Szczera i swobodna rozmowa o Wings i The Beatles podczas Q&A po seansie „Man on the Run”
2026-09-29, autor: kasia
[...powrót do newsów]
Rozmowa, w której wziął udział również dokumentalista Morgan Neville, przybrała kilka zaskakujących obrotów w Ted Mann Theater (części Academy Museum) w Los Angeles. Paul McCartney spotkał się z Juddem Apatowem na 45-minutową pogawędkę po poniedziałkowym pokazie filmu „Man on the Run” w L.A. i w dużej mierze była to po prostu znakomita wymiana żartów w biegu. Pod wodzą Apatowa konwersacja przybrała, jak można się było spodziewać, komiczny obrót, ale odsłoniła też niezwykle wiele ciekawostek. Apatow sprawił, że McCartney wyraźnie się rozluźnił, co zaowocowało naprawdę osobistymi dygresjami i absolutnie zwariowaną wymianą zdań. Biorąc pod uwagę ogólnie przyjęte standardy, był to prawdopodobnie najbardziej niepokorny i swobodny wywiad, w jakim kiedykolwiek wziął udział były Beatles.Morgan Neville, reżyser wyświetlanego filmu dokumentalnego o grupie Wings, również uczestniczył w dyskusji, wcielając się w rolę „tego poważnego”. Wyglądał na wyraźnie rozbawionego – o ile wręcz nie zaniepokojonego – gdy Apatow schodził w rozmowie na temat narkotyków lub doświadczeń McCartneya z nagimi mężczyznami w japońskim więzieniu. Okazją do spotkania było wydarzenie z cyklu FYC (For Your Consideration) promujące „Man on the Run”. Odbyło się ono w Ted Mann Theater, gdzie 275 uczestników mogło doświadczyć wyjątkowo kameralnej atmosfery ze strony McCartneya, który wydawał się w pełni gotowy, by dorównać Apatowowi poziomem szczerości i komediowych dygresji.
„Byłem niesamowicie podekscytowany, kiedy usłyszałem, że robisz ten (film dokumentalny), ponieważ, wiesz, urodziłem się w '67 roku” – „podobnie jak ja” – wtrącił Neville – „więc dorastaliśmy jako fani Wings. Rozmawialiśmy o tym. Jesteśmy dzieciakami Wings. Byliśmy z tych ludzi, którzy pytali: »Czekaj, to przed Wings był jeszcze jakiś inny zespół?«”.
„Ja urodziłem się trochę wcześniej” – zażartował McCartney, od razu wczuwając się w klimat rozmowy.
Zapytany przez Apatowa, czy z niecierpliwością czekał na zmierzenie się z dekadą 1970-1980 w dokumencie dla Amazon Prime, który ukazał się na początku tego roku (wraz z towarzyszącą mu książką), McCartney odpowiedział: „Nie, lubię ten okres. Teraz to bardzo miłe wspomnienie. Pojawiało się wtedy pytanie: co robić po The Beatles? Wiesz, Beatlesi się rozpadają, a to była jedyna praca, jaką kiedykolwiek miałeś, i nagle już jej nie masz. To tak, jakby cię wylali z roboty. Więc to właśnie było Wings – próba połapania się w tym wszystkim. I jak widać w filmie, który zrobiliśmy, cóż, to dość zwariowana historia”.
Życie po The Beatles, Allen Klein i szkockie owce
Apatow przyznał w rozmowie z Neville'em i McCartneyem, że postrzega ten dokument jako „film o lekkim załamaniu nerwowym — prawda? Pojawia się tu problem ze zdrowiem psychicznym. The Beatles się skończyli; a ty chciałeś zamieszkać z owcami”.
„O tak. Uwielbiam owce” – przyznał McCartney. „Tak, to bardzo trudne. Jestem pewien, że każdy z was potrafi to sobie wyobrazić. Masz tę wspaniałą pracę, wszystko układa się świetnie, a potem nagle tracisz tę świetną pracę i wszystko przestaje się tak dobrze układać. Och, a na domiar złego pojawił się ten facet od biznesu, Allen Klein, który w zasadzie okradał The Beatles, a ja byłem jedynym, który tak uważał. Pozostali chłopacy myśleli: »Nie, my go uwielbiamy«”.
