Rick Beato i jego wideo o Paulu McCartneyu: celny cios w machinę PR-ową branży muzycznej
2026-07-19, autor: kasia
[...powrót do newsów]
Czy to możliwe, że machina PR-owa wielkich gwiazd muzyki zupełnie zagubiła się we współczesnym świecie mediów? Andy Meek na łamach „Forbesa” bierze pod lupę głośną dyskusję, jaką wywołał ostatnio znany muzykolog i youtuber Rick Beato. Choć jego techniczne i pełne pasji analizy przyciągają miliony widzów, sztab kryjący się za Paulem McCartneyem przy okazji promocji najnowszego albumu The Boys of Dungeon Lane całkowicie go zignorował, stawiając na wirale z TikToka. Meek bez owijania w bawełnę wyjaśnia, dlaczego menedżerowie gwiazd wolą gonić za ulotnymi trendami Generacji Z, zamiast dać fanom mięsistą, muzyczną rozmowę. Pokazuje też znacznie prostszy, wręcz psychologiczny powód, dla którego McCartney prawdopodobnie nigdy nie usiądzie przed mikrofonem Beato – i dlaczego 84-letni eks-Beatles za wszelką cenę chroni swoją wizerunkową „twierdzę uroku” przed zbyt dociekliwymi pytaniami.Kiedy nieco ponad miesiąc temu Paul McCartney ruszył z intensywną kampanią promocyjną swojego nowego albumu studyjnego The Boys of Dungeon Lane, jego zespół PR postawił na formaty i twórców młodego pokolenia – takich jak TikTok czy pełen zabawnego droczenia się youtube’owy program Chicken Shop Date. Jednym z twórców, który nie znalazł się w grafiku, był Rick Beato – muzykolog znany z głębokich, przekrojowych wywiadów z takimi artystami jak Brian May czy Sting, którego kanał na YouTubie śledzi ponad 5 milionów subskrybentów.
Pominięcie to nie umknęło uwadze fanów Beato, zwłaszcza że formuła jego programów ma ogromne wzięcie. Doskonale pokazał to miniony tydzień i jego godzinny wywiad z Billym Joelem, który w zaledwie trzy dni zdobył ponad milion wyświetleń. Obaj panowie z czystą, wręcz geekowską pasją rozmawiają w nim o takich rzeczach jak progresje akordów, struktura utworów czy harmoniczna głębia, jaką dysonanse nadają arcydziełom Joela, choćby piosence „And So It Goes”. Wielu widzów po obejrzeniu tego materiału od razu ruszyło do sekcji komentarzy, domagając się spotkania z McCartneyem. To skłoniło Beato do opublikowania kolejnego filmu, zatytułowanego „Dlaczego Paul McCartney nie pojawi się na moim kanale”, który barierę miliona wyświetleń przebił jeszcze szybciej niż wywiad z Joelem.
Rick Beato kontra strażnicy muzycznego PR-u
W swoim najnowszym materiale Beato bez owijania w bawełnę wyjaśnia, dlaczego jego zdaniem nigdy nie uda mu się umówić na rozmowę z McCartneyem. Według jego relacji ludzie stojący za gwiazdami formatu byłego członka The Beatles zbyt często stawiają na ściśle kontrolowane, mainstreamowe pętle medialne, mające na celu masowy zasięg, zamiast na techniczne analizy, z których słynie jego kanał. „Mój kanał naprawdę kręci się wokół muzyki” – mówi Beato. „Ludzie, którzy go oglądają, interesują się muzyką, tym, jak pisze się piosenki i jak się gra na instrumentach”.
W dalszej części Beato zestawia głębokie zrozumienie muzyki u swoich odbiorców z prestiżowymi markami medialnymi oraz wiralowymi sztuczkami z TikToka nakierowanymi na Generację Z. Zauważa, że zbyt wielu artystów ślepo za nimi biega – nawiasem mówiąc, te sztuczki mają trudny do przeliczenia wpływ na samą sprzedaż, ale bez wątpienia łechcą ego gwiazdy, stawiając ją w centrum wszystkiego, co akurat przykuwa uwagę opinii publicznej.
Beato dodaje: „Pijarowcy, którzy pracują dla tych ludzi, chyba nie uważają YouTube’a za poważne medium, mimo że wszystkie te materiały i tak lądują na YouTubie – bo to tam wszyscy je oglądają”. I do pewnego stopnia ma rację.
Jako osoba, która spędziła ponad 20 lat w zawodzie dziennikarza, nie tylko zgadzam się z Beato – uważam wręcz, że ta dyskusja wykracza daleko poza sam biznes muzyczny i staje się opowieścią o współczesnych mediach w ogóle. Pokazuje ona chaos wokół danych analitycznych oraz erę, w której nikt tak naprawdę nie wie, co dzisiaj realnie decyduje o sukcesie.
