Arcydzieło czy muzyczna katastrofa? Jak prasa oceniała „Abbey Road” tuż po premierze
2026-09-26, autor: kasia
[...powrót do newsów]
John Mendelsohn (Rolling Stone): Triumf drugiej strony i szczypta uszczypliwościJohn Mendelsohn z magazynu Rolling Stone uważa, że płyta Abbey Road to przede wszystkim popis geniuszu na drugiej stronie albumu. W swoim tekście nie szczędzi gorzkich słów pod adresem Sgt. Peppera, ale jednocześnie z ogromnym zachwytem analizuje budowę beatlesowskiej suity. Mendelsohn udowadnia, że mimo zbliżającego się końca, zespół wciąż potrafił tworzyć niezwykle spójne i wirtuozerskie formy.
Krótko mówiąc, druga strona płyty robi na mnie większe wrażenie niż całe Sgt. Pepper, a za pierwszą z chęcią oddałbym podwójny biały album The Beatles, Magical Mystery Tour i pałeczkę perkusyjną Keitha Moona.
Tyle tytułem wstępu. „Come Together” to John Lennon niemal u szczytu formy – pokręcony, swobodnie żonglujący skojarzeniami i słownymi gierkami, a do tego wokalnie ściśnięty i z jakiegoś powodu odrobinę zadowolony z siebie. Nagrany wprost zapierająco dech w piersiach (zresztą jak cały album), z perfekcyjnym, drobnym przejściem Ringo na hi-hacie i tom-tomach, które stawia sprytny średnik przy tych upiornych „shooo-ta”. Ten niedoszły hymn kampanii wyborczej Timothy'ego Leary'ego otwiera całość w doprawdy wielkim stylu. Wokal George’a, pozbawiony nieco dawnej nosowości na rzecz szorstkiej, typowej dla Paula melodyjności, to zaledwie jeden z wielu jasnych punktów w jego „Something”. Pozostałe z nich to kolejna porcja znakomitej pracy perkusji, obłędnie chwytliwa linia gitary, idealnie stonowane smyczki i wyjątkowo urokliwa melodia. Zarówno ta wersja, jak i wykonanie Joe Cockera z powodzeniem nam wystarczą, dopóki za utwór nie weźmie się Ray Charles.
Paul McCartney i Ray Davies to jedyni dwaj twórcy w rock and rollu, którzy mogliby napisać „Maxwell’s Silver Hammer” – radosną, wodewilowo-music-hallową celebrację, w której Paul, w rzadkim, psotnym nastroju, wychwala uroki roztrzaskiwania głów każdemu, kto próbuje uprzykrzyć ci życie. Paul sprzedaje to perfekcyjnie, z najbardziej wdzięczną niewinnością chłopca z chóru, jaką tylko można sobie wyobrazić.
Któregoś dnia, tak dla czystej zabawy, Capitol lub Apple będą musieli wydać kompilację Paul McCartney Sings Rock And Roll, dorzucając tam „Long Tall Sally”, „I’m Down”, „Helter Skelter” oraz, co absolutnie konieczne, „Oh! Darling”. W tym ostatnim – na czele z wrzeszczącą „auć!” gitarą i cudownymi chórkami w tle – Paul serwuje niepodrabialnie mocny, zdzierający gardło wokal o sile zdolnej znokautować nawet tych sceptyków, którzy w innym wypadku kręciliby nosem na kolejny beatlesowski hołd dla złotej ery starych przebojów.
Fakt, że Beatlesi potrafią zjednoczyć pozornie nieskończoną liczbę muzycznych fragmentów i tekstowych bazgrołów w spójną, wspaniałą suitę – co zrobili na drugiej stronie – stanowi dobitny dowód na to, że nie, wcale nie stracili formy i nie, wcale nie przestali się starać. Wręcz przeciwnie – osiągnęli tutaj coś, co jest jak dotąd najbliższe beatlesowskiemu freeform, stapiając ze sobą najróżniejsze, intrygujące pomysły muzyczne i tekstowe w dzieło, którego ranga wykracza daleko poza sumę jego części.