„Dlaczego byli tacy głupi?” – wypalił Apatow.
„Cóż, powiem ci dlaczego” – odpowiedział McCartney. „Ponieważ na spotkaniu z nim, tym gościem z Nowego Jorku, on pytał: »Czego chcecie?«. A my wszyscy: »Nie wiemy«. »Czego chcecie, miliona dolarów?«. »O tak«. »Okej, załatwione«”.
„Nie mogę uwierzyć, że waszym menedżerem był Donald Trump” – zażartował Apatow.
„Zdecydowanie widać ogromne podobieństwo” – przytaknął McCartney, dodając na temat Kleina: „Po prostu obiecywał złote góry i nie dotrzymywał słowa. Tymczasem ja widziałem, że to oszust. Ale to byłem ja przeciwko reszcie chłopaków i to było w tym wszystkim najgorsze, rozumiesz? To znaczy, ścierałem się z nimi podczas robienia muzyki, ale to było okej, bo można było powiedzieć: »Wiecie co? Naprawdę uważam, że to jest właściwe«, a oni albo się zgadzali, albo nie, i wchodziłem w ich wersję, zresztą to dało się stosunkowo łatwo rozwiązać. Tutaj jednak nagle okazywało się, że... wszystkie pieniądze, jakie kiedykolwiek zarobiliśmy, miały trafić na konto tego gościa. Musiałem więc z tym po prostu walczyć, wiesz?”.
Apatow zwrócił uwagę na napięcie, jakie wynika z sytuacji, w której „pozywasz trzech swoich najlepszych przyjaciół”, na co McCartney odparł: „po pierwsze, cały świat obróci się przeciwko mnie, a po drugie, ja sam obrócę się przeciwko sobie, więc to nie jest świetny pomysł. (Ale) koniec końców to było jedyne wyjście, więc musiałem to zrobić”.
„A jak miło było, gdy wiele lat później powiedzieli: »Myliliśmy się«?”.
„To było wiele lat później, owszem” – odparł McCartney, po czym zamilkł na chwilę i dodał: „Ale było miło”.
Początki Wings, odcięcie od przeszłości i urok „Ram”
O początkach kariery solowej, występach w duecie (z Lindą McCartney), a następnie o założeniu zespołu Wings, McCartney opowiadał tak: „Myślę, że bycie zdanym tylko na siebie było dość przerażające, bo do tej pory zawsze miałem oparcie w zespole. Potem musiałem jednak wymyślić, jak do tego podejść i zrobić to po swojemu, inaczej. W tym tkwił cały sęk. Pomyślałem sobie: »No cóż, mógłbym po prostu napisać jeszcze trochę beatlesowskich piosenek, zebrać ludzi i moglibyśmy ich naśladować. Bylibyśmy jak jakiś cover band The Beatles«. (...) Jeśli chodzi o faktyczne granie kawałków The Beatles, to nie wchodziło to w grę. Promotorzy pytali: »A zagracie piosenki The Beatles?«. A ja na to: »Nie, nie zamierzam«. Oni na to: »No to zagrajcie chociaż 'Yesterday'«. Odpowiadałem: »Nie, nic z tego«. »Cóż, to w takim razie co właściwie będziecie grać?«. I właśnie to stanowiło mój dylemat”. (Po tym, jak album „Band on the Run” odniósł gigantyczny sukces, McCartney poczuł, że nie musi już bazować na dawnej chwale i w końcu przekonał się do włączania piosenek The Beatles – w tym „Yesterday” – do repertuaru, co nastąpiło przy okazji trasy Wings Over the World w latach 1975-1976).