„Nic już tak naprawdę nie działa”
Może być tak, że jakiś materiał w sieci nie poradził sobie najlepiej, bo nie był wystarczająco zoptymalizowany pod Google. Może roboty takie jak ChatGPT odebrały mu ruch, albo po prostu sam tekst był kiepski. Może to być wszystko naraz, albo nic z tych rzeczy. Kilka lat temu rozmawiałem z Wesleyem Schultzem, liderem zespołu The Lumineers, który ujął to bardzo podobnie. „Nic już tak naprawdę, w cudzysłowie, nie działa, wszyscy działają po omacku i zgadują” – powiedział mi wtedy. „Wciąż potrzebujesz dobrych pomysłów i dobrych piosenek, ale musimy zacząć podchodzić bardziej kreatywnie do tego, jak wydajemy i promujemy nasze rzeczy”.
Jeśli zaś chodzi o wideo Beato, na całą sprawę składa się kilka różnych czynników.
Zacznijmy od faktu, że prestiż danego medium nie jest już dziś gwarancją przyciągnięcia szerokiej publiki. W tej sytuacji menedżerowie muszą wybierać między realną uwagą odbiorców a prestiżową publikacją, która służy jedynie podbudowaniu własnego ego.
Do tego dochodzi fakt, że choć dziś gwieździe estrady łatwiej niż kiedykolwiek dotrzeć do szerokiej publiczności, to wciąż nie zastąpi to dotarcia do właściwej publiczności. Zastanówmy się, która z tych dwóch grup jest większa: liczba potencjalnych, nieprzekonanych jeszcze fanów muzyki, których można by dopiero przeciągnąć na stronę McCartneya, czy może ta baza oddanych słuchaczy, którą artysta gromadził wokół siebie przez sześć dekad swojej muzycznej kariery?
Jeśli zespół PR uważa, że na świecie wciąż są całe rzesze potencjalnych fanów McCartneya, którzy tylko czekają na odkrycie jego twórczości – to jasne, wyślijcie go do głośnego, internetowego programu typu Chicken Shop Date. Można jednak śmiało argumentować, że to istniejąca baza fanów McCartneya stanowi znacznie większy tłum. W takim przypadku logika podpowiada, by zrobić to, co politycy robią w dniu wyborów: zmobilizować swój żelazny elektorskat.
Mówiąc dokładniej – należy dołożyć wszelkich starań, aby dotrzeć i przemówić do obecnych fanów. A ta ścieżka powinna zaprowadzić ikonę rocka formatu McCartneya prosto na kanał Ricka Beato.
Dlaczego wywiad McCartney-Beato raczej nie dojdzie do skutku
Mimo wszystko, choć najnowsze wideo Beato dotyka fascynujących mechanizmów współczesnych mediów, istnieje prawdopodobnie znacznie prostszy powód, dla którego twórca ma rację w sprawie McCartneya.
Chodzi o to, że McCartney po prostu nie udziela wywiadów w takim stylu, w jakim prowadzi je Beato.
Mając 84 lata, McCartney przez sześć dziesięcioleci skrupulatnie budował swój publiczny wizerunek, tworząc z niego prawdziwą twierdzę pełną uroku osobistego. Jego PR-owy podręcznik opiera się na szerokim uśmiechu i opowiadaniu w kółko tych samych historii. Za każdym razem, gdy dziennikarz próbuje zepchnąć go z przetartego szlaku, McCartney sprytnie unika odpowiedzi – co słuchacze mogli usłyszeć całkiem niedawno, gdy artysta pojawił się w podcaście Song Exploder radia NPR, by porozmawiać o utworze „Ripples in a Pond” z albumu The Boys of Dungeon Lane.
Song Exploder to program stworzony dokładnie wokół głębokich analiz muzykologicznych, które tak mocno promuje Beato, tyle że w znacznie krótszej formule. Kiedy prowadzący Hrishikesh Hirway zaczął drążyć temat i pytać o głębszy sens stojący za tym utworem, McCartney w końcu ostentacyjnie, choć w żartobliwym tonie, okazał zniecierpliwienie: „Ej, Rishi, powiem ci jedno. Przez ciebie myślę o tej piosence intensywniej niż o jakimkolwiek innym utworze w całym moim życiu. Rany Boskie”.
I to jest właśnie ten prawdziwy mur, w który uderza Beato.
Częścią jego wyzwania jest przekonanie zespołów PR, by zaczęły traktować go jako poważnego partnera do rozmów – równego tradycyjnym mediom o ugruntowanej pozycji, jak choćby The New York Times, którego materiały wideo na YouTubie Beato regularnie deklasuje pod względem liczby wyświetleń. Rzeczywistość wygląda jednak tak, że niektóre zespoły PR po prostu chronią swoich klientów przed formatem, który w gruncie rzeczy wymagałby od nich wyjścia ze swojej bezpiecznej roli.
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