Na przykład „Here Comes the Sun” puszczone osobno mogłoby wypaść wręcz przeciętnie, ale spójrzcie tylko, jak John, a zwłaszcza Paul, rozbudowują jego nastrój radosnego, dziecięcego zachwytu. Podobnie zresztą w „Because” – oto dziecko (lub po prostu ktoś o dziecięcej niewinności), któremu wykręcają umysł najbardziej oczywiste zjawiska natury, jak błękit nieba. A to wszystko, proszę zauważyć, w otoczeniu pięknych i skomplikowanych harmonii wokalnych, na jakie Beatlesi nie porywali się od czasów „Dr. Robert”.
Następnie, tylko na ułamek sekundy, wkraczamy w „You Never Give Me Your Money” Paula, co wydaje się bardziej marzeniem na jawie niż faktycznym adresem do dziewczyny, o której myśli. Pozostawieni w zamyśleniu ledwie na moment, przenosimy się w łączniku – za sprawą wokalu Paula w stylu „Lady Madonna” i pulsującego boogie-woogie na pianinie – do tej radosnej myśli: „Oh, that magic feelin’ / Nowhere to go” (Och, to magiczne uczucie / Nie ma dokąd iść). Cykanie świerszczy i dziecięca rymowanka („1-2-3-4-5-6-7 / Wszystkie dobre dzieci idą do nieba”) wprowadzają nas stamtąd w rozmarzony numer Johna, „Sun King”. Odkrywamy tu, jak uderza we włoski rynek, a słowa takie jak amore i felice dają nam pewną wskazówkę co do klimatu tej ballady, mocno przywodzącej na myśl „In My Room”. A potem, zanim zdążymy zorientować się w sytuacji, lądujemy w Anglii Johna Lennona, wpadając na dwa ludzkie dziwadła: wrednego pana Musztardę (Mean Mr. Mustard) i Polietylenową Pam (Polythene Pam). Stamtąd ruszamy oglądać surrealistyczny popołudniowy program telewizyjny, czyli „She Came In Through the Bathroom Window” Paula. Zamyśleni i chwilę później znowu uderzeni szczyptą melancholii, przechodzimy do „Golden Slumbers”, skąd budzą nas tysiące rezonujących głosów w „Carry That Weight” – zawadiackim, krótkim komentarzu do trudów ludzkiego życia, o ile w ogóle kiedykolwiek taki powstał. A stąd płynnie przechodzimy do repryzy motywu z „Money” (to najbardziej uzależniająca melodia i niezapomniany tekst na całej płycie). Wreszcie idealne epitafium dla naszej wizyty w świecie beatlesowskich snów na jawie: „Miłość, którą bierzesz, jest równa miłości, którą dajesz...” („The love you take is equal to the love you make…”). I tak dla porządku – Paul zamierza w całości zdobyć Jej Królewską Mość (Her Majesty). Po przesłuchaniu Abbey Road pierwszy tysiąc razy zawahałbym się stwierdzić, że cokolwiek jest dla niego niemożliwe, a pozostali wcale nie zostają daleko w tyle. Moim zdaniem wszyscy nawzajem sobie dorównują, wciąż pozostając niedoścignionymi.
Nik Cohn (The New York Times): Przez 15 minut wspaniali, ale z fatalną wpadką recenzenta
Z kolei Nik Cohn w recenzji dla The New York Times podchodzi do albumu z dużo większym dystansem. O ile chwali piętnastominutowy medley jako wspaniałe muzyczne osiągnięcie, o tyle bezlitośnie rozprawia się z resztą materiału. Czytając ten tekst z dzisiejszej perspektywy i znając doskonale zapisy sesji, uśmiech na twarzy wywołuje potężna wpadka autora. Cohn z pełnym przekonaniem krytykuje Johna Lennona za przeszarżowany wokal w „Oh! Darling”, najwyraźniej nie mając pojęcia, że to ikoniczny, zdzierający gardło popis Paula McCartneya.
LONDYN – Na drugiej stronie nowego albumu The Beatles, „Abbey Road”, znajduje się składająca się z dziewięciu utworów, 15-minutowa wiązanka, która wydaje mi się najbardziej imponującą muzyką, jaką stworzyli od czasów „Rubber Soul”.
