Zobacz niepublikowane dotąd zdjęcia autorstwa młodego Beatlesa, George'a Harrisona - recenzja The Third Eye: Early Photographs
2026-09-24, autor: kasia
[...powrót do newsów]
Poniższy artykuł, którego autorem jest znakomity amerykański pisarz George Saunders, ukazał się pierwotnie na łamach magazynu „Vanity Fair”. Autor dzieli się w nim swoimi wrażeniami z lektury nowego albumu fotograficznego, odsłaniającego prywatne archiwum z wczesnych lat kariery The Beatles.Nowy album fotograficzny, The Third Eye: Early Photographs, to zbiór osobistych zdjęć Beatlesów wykonanych w latach 1963–1969, gdy zespół stał u progu wywołania globalnego szaleństwa. Tym razem oglądamy ich jednak przez obiektyw jednego z nich.
Kosmiczny szok w salonie babci
Pewnej niedzieli 1964 roku moja wielka rodzina zebrała się, jak co tydzień, w domu babci na południu Chicago. Było nas z dziesięcioro, może dwanaścioro – od noworodków po osoby po sześćdziesiątce. Wszyscy tłoczyliśmy się w tym małym salonie, by obejrzeć The Ed Sullivan Show.
Dało się wyczuć, że coś wisi w powietrzu, bo wreszcie mieliśmy się dowiedzieć, o co właściwie chodzi z tymi całymi „Beatlesami”. Na początku pojawiło się trochę prewencyjnego, lekceważącego zrzędzenia o długich włosach, nastoletniej histerii i upadku obyczajów. A potem zaczęła się muzyka.
Najbardziej zapadło mi w pamięć to, jak cały ten opór natychmiast wyparował, ustępując miejsca poczuciu oszołomionego zachwytu. Gdyby na naszym trawniku wylądował nagle statek kosmiczny, reakcja rodziny byłaby pewnie podobna. Wszelkie głosy aprobaty czy dezaprobaty zostały całkowicie zneutralizowane przez czysty szok; przez tę ścianę energii i oryginalności, wylewającą się z wielkiego telewizora w drewnianej obudowie.
Miałem zaledwie pięć lat i nawet ja potrafiłem to wyczuć: działo się coś zupełnie nowego, zjawisko uderzające swoją świeżością. Tę samą niezwykłą świeżość odnajduję dzisiaj w tym albumie ze zdjęciami George'a Harrisona. Ta „świeżość” jest właśnie efektem momentu, w którym artysta uwalnia się od planowania i teoretyzowania, nawiązując szczerą relację z chwilą obecną.
Niezwykłe migawki z centrum szaleństwa
Oczywiście te zdjęcia robiono szybko, pod wpływem impulsu. To w zasadzie migawki pstryknięte przez utalentowanego chłopaka, który dostał nową zabawkę.
Kadry te uderzają mnie swoim ciepłem i życzliwością. Fotografujący wydaje się po prostu kochać świat. Ludzie, którym robi zdjęcia, często uśmiechają się do obiektywu w sposób sugerujący, że działają jak lustro – odbijają i odsyłają mu jego własną, pozytywną energię. Czuć w nich radosną celebrację; emanują jednocześnie pewnością siebie i pokorą. Fotograf ma niezwykle pogodne, szukające radości oko.
Ale jeśli są to „migawki”, to zdecydowanie wyjątkowego rodzaju: fotografem jest bowiem jeden z Beatlesów, znajdujący się w samym środku niezwykłego doświadczenia – być może jednego z najbardziej niezwykłych, jakich w ogóle mógł doświadczyć człowiek w XX wieku. Wyczuwam w tych zdjęciach ciekawość tej dziwnej, nowej rzeczywistości, w jakiej nagle znalazło się tych czterech młodych chłopaków. Rzeczywistości, w której stali się nowym gatunkiem bohatera – międzynarodowym, wszechobecnym, będącym celem projekcji (zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych) ze wszystkich zakątków globu. Te fotografie oddają namiastkę tego, jak to musiało być Beatlesem w tamtych wczesnych dniach: kiedy świat otwierał się przed tobą w absolutnie szalony sposób; kiedy ty i twoi kumple z Liverpoolu byliście entuzjastycznie witani w nowych, egzotycznych miejscach, a na ustach miał was dosłownie każdy.