„A zatem masz rację” – kontynuował McCartney. „To rzeczywiście przypominało lekkie załamanie nerwowe. Prawda jest taka, że zacząłem pić. Zaszyłem się w Szkocji, sam, z nową, małą rodziną. Nikt nie zamierzał prawić mi morałów z powodu zbyt dużej ilości alkoholu, więc myślałem sobie: »Hura, zaczynamy. No to jedziemy z tym«. I była to świetna zabawa, aż do momentu, kiedy przestała nią być, sam wiesz... Miałem dzieci i to sprowadziło mnie z powrotem na właściwą drogę. A Linda była bardzo mądrą kobietą, więc w pewnym sensie mi na to pozwalała”, dopóki on sam nie zrezygnował z domowego imprezowania.
Mówiąc o muzyce, McCartney stwierdził: „wracając do tego myślami, tamten okres (z Wings) był całkiem dziki. To czyste szaleństwo i żałuję, że nie potrafię pisać takich piosenek dzisiaj. Bo są tak uroczo głupiutkie. Wiecie, ktoś rozmawiał ze mną dzisiaj o jednej z moich piosenek, »Magneto and Titanium Man«”. Tym kimś, jak się okazało, był Neville, który wyznał, że jego syn ma wręcz obsesję na punkcie tego kawałka z połowy lat 70. „»Magneto and Titanium Man«, no dajcie spokój, brawa!” – zachwycał się McCartney, robiąc mały doping dla niedocenianego utworu z albumu „Venus and Mars”. „To jest dopiero tytuł. Po prostu czytałem komiks i tam to było. Bardzo mi się to spodobało, więc zwyczajnie dorobiłem do tego historię”.
Apatow wspomniał o tym, jak nagrany przed powstaniem Wings album Paula i Lindy „Ram” „zawierał kilka bardzo dziwnych piosenek. »Mój pies ma trzy nogi. Ale potrafi biegać«. Myślisz sobie: »Ta, jasne, Paul. Rozumiem cię«. Kiedy patrzysz na to z perspektywy czasu, »Ram« uważa się za klasyk... Ale kiedy ludzie cię wtedy za to atakowali, czy to było, no wiesz, druzgocące, że nie potrafili cieszyć się tym albumem takim, jakim był?”.
„Tak, chyba tak” – odpowiedział McCartney. „Wiesz, uważałem, że stworzyliśmy coś wyjątkowego, a oni nie, ci krytycy. Ale krytycy są od krytykowania i skrytykowali mnie. Więc, wiesz, ja z tymi wszystkimi nadziejami, z młodą rodziną i z tym poczuciem: »Mam to. To dobra płyta!«. A najgorsze w tym jest to, że to kupiłem. Słuchałem krytyków i w pewnym sensie zacząłem myśleć: »Hm, może mają rację. Sam nie wiem«. I przez całe lata uważałem, że to nie był zbyt dobry album. A tak naprawdę to mój siostrzeniec podszedł do mnie pewnego dnia i powiedział: »Wiesz, jaki jest mój ulubiony twój album? 'Ram'«. Zareagowałem: »Co?«. I nagle posłuchałem go ponownie i znów mi się spodobał. Ale to zdecydowanie był specyficzny okres. To znaczy, niektóre z tych piosenek — »Monkberry Moon Delight«...”.
Muzyczny konflikt z Johnem Lennonem i jego bolesna przeszłość
„Jak myślisz, dlaczego ten okres irytował Johna Lennona?” – zapytał Apatow. „Czy chodziło o tę wszechobecną radość, podczas gdy on zajmował się terapią pierwotnym krzykiem, a ty dobrze się bawiłeś? Jak myślisz, co mu tak w tym zaszło za skórę?”.
„Cóż, nie wiem. Myślę, że może oczekiwał ode mnie czegoś więcej. Oczekiwał ode mnie czegoś innego, a ja tego nie robiłem. Ja po prostu robiłem rzeczy »zwariowane«”. (Znowu to słowo). „Kiedy wydawaliśmy książkę (»Wings: The Story of a Band on the Run«), to właśnie tego słowa chcieli wydawcy: to »zwariowane igraszki«”.
