Dlaczego Ringo Starr wciąż koncertuje w wieku 86 lat? Bo po prostu może
2026-09-28, autor: kasia
[...powrót do newsów]
Dlaczego w wieku 86 lat Ringo Starr wciąż dysponuje energią, której mogliby pozazdrościć mu znacznie młodsi koledzy po fachu? Timothy Bella na łamach dziennika „The Washington Post” zabiera nas za kulisy spotkania z perkusistą The Beatles, malując niezwykle barwny i pełen luzu portret człowieka, który ani myśli o muzycznej emeryturze. W tej ciepłej, szczerej rozmowie Starr zdradza sekret swojej witalności (tak, główną rolę grają tu brokuły!), z rozrzewnieniem wspomina urodzinową niespodziankę od Paula McCartneya i opowiada o ich niedawnym duecie. Przede wszystkim jednak tłumaczy, dlaczego po ponad półwieczu na scenie rytm to wciąż jego największa życiowa siła napędowa.Perkusista znów wychodzi na scenę z energią, która zdaje się kpić z upływu czasu, roztaczając wokół siebie niezwykle pozytywną aurę.
Nikt nigdy nie prezentował się na Zoomie na tle plaży z większym luzem niż Ringo Starr. Ma w sobie to coś: okulary przeciwsłoneczne w złotych oprawkach z podwójnym mostkiem. Rozpiętą dżinsową koszulę narzuconą na czarny T-shirt. Starannie przystrzyżoną czarną brodę, złoty kolczyk i charakterystyczną małą bródkę pod dolną wargą.
Do tego to pojedyncze pasmo włosów opadające na czoło, przywodzące na myśl Supermana w wykonaniu Christophera Reeve'a. I być może nikt nigdy nie brzmiał równie dobrze, rozmawiając o brokułach – tak, o brokułach – jak Starr, rytmiczny kręgosłup grupy, która odniosła największy sukces w historii muzyki.
„Nadal po prostu jem brokuły” – rzuca z typowym dla siebie przekąsem i liverpoolskim akcentem o warzywie, z którego, jak kiedyś żartował, składa się 99 procent jego organizmu. „Jeśli są dodatkiem do posiłku, czymkolwiek by on nie był – wczoraj wieczorem jadłem risotto z grzybami, a z boku leżały brokuły”.
Zawiesza głos dla komediowego efektu: „Które zjadłem”. I tak właśnie na początku września, podczas rozmowy wideo, wyglądało moje oficjalne zapoznanie z sir Richardem Starkeyem – ulubionym perkusistą mojego ojca i moim drugim ulubionym Panem Konduktorem z serialu „Shining Time Station”.
W wieku 86 lat życie wciąż służy Starrowi, którego kariera to nic innego jak niewyobrażalny wręcz ciąg bycia „jednym z”, za którym idzie kolejne „jeden z”.
Jeden z najbardziej wpływowych i cenionych perkusistów w historii rocka. Jeden z najbardziej analizowanych, wziętych pod lupę i naśladowanych muzyków ostatnich 60 lat. I, rzecz jasna, jeden z Beatlesów.
W czasach głębokich podziałów w Ameryce wciąż głosi swoje „Peace and Love” – osobistą mantrę przesiąkniętą nadzieją na zmniejszenie przemocy i nostalgią za bardziej optymistycznymi czasami. „Mogę zrobić tylko tyle” – mówi, unosząc dwa palce w geście pokoju. „Nie mogę zmusić do tego ciebie, ani nikogo innego. »Pokój« to dla mnie wspaniałe słowo. Uwielbiam je”.
Starr przezwyciężył także kpiny, bolesne straty i uzależnienie, wychodząc z tego wszystkiego na prostą – wciąż tak samo sympatyczny i przystępny, jak w czasach, gdy po raz pierwszy zyskał status osoby rozpoznawalnej wyłącznie po samym imieniu.
Ringo jest tylko jeden
„Są ci wszyscy perkusiści, o których kiedykolwiek słyszeliście, a potem jest Ringo. Nie potrzebujesz nawet nazwiska” – mówi Max Weinberg, wieloletni perkusista Bruce'a Springsteena i E Street Band, który zaprzyjaźnił się ze Starrem, swoim idolem z dzieciństwa, ponad 45 lat temu. „Ringo jest tylko jeden”.
Steve Lukather, członek założyciel grupy Toto, który gra na gitarze u boku Starra od 2012 roku, dodaje: „Pod wieloma względami to nasz George Burns. Ten facet dożyje 200 lat i nadal będzie tak samo zabawny i w tak świetnej formie, jak zawsze”.
Dni Starra wciąż pochłania pisanie i nagrywanie nowej muzyki. Kiedy wkracza do akcji przed publicznością, dziarsko wbiega na scenę niczym trzydziestolatek, z każdym krokiem unosząc wysoko kolana i tańcząc ku uciesze tłumu. Przy okazji wciąż poszerza skalę i zasięg swojego muzycznego dorobku, który dotarł już do niewyobrażalnej rzeszy ludzi na całej Ziemi.
„Nie zwalniam tempa, bo po prostu nie zwalniam tempa” – mówi, przypisując zasługi swojej wegetariańskiej diecie i ścisłemu reżimowi ćwiczeń, a także temu, że dba o to, by „podnieść jakiś ciężarek”, co pozwala mu wciąż skakać po scenie. „Nigdy nie będę Arnoldem Schwarzeneggerem, ale cały czas jestem w ruchu i spaceruję, kiedy tylko mogę”.