Cóż to musiał być za euforyczny, ale jednocześnie pełen napięcia czas. Przepełniała ich potężna siła: co z nimi zrobi? Co oni mogliby zrobić z nią? Wyobrażam sobie, że Harrison w czasie, gdy robił te zdjęcia, mógł jeszcze nie w pełni zdawać sobie sprawę, co tak naprawdę będzie oznaczać bycie Beatlesem. I że świat już nigdy nie wróci do stanu z czasów, gdy był po prostu pochodzącym z klasy robotniczej chłopakiem z Liverpoolu, szukającym pomysłu na życie.
Prawdziwy szczyt i duchowa podróż
Jednak czytając niektóre z jego ówczesnych listów, uderza mnie, jak stosunkowo obojętny wydaje się na to wszystko. A raczej to, jak szybko udaje mu się przepracować potencjalnie destrukcyjne skutki nagłych pieniędzy, sławy i bycia w centrum uwagi, by zacząć postrzegać swój sukces jedynie jako odskocznię do rozpoczęcia znacznie ważniejszej podróży.
Pisząc do matki w wieku zaledwie dwudziestu czterech lat (!), mniej więcej w czasie, gdy robił te zdjęcia, stwierdza: „Zdobyłem sławę i to całe materialne bogactwo, [ale] stało się to tylko po to, bym mógł dostrzec, że w życiu jest coś więcej – ta duchowa, nieopisana część. Kiedy byłem młodszy, wiedziałem, że mi się uda, chociaż nie potrafiłem tego udowodnić. To było uczucie głęboko we mnie, i dokładnie tak samo wiem teraz, że dotrę na sam prawdziwy szczyt, którym jest pełna samorealizacja albo poznanie Boga – najwyższe osiągnięcie, jakiego może dokonać człowiek”.
Praktyki duchowe miały towarzyszyć mu już przez całe życie; pod koniec wręcz wyparły one muzykę, a mówiąc ściślej – stopiły się z nią. W ostatnim tygodniu życia jedyną muzyką, jakiej był w stanie słuchać, był utwór „Sarve Shaam” z Chants of India, albumu, który wyprodukował wspólnie z Ravim Shankarem w swojej posiadłości Friar Park. (Jak wspomina Olivia Harrison, w początkach choroby słuchał również Bułgarskiego Chóru, „ale w ostatnich dniach nawet to nie było wystarczająco subtelne”).
Możemy spojrzeć na Harrisona jako na kogoś, kto bardzo szybko, wciąż jako młody człowiek, wspiął się na sam szczyt drabiny, po której inni próbują piąć się przez całe życie, szczebel po szczeblu: artystyczne spełnienie, niezwykła sława i wpływy, ogromne bogactwo, fenomenalne doświadczenia. Miał to wszystko. Ale potem wszedł o jeden szczebel wyżej i zdołał dostrzec te rzeczy takimi, jakimi były w istocie: jako wspaniałe, ale jednak względne osiągnięcia, które nie tylko nie stanowiły sedna, ale wręcz mogły fatalnie odciągnąć człowieka od tego, co naprawdę miało znaczenie.
Następnie, z wysokości tego najwyższego szczebla, zrobił coś cudownego: zetknąwszy się z tymi potężnymi naukami duchowymi, poczuł impuls, by się nimi podzielić – najpierw ze swoją rodziną, a potem z resztą świata.
Zejście na dno oceanu myśli
W sześciostronicowym, napisanym odręcznie w 1967 roku liście do swojej siostry Lou – będącym zwięzłą pierwszą lekcją medytacji – zapewnia ją, że „to tak proste, że każdy może to robić – po prostu dodajesz to do swojego życia i nie musisz z niczego rezygnować, ponieważ to właśnie proces osiągania tego stanu, a następnie wychodzenia z niego, zaszczepia go [czysty stan BYCIA] w umyśle”.
Następnie szkicuje diagram (widoczny na sąsiedniej stronie), przedstawiający zbiornik wodny, wzburzony na powierzchni, a spokojniejszy w głębinach, po czym opisuje podróż, jaką medytujący odbywa w głąb tej wody (gdy „bańki myśli ulegają redukcji w procesie medytacji transcendentalnej”).