„Czy on w swoim mniemaniu uważał, że w ten sposób cię dopinguje” – zapytał Apatow – „będąc tak publicznym w swojej krytyce?”. McCartney odpowiedział, że „nie był wtajemniczony” w to, co tak naprawdę motywowało ostre słowa Lennona, chociaż docenił fakt, że jego dawny partner zaczął łagodnieć w miarę upływu dekady, ostatecznie chwaląc piosenki takie jak „Coming Up” przed swoją śmiercią w 1980 roku.
„Mieliście pierwszy publiczny muzyczny konflikt!” – rzucił wesoło Apatow. „Nie docenia się was wystarczająco za to, że byliście pierwszymi artystami, którzy atakowali się nawzajem w piosenkach. A ty to zacząłeś”.
„Wcale nie!” – zaprotestował McCartney.
„A czy »Too Many People« nie było pierwsze?” – zastanawiał się Apatow.
„Nie” – upierał się McCartney.
„Było pierwsze” – nie zgodził się Neville, uśmiechając się z zakłopotaniem.
„Naprawdę?” – powiedział McCartney. „Nie sądziłem, że to było pierwsze. Myślałem, że to on zaatakował mnie jako pierwszy”.
„Może nie w piosence” – podsumował Apatow, gdy zarysował się konsensus: Lennon początkowo całą swoją krytykę zawierał w wywiadach, by w końcu dojść do druzgocącego „How Do You Sleep”, o czym zresztą opowiada dokument.
„Tak, to prawda” – powiedział McCartney. „Wiecie, to po prostu jedna z tych rzeczy. To znaczy, kochałem Johna, kocham go do dziś i zawsze będę. I nie miałoby to znaczenia, tak jak nie miało znaczenia to, co powiedział czy zrobił, ponieważ znałem go, od kiedy skończyłem 15 lat, więc był jak ten szalony kumpel, którego znałem i naprawdę go podziwiałem. Wiesz, kiedy masz te 13 i pół roku czy coś... albo kiedy byłem trochę starszy, miałem 15 lat, a on miałby jakieś 16 i pół... kiedy jest ten rodzaj faceta, który jest trochę okrutny, błyskotliwy i trafia w punkt, patrzysz na niego i mówisz: »Wow, on jest naprawdę fajny«, wiesz? I tak zawsze uważałem, że John był bardzo fajny i nadal tak uważam. Ale potrafił być kompletnym idiotą w niektórych sprawach”.
„Czyli taki zwariowany, kochany facet z zespołu” – podsumował Apatow.
„Tak, to prawda; był wspaniałym facetem” – powiedział McCartney. „Rzecz w tym, że jeśli spojrzeć na jego życie, miał powody, by być szalonym. Spotkało go wiele złego. Jego ojciec uciekł z domu, gdy John miał ze 3 lata, więc tak naprawdę nie znał taty, dopóki nie staliśmy się sławni, a jego ojciec wrócił i pracował w pubie na końcu ulicy, w pobliżu miejsca, gdzie mieszkał John. (...) A mama Johna, którą on ubóstwiał i którą ja ubóstwiałem, to była piękna kobieta o imieniu Julia. Napisał o niej piosenkę pod tytułem »Julia«, fantastyczny utwór. (...) Była wspaniała. Była naprawdę fajną babką i, wiesz, kiedy jesteś dzieciakiem, taka fajna matka jest naprawdę czymś atrakcyjnym. A potem została śmiertelnie potrącona przez samochód pod samym domem... Musiał więc sobie z tym wszystkim radzić, sam rozumiesz, nosił w sobie mnóstwo udręki i w dużej mierze stąd brał się ten cały pierwotny krzyk i cała reszta – miał w sobie mnóstwo rzeczy, które musiały znaleźć ujście. Dla porównania, ja miałem ogromne szczęście... Dorastałem w dość bezpiecznym środowisku, w otoczeniu dalszej rodziny, i nie miałem żadnych takich problemów, z jakimi borykał się John, dopóki moja mama nie zmarła, gdy miałem jakieś 14 lat”.
