, domagając się uznania ich praw. Batalia ruszyła na dobre.
Ocalenie przed zniszczeniem czy kradzież firmowego mienia?
Wiele wskazuje na to, że Emerick wcale nie uczestniczył w pamiętnej sesji z czerwca 1962 roku. W swoich wspomnieniach pisze, że jego pierwsze spotkanie z zespołem miało miejsce podczas późniejszej sesji nagraniowej, w trakcie której na perkusji grał już Starr, a nie Best. Spadkobiercy w dokumentach sądowych również zaznaczają, że inżyniera „nie było na sesji próbnej”; UMG upiera się jednak, że był on wówczas „zatrudniony w EMI i obecny podczas nagrania”.
Obie strony zgadzają się natomiast co do tego, że Emerick był na miejscu dwa lata później, w 1964 roku. To wtedy inny inżynier EMI, Ken Scott, powiadomił go o istnieniu taśmy The Beatles. Scott zauważył, że demo porzucono na pobliskim korcie do squasha – obiekcie położonym naprzeciwko Abbey Road, który w połowie lat 50. zaczął pełnić funkcję magazynu na stare taśmy. Emerick udał się na miejsce, odnalazł nagranie i zabrał je ze sobą.
Na tym jednak konsensus się kończy. W pismach procesowych majątek Emericka dowodzi, że kort był w praktyce zwykłym śmietniskiem – miejscem, w którym „taśmy umierały” – i wysyłając tam nośnik, EMI w świetle prawa zrzekło się do niego własności. Strona pozwana twierdzi, że Scott otrzymał od przełożonych wyraźne polecenie „wyrzucenia niepotrzebnych taśm na śmieci”, ale zamiast tego „odłożył je na bok i powiedział o wszystkim Emerickowi”.
Spadkobiercy utrzymują, że jedynym celem inżyniera było „uratowanie” taśmy przed zniszczeniem i bez jego interwencji „dziś by nie istniała”: „[UMG] celowo zrzekło się prawa własności do taśmy-matki i jej opakowania, wysyłając je na kort do squasha po drugiej stronie ulicy, by tam trafiły na śmietnik razem z innymi porzuconymi rzeczami”.
UMG patrzy na sprawę zgoła inaczej. Koncern przypomina, że kort do squasha nadal był terenem należącym do firmy, a przechowywane tam taśmy nie były porzucone, lecz po prostu „przestały być traktowane jako materiał roboczy”. Ken Townsend, inny wybitny inżynier z Abbey Road, zeznał pod przysięgą, że wynoszenie czegokolwiek z kortu było surowo zabronione. „Jeśli pracowałeś dla firmy, nie kradłeś jej dóbr” – oświadczył.
Prawnicy wytwórni przekonują, że stare taśmy nie były darmowymi pamiątkami, nawet jeśli przeznaczono je do utylizacji. „To oczywiste, że kiedy artysta lub studio wyrzuca niechciane nagranie, wcale nie ma zamiaru »przekazać« go do domeny publicznej” – argumentują. „Pisarz, który wyrzuca do kosza strony pierwszego, odręcznego szkicu opowiadania, z pewnością nie zakłada, że ktoś grzebiący w śmieciach wejdzie w jego posiadanie i sam je opublikuje”.
Sprawa z tego punktu komplikuje się jeszcze bardziej. Spadkobiercy podnoszą również zarzut przedawnienia roszczeń UMG – ich zdaniem termin upłynął sześć lat po tym, jak taśma opuściła studio. Wytwórnia ripostuje, że to nieprawda, ponieważ Emerick wszedł w posiadanie dema poprzez oszustwo i latami kłamał na ten temat – również wtedy, gdy pytano go o to wprost w latach 90., podczas kompletowania przez EMI materiałów do antologii The Beatles Anthology.
Ostatnia kość niezgody dotyczy dokumentacji. Strona pozwana twierdzi, że UMG nie potrafi przedstawić „ciągu praw własności”, który udowodniłby, że koncern w ogóle jest prawowitym następcą prawnym Abbey Road – a co za tym idzie, nie ma podstaw do żądania zwrotu taśmy. UMG kwituje to stwierdzeniem, że sprawę tę uregulowano dawno temu, a zarzut jest ewidentnie bezpodstawny.