Wzięte z osobna, te numery nie są niczym specjalnym. „Mean Mr. Mustard” ma chwytliwą linię melodyczną; „Polythene Pam” to miły urywek liverpoolskiego klimatu; w „Golden Slumbers” znajdziemy cztery piękne takty, a w „You Never Give Me Your Money” krótki pasaż na pianinie w stylu barrelhouse Merrilla E. Moore'a. Poza tym to wszystko raczej przeciętne rzeczy. Większość linii melodycznych została już wykorzystana gdzie indziej, a niektóre teksty są wręcz bolesne w odbiorze. A jednak, z trzech głównych powodów, to działa.
Pierwszy powód jest taki, że całość jest genialnie wyprodukowana: Beatlesi wiedzą o nagrywaniu tyle samo, co każdy poza Philem Spectorem, a cała wiązanka ma idealne tempo; buduje napięcie dokładnie tak, jak powinna.
Drugi powód to prawdziwe niespodzianki, jakie ze sobą niesie. W ciągu ostatnich czterech lat Beatlesi stawali się coraz bardziej gadatliwi; nie było szans na krótką puentę, gdy zamiast niej można było wygłosić 10-minutowe kazanie. Ale tutaj nagle kończą z tymi bzdurami – zanim zdążysz się czymkolwiek znudzić, dzieje się coś nowego, a pod koniec czuć autentyczne poczucie pędu, oni wręcz fruwają.
Trzecim i zdecydowanie najważniejszym powodem jest sam rozmach inwencji melodycznej. W obliczu tak gigantycznej plątaniny melodii, ułożonych jedna na drugiej, nie sposób uciec od faktu, że duet Lennon-McCartney pisze oszałamiającą liczbę prawdziwych piosenek. Nie tylko riffy i schematy, ale prawdziwe dzieła, autentyczne melodie.
Tak się składa, że większość tutejszych zagrywek to zapożyczenia – po części podkradzione od innych, a po części z pozostałych albumów Beatlesów. Fakt pozostaje jednak faktem, że nikt inny w rocku nie osiągnąłby takiego rezultatu. Biorąc pod uwagę kontrapunkty i łączniki, mamy tu może 15 melodii w ciągu tylu samo minut – wszystkie od razu wpadają w ucho, wszystkie to potencjalne przeboje. To istny pokaz wirtuozerii i jest to niesamowite.
Ogólny efekt przypomina trochę jam session. Oczywiście doskonale wiadomo, że nie ma w tym za grosz spontaniczności, że każdy fragment był dopracowywany w nieskończoność, ale poczucie luzu i swobody przetrwało. Melodie przypływają, odpływają, odbijają się echem, łączą się z czymś świeżym. Dobre przeplata się ze słabym, nowe ze starym i nie ma większego znaczenia, co jest czym. Koniec końców, to po prostu tworzenie muzyki i trudno się temu oprzeć.
Ogromną wadą są teksty. Był czas, kiedy słowa piosenek Beatlesów stanowiły jedną z ich największych atrakcji. To już przeszłość. Na „Abbey Road” dostajemy same słodkie pianki.
Początkowo duet Lennon-McCartney miał jeden główny atut w pisaniu tekstów – brzmieli prawdziwie. Może nie porywali się na nic wybitnie głębokiego, ale to, czego próbowali, zawsze było osobiste. „She was just 17, you know what I mean” (Miała zaledwie 17 lat, wiesz, co mam na myśli); nie była to wielka sztuka, ale na swoim poziomie sprawdzała się idealnie. Była mocna i sugestywna.
Teraz to wszystko się zmieniło. Na „Abbey Road” słowa są słabe, pompatyczne i sztuczne. Wyraźnie widać, że Beatlesi usłyszeli już tyle opowieści o własnym geniuszu, że w końcu w nie uwierzyli, a wszystko tutaj tonie w Błyskawicznej Sztuce. Dajcie mi tylko pięć minut w zaciszu własnego domu, a zrobię z was super-bardów. Oto jak bardzo wrażliwy Paul McCartney pokazuje nam, jak to się robi:
Weszła przez okno w łazience,
Chroniona srebrną łyżeczką,
Ale teraz ssie kciuk i błąka się
Brzegami własnej laguny.