Odwaga Lindy i utracone archiwa
Wracając do ery Wings, która rozpoczęła się w 1971 roku, po wydaniu przez McCartneya dwóch po-beatlesowskich albumów, Apatow zapytał: „I tak po prostu pewnego dnia obudziłeś się i stwierdziłeś: »Muszę założyć zespół«?”.
„Owszem, oglądaliśmy w telewizji Johnny'ego Casha, a on założył zespół z Carlem Perkinsem i paroma facetami od country, których bardzo lubiliśmy. Pomyślałem sobie po prostu: »Wow, Johnny właśnie założył zespół. Co za wspaniały pomysł«. Odwróciłem się do Lindy i zapytałem: »Zakładamy zespół? Chcesz w nim być?«. A ona po prostu odpowiedziała: »Tak«. Wiedziałem, że nie ma wykształcenia muzycznego, ale potem pomyślałem: »Cóż, my w The Beatles też nie mieliśmy«. Nie umieliśmy niczego. Ale nauczyliśmy się kilku akordów i uczyliśmy się razem. To było w tym wszystkim wspaniałe – pokonywaliśmy te schody razem. Spadło za to na nią mnóstwo krytyki. Na mnie zresztą też. Wiecie, Mick Jagger gadający: »Och, co on robi ze swoją starą w zespole?«. Odpieprz się! Co to ma do rzeczy? Nieważne...”.
Na to Apatow: „Cóż, jako ktoś, kto zrobił wiele filmów ze swoją rodziną, dziećmi i Leslie (Mann), uważam, że jest pewna magia w intymności procesu twórczego, kiedy pracujesz z ludźmi, z którymi jesteś tak blisko. (...) Ale z jej strony wymagało to mnóstwa odwagi. To znaczy, wszyscy przeszliście przez to, że każdy atakował Yoko Ono za samo przebywanie z wami, śpiewanie i bycie częścią tego wszystkiego, a potem odwracasz się do Lindy i rzucasz: »Hej, masz ochotę zrobić to, co przed chwilą zrobiła Yoko?«. A ona na to: »Pewnie, zapowiada się fajnie. Świetny pomysł!«”.
Trio poruszyło temat niepublikowanych wcześniej materiałów wykorzystanych w „Man on the Run”, takich jak nakręcony samodzielnie archiwalny klip, w którym dwoje McCartneyów i Denny Laine śpiewają do kamery „You Are My Sunshine” na samym końcu dokumentu. Pojawiło się jednak pewne ubolewanie nad faktem, że z okresu „Band on the Run” praktycznie nie zachowały się żadne nagrania filmowe. Linda zrobiła w tamtym czasie mnóstwo zdjęć, które niestety skradziono podczas ulicznego napadu w Nigerii. Przepadły bezpowrotnie, podobnie jak prawdziwa skarbnica demówek McCartneya, które również stracono w tamtym rabunku.
Apatow zapytał: „Myślisz, że gdzieś w Afryce żyje facet, którego cały dom wypełniony jest tymi zdjęciami? Ja bym go szukał”.
„O tym, że napadnięto nas z nożem w ręku, wspominamy w filmie. Ukradli aparat Lindy, wszystkie kasety (z demówkami), a my zawsze się zastanawialiśmy... Wszyscy mówiliśmy: »Założę się, że po prostu nagrali na nich coś innego«. Trzeba w to wierzyć” – przyznał, biorąc pod uwagę, że po 50 latach nic nie wypłynęło na światło dzienne. Wyobraził sobie, jak złodzieje wkładają kasety do magnetofonu, zastanawiając się: „O, co to za gówno?”.