„Na powierzchni egzystencji, czyli w tym czysto fizycznym wymiarze” – pisze – „doświadczamy względnych stanów świadomości. A ponieważ większość ludzi nigdy nie wychyla się poza te trzy stany, nieustannie doświadczają oni dualizmu fizycznego świata. Strata i zysk – czerń i biel – tak i nie – ból i przyjemność – dobro i zło itd... Jak zapewne już wiesz, sęk w tym, że bez względu na to, jak bywa dobrze, w końcu i tak przechyli się to w stronę złą, a potem znów w dobrą. Wszystko nieustannie się zmienia i to jest ten największy życiowy kłopot: próba znalezienia czegoś bardziej stabilnego i trwałego, albo – używając właściwego słowa – ABSOLUTNEGO”.
Następnie opisuje, że w miarę jak medytujący „redukuje myśli poniżej poziomu umysłowego analizowania”, w końcu dociera „do bardzo subtelnego poziomu, który wykracza poza wszelkie relatywne doświadczenie” (tam, na samym, spokojnym dnie naszkicowanego przez niego oceanu).
„Ten stan” – pisze – „nazwiemy Świadomością Transcendentalną”.
„Ponieważ większość z nas nigdy wcześniej go nie doświadczyła” – tłumaczy – „za pierwszymi kilkoma razami możesz nawet nie zdawać sobie sprawy, że udało ci się go osiągnąć. Nie jest to bowiem doświadczenie względne, więc nie masz go z czym porównać. Jednak od samego początku poczujesz głęboki relaks, zyskasz więcej energii, radości i inteligencji. Ten »czysty stan świadomości« to istny rezerwuar tych wartości. To właśnie z niego czerpaliśmy je wszystkie w przeszłości, z tą różnicą, że wtedy robiliśmy to nieświadomie. Medytacja to po prostu sposób na podłączenie się do tego wspaniałego, naturalnego źródła i świadome wejście na ten poziom”.
Wiadomość zostawiona na drzwiach
Mniej więcej w czasie, gdy George odszedł w 2001 roku, stawiałem swoje pierwsze kroki w medytacji, odkrywając wszystkie jej cudowności. Gdzieś w mojej głowie zrodził się wtedy obraz George’a – wyglądającego dokładnie tak, jak za czasów fascynacji Maharishim (w białej kurcie, okularach pilotkach i z kowbojskim wąsem) – który mówił do mnie pokrzepiająco: „Widzisz? Wpadliśmy wtedy na dobry trop. A teraz ty też nim podążasz”.
Świadomość, że ta podziwiana i powszechnie ukochana postać kroczyła swoją duchową ścieżką z taką pokorą, wytrwałością i radością, była dla mnie swoistym potwierdzeniem. Nie myliłem się, nie błądziłem, nie traciłem gruntu pod nogami; po prostu szedłem śladami, które zostawił George Harrison. To tak, jakby nabazgrał na drzwiach wiadomość: Nie zatrzymuj się, to prowadzi do bardzo głębokiego miejsca.
Można by rzec, że było to pewnego rodzaju działanie na odległość – hojność okazywana na odległość. Ten album jest więc jeszcze jedną szansą dla George'a Harrisona, by szczodrze podzielił się z nami czymś z oddali – i jestem niezwykle szczęśliwy, że mogłem tego doświadczyć.
Przeglądanie tych zdjęć i obserwowanie własnych reakcji dało mi fascynującą okazję do zastanowienia się nad tym, dlaczego w ogóle tak reaguję. Co takiego budziło się we mnie w kontakcie z tym dziełem? Jaka była natura tego zachwytu i uniesienia, które odczuwałem? Z jakiego zakamarka mojej duszy płynęły te uczucia?
To uniesienie i zachwyt nie były przecież wyłącznie dziełem samego George'a; było to coś, co w pewnym sensie współtworzyliśmy, coś płynącego ze wspólnego dla nas obojga miejsca.
Spójrzmy na którekolwiek z tych zdjęć. Przed laty, przez ułamek sekundy, uchwycił on kontakt z rzeczywistością – dokładnie taką, jaka była w tamtym momencie. Nacisnął spust migawki i poniekąd uwięził tę chwilę w bursztynie. A potem ja spojrzałem na ten obraz, a on ożył na nowo; coś we mnie uniosło się, by wyjść mu na spotkanie. To, co poruszyło jego, poruszyło także mnie.
Obcowanie z tym albumem podziałało na mnie tak, jak ma to w zwyczaju robić sztuka: przypomniało mi, że to zjawisko, które nazywam „świeżością”, wciąż istnieje. Właśnie w tej minucie i wszędzie wokół nas – a ja wciąż jestem w stanie go doświadczać.
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