A jednak, nie powinienem zrzędzić. Mimo tych tekstów i całej reszty, wiązanka z „Abbey Road” pozostaje triumfem.
Skoro to już powiedziałem, muszę też dodać, że reszta tego albumu to absolutna katastrofa.
Sześć utworów na pierwszej stronie i dwa otwierające drugą stronę to kompletnie zmarnowany materiał: jest dziecięca rymowanka Ringo Starra; krótki wybuch muzyki w stylu podrzędnego Briana Wilsona; dwie piosenki George'a Harrisona, będące ucieleśnieniem przeciętności; kolejna porcja nostalgii Paula McCartneya za latami dwudziestymi i niekończący się, wolny blues.
Słabizna waha się tutaj od łagodnej nudy po wywołujące ciarki zażenowanie. Wspomniany blues, na przykład, jest potwornie fałszywy, a pioseneczka Ringo to czysta Myszka Miki. Jedynymi interesującymi porażkami są dwa numery Johna Lennona: „Come Together” i „Oh! Darling”.
„Come Together” to zwolniona przeróbka „You Can't Catch Me” Chucka Berry'ego i intryguje tylko jako znak tego, jak nisko potrafi upaść Lennon w dzisiejszych czasach. Bądź co bądź, „You Can't Catch Me” to naprawdę świetna piosenka, a obciążanie jej tekstami w stylu „Mamo, patrz, jestem Jezusem”, które Lennon z siebie wyrzuca, nie jest zbrodnią, którą chciałbym mieć na sumieniu.
„Oh! Darling” to nieco bardziej złożona sprawa. Zasadniczo to po prostu ballada w stylu lat 50., coś, co równie dobrze mogliby wykonać The Platters lub The Penguins. Lennon zawsze miał niesamowity głos, a tutaj mało nie wypluje płuc. A mimo to, coś brzmi nie tak. Dlaczego? Po prostu dlatego, że za bardzo się stara.
Wolny rock z lat 50. był czymś bardzo formalnym, rytuałem równie klasycznym i niezmiennym jak korrida, w którym każdy ozdobnik i każda progresja akordów miały swoją dokładną funkcję. W „Oh! Darling” Lennon miota się w orgii zachłyśnięć, wyć i odruchów wymiotnych, wrzuconych tu zupełnie na chybił trafił, a cały sens gdzieś ulatuje.
Prawdę mówiąc, ten rodzaj przesady stał się już mocno rozpoznawalnym znakiem firmowym Beatlesów. Zrujnował ich ostatni podwójny album i rujnuje dwie trzecie „Abbey Road”. Wielką siłą tamtej wiązanki jest to, że omija tę przesadę – nie ma tam powtórzeń, nie ma ciężkiego sapania. Wraca do tej swobody i stylu, które Beatlesi mieli pięć lat temu.
Naprawdę, ten medley powinien ciągnąć się przez całą płytę, i to mogłoby być coś cudownego. Licząc z niewydanym albumem „Get Back”, Beatlesi nagrali ponad 60 utworów w ciągu roku, z czego co najmniej dwie trzecie to totalny balast. Ale gdyby tylko wzięli 20 najlepszych i spletli je ze sobą, stworzyliby jeden wspaniały album.
W obecnym kształcie „Abbey Road” wcale wspaniały nie jest. Mimo to ma swoje 15 znakomitych minut, a jak na rockowe standardy, to naprawdę sporo.
Geoffrey Cannon (The Guardian): Płyta bez energii i kolejna autorska pomyłka
Na koniec spójrzmy na tekst Geoffreya Cannona opublikowany na łamach The Guardian. Autor wprawdzie docenia muzyczny kunszt Abbey Road, doceniając gęstą fakturę i złożoność dźwięków, ale ostatecznie uznaje album za pozycję niemalże błahą. Jego zdaniem zespołowi zabrakło tu rockandrollowej energii i chęci, by naprawdę poruszyć słuchacza. Podobnie jak w przypadku recenzji z The New York Times, Cannon również pada ofiarą braku twardych danych z sesji nagraniowych – z pełną powagą przypisuje kompozycję i czarny humor w „Maxwell’s Silver Hammer” Johnowi Lennonowi.