Trudna sztuka demokracji w zespole
Kwestią, która wciąż budzi dyskusje wśród fanów McCartneya, pozostaje to, czy Wings kiedykolwiek mieli rację bytu jako z krwi i kości zespół, zważywszy na nieuniknioną dominację Paula. A może sama próba zmontowania stałego składu do solowych, po-beatlesowskich projektów miała sens, bo po prostu rozpaliła w nim z powrotem twórczy ogień – nawet jeśli z góry było skazane na to, że nie potrwa to wiecznie? Apatow nawiązał do tego tematu, pytając, czy punkt widzenia samego McCartneya uległ w tej kwestii zmianie – i posłużył się własnym doświadczeniem ze współpracy z jednym z komediowych gigantów, aby zilustrować ów dylemat.
„Jak to wyglądało z twojej perspektywy?” – zapytał. „Byłeś w jednym zespole (The Beatles) i zupełnie nie dogadywałeś się z kumplami; a teraz zakładasz nową kapelę i chyba marzysz o tym, by był to zespół w pełni demokratyczny. Bardzo przypomina mi to sytuację z Garrym Shandlingiem, który wiecznie wściekał się, że my, scenarzyści, nie jesteśmy tak dobrzy jak on. Jeśli scenariusz nie działał, wiedział, że sam będzie musiał go poprawić, przez co znowu był na nas zły. A my na to: »Przecież nie jesteśmy tak dobrzy jak ty! Czego się spodziewałeś?«. Czy w Wings też było coś na rzeczy? Miałeś pewną wizję tego, jak to powinno funkcjonować, a potem nagle docierało do ciebie: »Och, i tak muszę po prostu wziąć to na własne barki«?”.
McCartney przytaknął. „Tak, owszem, bo, no wiesz, cóż, ja byłem Beatlesem, a oni nie” – stwierdził, wywołując chichot na widowni. „Zatem tak, musiałem być szefem... Chciałem, dokładnie tak jak mówisz, być traktowany na równi z resztą, ale to nie wyszło. W chwili, gdy tylko próbowałeś być z innymi na równi, okazywało się, że nie mówisz głośno tego, co tak naprawdę chciałbyś powiedzieć, wszystko szło nie tak jak trzeba, więc w końcu i tak musiałeś rzucić: »Nie, powinniśmy to zrobić właśnie w ten sposób«. I nagle docierało do ciebie, że właśnie taka była twoja rola”.
Wrócił wspomnieniami do czasów The Beatles, kiedy zespół był zdecydowanie bardziej demokratyczny, a mimo to była to demokracja, która w jego odczuciu potrzebowała stanowczego przywództwa.
„To znaczy, próby zagonienia Beatlesów do nagrania płyty, kiedy woleli raczej zostać w domu... To była trochę moja rola. I faktycznie, pewnego dnia mówiłem: »Nie, powinniśmy to zrobić. To będzie świetny pomysł«, i nagle dotarło do mnie: »O Boże, nie podoba im się to«. Reakcja była w stylu: »No cóż, ty skurczybyku, za kogo ty się uważasz?«. Pomyślałem sobie: »Ups, zostałem przyłapany. Zgadza się, rządzę się za bardzo. Dobra, zrobię tak. Nie będę się rządził«. Więc przy następnej piosence po prostu tam siedziałem — nie dąsałem się, po prostu siedziałem — i myślałem sobie: »Niech robią swoje. Świetnie. Będę po prostu jednym z chłopaków«. I zupełnie to nie zadziałało, kompletnie siadło, a ja myślałem: »O Boże«. I wtedy chyba Ringo odwrócił się do mnie i zapytał: »No i co ty wyprawiasz? Dawaj, produkuj nas!«. Powiedziałem: »Och, okej«”.