Po kluczowej rozprawie z początku tego miesiąca, obie strony zmierzają w stronę ostatecznej konfrontacji. Najpierw złożą przed sędzią dokumentację w najważniejszych kwestiach, a na początku przyszłego roku – o ile spór nie zostanie wcześniej zażegnany – sprawa trafi na wokandę.
W oświadczeniu dla „Billboardu” główny obrońca spadkobierców, Kenneth D. Freundlich, podkreśla, że Emerick ocalił artefakt „skazany na zniszczenie” i przez kolejne dekady przed nikim go nie ukrywał. Dodaje, że to niesprawiedliwe, iż UMG po upływie lat oczekuje od sądu „napiętnowania jednego z najbardziej szanowanych inżynierów dźwięku w historii muzyki jako złodzieja”.
„Korporacja, która w 1964 roku wyrzuciła tę taśmę na śmietnik, nie ma prawa po 60 latach pisać historii na nowo” – oburza się Freundlich. „Geoff Emerick uratował ten kawałek muzycznego dziedzictwa, a obowiązkiem pani Rubin jest zgromadzenie i ochrona majątku zmarłego. Będzie ona stanowczo sprzeciwiać się wszelkim próbom szargania jego reputacji czy umniejszania jego spuścizny”.
Rzecznik UMG odmówił komentarza w tej sprawie.
Miliony dolarów i zagadka praw autorskich
Niewypowiedziane pytanie, które unosi się nad całą sprawą, brzmi: co każda ze stron zamierza zrobić z taśmą w przypadku zwycięstwa? Czy spadkobiercy planują ją sprzedać i podzielić zyski między krewnych? A może UMG chce wydać te archiwalne nagrania, by zaspokoić apetyt fanów na jakiekolwiek niepublikowane dotąd materiały Czwórki z Liverpoolu? Odpowiedź na to ostatnie pytanie wcale nie zależy od ostatecznego wyroku sądu.
W dokumentach procesowych spadkobiercy wyraźnie przyznają, że nie mają żadnych praw do samej muzyki, a autorskie prawa majątkowe do utworów należą do UMG. Freundlich dodaje, że majątek przekazał już wytwórni cyfrowe kopie nagrań. Oznacza to, że teoretycznie koncern mógłby opublikować te piosenki bez konieczności odzyskiwania fizycznego nośnika.
Żadna ze stron nie chce zdradzić swoich planów na wypadek wygranej. Jedno jest jednak pewne: ta taśma jest warta fortunę.
W 2015 roku pierwszy w historii kontrakt The Beatles z menedżerem Brianem Epsteinem sprzedano na aukcji za ponad 550 tysięcy dolarów. Kilka lat wcześniej odręczny tekst do piosenki „A Day in the Life” wylicytowano w Sotheby’s za 1,2 miliona dolarów. Instrumenty zespołu wielokrotnie osiągały znacznie wyższe kwoty.
Najbardziej adekwatne porównania rynkowe wypadają nieco skromniej. W 2016 roku 10-calowa płyta octanowa z 1962 roku – pierwszy wytłoczony krążek w historii zespołu – osiągnęła na aukcji cenę 110 tysięcy dolarów. Jednak pierwsze nagranie Elvisa Presleya (również płyta octanowa, z 1953 roku) zostało sprzedane w 2015 roku za 300 tysięcy dolarów.
Niezależnie od rynkowej wyceny, eksperci tacy jak Spitz są zgodni: z historycznego punktu widzenia to znalezisko jest wręcz „bezcenne”. „To tak, jakby odnaleźć kolejny, oryginalny egzemplarz Konstytucji” – śmieje się biograf. „To istny Całun Turyński”.
„To nierozerwalna część historii The Beatles” – podsumowuje Spitz. „A historia The Beatles to z kolei jeden z najcenniejszych rozdziałów w dziejach rock and rolla”.
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