Od wydania swojego ostatniego albumu, „The Beatles”, członkowie zespołu spędzili miniony rok w domu, w Wielkiej Brytanii. Zostali pochłonięci swoimi osobistymi sprawami, a od czasu do czasu spotykali się i instalowali w studiach nagraniowych przy Abbey Road w St John's Wood. I oto zrobili to znowu; stworzyli kolejny album, „Abbey Road”.
W tym cały problem: zrobili to znowu. Mamy tu wszystkie ich stare sztuczki i talenty. „Maxwell’s Silver Hammer” to znowu magiczne, zabawne, szkolne okrucieństwo Johna Lennona w stylu komiksu The Bash Street Kids. „Oh! Darling” to ich wytworny, radosny utwór – tym razem doprawiają „If You Need Me” Rolling Stonesów odrobiną „You Can Make It If You Try” i szczyptą Buddy'ego Holly'ego.
Alan Price stworzył świetną aranżację „The House of the Rising Sun”. Beatlesi wykorzystują to na nowo w „I Want You”. „Golden Slumbers” brzmi jak obowiązkowy, wzniosły, smutno-wesoły numer McCartneya, a „Because” – jak obowiązkowy, wesoło-smutny kawałek Lennona. Jest też zagadka w „You Never Give Me Your Money”: „No-where to go” (wiedzieć, dokąd iść, nie ma dokąd iść... [know where to go, no-where to go]). No dobrze, Ringo, zorkiestrujmy twoją nową wariację na temat „Yellow Submarine”, czyli „Octopus’s Garden”. I dorzućmy jeszcze dwie niespodzianki. Pierwsza strona urywa się gwałtownie. A strona druga ma ten mały, dodany fragmencik, który przegapisz, jeśli nie zostawisz włączonej płyty: w sam raz dla księżniczki Anny, żeby mogła go puścić swojej mamie.
Muzyka Beatlesów ma specyficzną, gęstą fakturę, której nie dorównuje żaden inny zespół. Nawet ich najlżejszy utwór kryje teraz w sobie pewną dwuznaczność i złożoność, co – zwłaszcza gdy Lennon dokłada swoje dziwne słowne obrazy – zamienia muzykę w obiekt, a nie po prostu w melodię. Starzy bohaterowie rock and rolla, jak Carl Perkins czy Jerry Lee Lewis, zadowalali się pulsującym rytmem, który pozostawiał po sobie jedynie budzące się poczucie energii i witalności. Od tamtych czasów w sieci elektrycznej muzyki złowiło się wiele grubszych ryb. Ale stary rock and roll miał energię i cel. A tego właśnie na „Abbey Road” brakuje. Oczywiście, to mądry i zręcznie zrobiony album; naturalnie, porusza znacznie więcej pomysłów niż jakakolwiek inna, z wyjątkiem tej absolutnie najbardziej utalentowanej, muzyka.
Ale jeśli słyszałeś „The Beatles”, „Get Back” i „Give Peace a Chance”, to tak, jakbyś słyszał już „Abbey Road”. Muzycznie, w wąskim tego słowa znaczeniu, Beatlesi są tak dobrzy, jak zawsze. Jednak w szerokim, życiowym sensie, nikt nie może być w muzyce po prostu „tak dobry, jak zawsze”. Siła muzyki rockowej nie leży w wartościach, które da się wyizolować jako czysto muzyczne. Każdy, kto tak uważa, musi dziwić się całemu temu zamieszaniu, jakie wokół rocka robię ja i inni. Rock zyskuje swoją moc poprzez relację z czasami, w których jest grany.
„Abbey Road” kryje w sobie talent porównywalny z każdym innym albumem The Beatles, a jednak jest to rzecz błaha. Być może ku własnej uldze, Beatlesi stracili chęć, by nas poruszać. „Abbey Road” na pewno wam się spodoba. Ale was nie poruszy.
(wizyt: 108)
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