McCartney zauważył, że w Wings: „tak, często to tak właśnie wyglądało. W końcu zdałem sobie sprawę, że tak, to ja powinienem pisać te kawałki i po części je produkować, mówiąc: »Myślę, że ty powinieneś zagrać to. Ty tamto. A ja zrobię to, albo zrobimy tak, i to się sprawdzi«. Myślę, że byłem tym, który wiedział, co zadziała”. Po anegdocie związanej z zażywaniem kokainy w innym zespole mniej więcej w czasie, gdy odszedł gitarzysta Jimmy McCulloch, Apatow zapytał, czy to narkotyki były głównym problemem, przez który Wings zaczęli się rozpadać pod koniec lat 70., ale McCartney odrzucił tę sugestię. „W Wings nie było z nami aż tak źle, naprawdę. Ale tak, takie to były czasy, rozumiesz? Myślę, że miałem szczęście z tą całą kokainą, bo my paliliśmy trawkę. To było nasze wielkie odkrycie”.
„W tym filmie wyglądasz, jakbyś wręcz ubóstwiał trawkę” – rzucił z humorem Apatow, dodając, że kiedy patrzy się na reakcję McCartneya na jego pierwsze aresztowanie w latach 70., „...wydajesz się śmiać z samej idei, że kogokolwiek w ogóle mogło to obchodzić”.
McCartney odpowiedział: „Cóż, myślę, że ponieważ całe nasze pokolenie nakręciło się na trawkę, to było coś nowego. Więc tak, cieszyliśmy się tym, a to znalazło swoje odzwierciedlenie w rzeczach takich jak »Sgt. Pepper«. Wiesz, nasza wyobraźnia krzyczała wtedy: »Wow, moglibyśmy zrobić to« — wiesz, w »A Day in the Life« mogliśmy mieć orkiestrę, która robiła...”. W tym momencie zaczął naśladować ów słynny, dysonansowy finał orkiestrowy.
„Wiesz, o co chodzi?”.
Areszt w Japonii, wspólne kąpiele i dokument bez „gadających głów”
„Myślałem, że to był kwas!” – zripostował Apatow.
Wydawało się, że to na moment odebrało McCartneyowi mowę, jakby nie do końca chciał wchodzić w ten temat, podczas gdy Apatow dorzucił: „Ja dopiero zaczynam swój kwasowy okres”.
McCartney ostatecznie skomentował to słowami: „Trzeba było po prostu uważać, żeby nie skończyć jak niektórzy faceci, którzy posunęli się z tym za daleko”.
„Jak Morgan?” – zapytał Apatow.
Film sugeruje, że blisko tydzień, jaki McCartney spędził w japońskim areszcie (po tym, jak w 1980 roku Wings przybyli do tego kraju na planowaną trasę), dał muzykowi czas na przemyślenie, czy zespół naprawdę powinien kontynuować działalność. (Grupa nigdy już nie wróciła do grania, chociaż dogorywała powoli, zanim wszyscy zorientowali się, że to definitywny koniec). Twórca dokumentu podchwycił zresztą myśl zasugerowaną przez McCartneya w filmie: że być może w głębi duszy żywił on ukryte pragnienie, by go złapano, ponieważ nie był zadowolony z tego, jak układały się sprawy w Wings. „Na nagraniach widać przecież gigantyczną bryłę zioła!”.
Podczas spotkania na żywo McCartney zdawał się jednak bagatelizować teorię o psychologicznym autosabotażu, o której sam wspomniał przed kamerą. „Nadal nie mam pojęcia, o co w tym chodziło. Myślę, że ktoś mi to podrzucił. A może i nie. Nie, prawda była taka, że to najprawdopodobniej było po prostu bardzo dobre zioło. To znaczy, było naprawdę świetne. Ktoś przywiózł trochę z Hawajów i stwierdziliśmy: »Przecież nie spuścimy tego w toalecie... po prostu to schowamy«, ale jak widać, nie schowaliśmy tego zbyt dobrze”.
„Byłeś ujarany, kiedy się pakowałeś” – skwitował Apatow, sprowadzając sprawę do najprostszego wyjaśnienia.
Zapytał następnie, czy McCartney bał się pobytu w więzieniu przez te wszystkie dni, podczas których wcale nie było jasne, czy w ogóle zostanie zwolniony przez surowe japońskie władze. Paul odparł: „Tak, byłem przerażony, bo myślałem, że będzie tak jak w Ameryce, gdzie gwałcą w więzieniu. A absolutnie nie była to perspektywa, na którą czekałem”.
„To byłoby dość mocne zakończenie dla filmu Morgana” – wypalił z kamienną twarzą Apatow.
Z czasem jednak wyluzował i nawiązał swoiste przyjaźnie podczas odsiadki w pudle. „Bo wiecie, taki już jestem: potrafię wyciągnąć coś nawet z takich sytuacji. Pierwsze kilka nocy było jednak koszmarnych. Spałem oparty plecami o ścianę. I wiecie, nikt nie miał zamiaru zgwałcić tego chłopaka...”.
„To świetny tytuł na piosenkę” – rzucił żartobliwie Apatow.
McCartney wyznał jednak, że ostatecznie zgodził się na wspólną kąpiel z japońskimi więźniami, mimo że zaproponowano mu prywatną łaźnię, wychodząc z założenia, że jako Europejczyk będzie wolał zachować intymność. „To naprawdę wyewoluowało ze strachu w bardzo komfortową sytuację” – powiedział McCartney. „Pomyślałem: »Muszę to zrobić. Dlaczego nie? Przecież skoro oni mogą to zrobić«. Więc tak, rozebrałem się do naga i wszedłem do środka. Najpierw wchodziłeś pod prysznic, a potem wszyscy (patrząc na swoje nawzajem genitalia, rzucali) »Wow, spójrzcie na to«. »Spójrzcie na tamto«. A ja na to: »No dobra, a co ze mną?«”.
„To mógłby być cały dokument!” – wykrzyknął Apatow. „To jest druga część. Morgan, ewidentnie popełniłeś błąd. W drugiej części... coś zupełnie innego”.
„Man in a Tub” – zasugerował McCartney jako tytuł. Ostatecznie jednak pomysł na sequel zaczął być traktowany całkiem poważnie, przynajmniej przez Neville'a. „Jest o wiele więcej historii” – stwierdził reżyser. „Zauważcie, że ten film kończy się w 1980 roku. Zatem, sami wiecie, jest jeszcze mnóstwo innych rzeczy, które mają się wydarzyć”.
W przypadku tego dokumentu Neville twardo bronił decyzji, aby McCartney ani nikt inny nie pojawiał się na ekranie podczas wywiadów, a był słyszany jedynie zza kadru, na tle archiwalnych materiałów. „Mam wrażenie, że film staje się wtedy opowieścią w czasie teraźniejszym” – powiedział Neville – „ponieważ po prostu to przeżywasz. Nie oglądasz się za siebie. Tracisz ten retrospektywny punkt widzenia. Po prostu ruszasz w tę podróż i zastanawiasz się: »Co się tutaj zaraz wydarzy?« – właśnie o taki efekt mi chodziło”.
McCartney dał jasno do zrozumienia, że w pełni to popiera, o ile zresztą sam nie był pomysłodawcą tej koncepcji. „To było częścią planu od samego początku (kiedy tworzyliśmy koncepcję filmu), żeby nie wprowadzać kamer, a po prostu rozmawiać... Nigdy nie lubiłem tych filmów dokumentalnych z »gadającymi głowami«, gdzie po prostu siedzisz sobie przy jakimś stole mikserskim czy czymś takim (i mówisz) »Cóż, pamiętam to. Było uroczo. Było wspaniale«. A potem następuje cięcie na tego młodego, pięknego chłopca. A potem znowu cięcie na mnie (współczesnego). Grr!” – podsumował, robiąc komicznie przerażającą minę.
Był bardzo zadowolony z faktu, że w samym środku historycznej opowieści nie zafundowano widzom takiego wizualnego dysonansu. „Hej. Naprawdę mi się podobało” – powiedział McCartney Neville'owi, na wypadek gdyby wcześniej jeszcze o tym nie wspomniał. „Uważam, że zrobiłeś świetny film”.
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