W czasach, gdy po coraz większej liczbie jego rówieśników widać na scenie upływ lat, a niektórzy w ogóle odchodzą z tego świata, u Starra nie widać najmniejszych oznak zwalniania tempa. W przeciwieństwie do słów z piosenki „Photograph”, nie czuje się staro (chwała diecie i ćwiczeniom) ani nie siwieje (chwała farbie do włosów). Zamiast tego znów wyrusza w trasę na czele Ringo Starr and His All-Starr Band – supergrupy, którą założył niemal cztery dekady temu. Starr, który koncertuje z All-Starr Band już prawie cztery razy dłużej niż występował z The Beatles, wraca do Waszyngtonu na poniedziałkowy koncert w klubie The Anthem. Występ w amerykańskiej stolicy – gdzie ponad 62 lata temu Wielka Czwórka zagrała swój pierwszy koncert w USA – jest częścią jesiennej, obejmującej 10 dat trasy koncertowej, promującej wydany wiosną „Long Long Road”, dwudziesty drugi solowy, studyjny album Starra.
Co więc wciąż go napędza, nawet po ponad półwieczu bycia najsłynniejszym perkusistą świata? W przypadku tego milionera nie chodzi już o pieniądze, ani o niesłabnącą Beatlemanię.
„On po prostu lubi ten komfort: rozgląda się po scenie, wie, kim wszyscy są i czuje się swobodnie” – mówi Lukather. „Robi to czysto dla zabawy”.
Kiedy wirtualne palmy powiewają w tle, Starr przyznaje, że to, czego obecnie potrzebuje, jest dokładnie tym samym, czego potrzebował kiedyś: odrobiny pomocy swoich przyjaciół.
„Potrzebuję zespołu. Nie mogę po prostu wyjść na scenę z samym zestawem perkusyjnym i zagrać »Yesterday« czy »Photograph«” – mówi Starr ze śmiechem. „Marzyłem o tym, gdy miałem 13 lat, i nadal to robię. I wciąż uwielbiam to robić”.
Niefortunna decyzja i Wielki Wybuch rockowego bębnienia
Niewiele jest rzeczy, które Starr doradziłby swojemu 13-letniemu ja w kwestii tego, co powinien w życiu zrobić inaczej. W końcu to ten sam człowiek, którego zapytano kiedyś, czy sława i bogactwo zmieniły jego życie, na co odparł krótko: „Nie, po prostu przyniosły mi sławę i bogactwo”.
A jednak od blisko 70 lat Starr goni za brzmieniem, którego sam pozbył się jako nastolatek.
Jego ojczym, Harry Graves, podarował mu na jedne ze świąt Bożego Narodzenia pierwszy zestaw perkusyjny, kupiony z drugiej ręki. Z perspektywy ówczesnego nastolatka problem polegał na tym, jak wspomina to dziś Starr, że „to były brudne, zaniedbane bębny, a ja chciałem zestaw AJAX” – brytyjskiej marki bębnów od Boosey & Hawkes, słynącej z unikalnego osprzętu. Ostatecznie dopiął swego, co z dzisiejszej perspektywy uważa za wielki błąd.
„To najgorsza decyzja, jaką kiedykolwiek podjąłem pod względem muzycznym, ponieważ przez resztę życia próbowałem odzyskać tamten zestaw” – wspomina, myśląc o tym, jak wszystko mogło się potoczyć. „W tamtych czasach mieliśmy w bębnach o wiele więcej głębi, i tego właśnie zawsze szukałem w swojej perkusji. Dlatego kładłem na nie ręczniki, żeby uzyskać to niższe, głębsze brzmienie”. Po czym ze śmiechem dodaje: „Ale kiedy ma się 17 lat, podejmuje się różne głupie decyzje”.
To miała być jedna z jego ostatnich nieroztropnych decyzji związanych z muzyką. Pięć lat później opuścił inną liverpoolską formację, Rory Storm and the Hurricanes, by dołączyć do zespołu o nazwie The Beatles, zastępując na perkusji Pete'a Besta. Kilka miesięcy po tym nagrywał już ścieżkę bębnów do ich debiutanckiego singla, „Love Me Do”. Z kolei po paru następnych latach nadszedł słynny debiut w programie „The Ed Sullivan Show”, podczas którego – pośród chaosu wywołanego przez krzyczące fanki w nowojorskim Studiu 50 na Manhattanie – obiektyw kamery zrobił zbliżenie na Starra siedzącego na swoim perkusyjnym podwyższeniu.
Przez te około 16 sekund, gdy w kadrze widać było wyłącznie 23-latka, a przed telewizorami zasiadała ponad 73-milionowa publiczność, ten leworęczny perkusista z fryzurą na mopa – z głową nieustannie przechyloną w lewo – przedstawił się światu, grając na praworęcznym zestawie bębnów marki Ludwig. Był tam ten doskonały swing. Były niezwykle ostre, wyraziste uderzenia werbla, absolutnie niezbędne, by w tym całym zgiełku w ogóle usłyszeć „I Want to Hold Your Hand”. No i był też ten łagodny, dyskretny uśmiech przyklejony do jego twarzy podczas występu, który do tamtej pory był najważniejszym w jego życiu.
„Jego osobowość była tak nierozerwalnie związana z rytmem, że to on stanowił ten wspaniały groove, który spajał The Beatles” – mówi Weinberg, który z wdzięcznością wspomina, jak to właśnie Starr udzielał mu rad w kwestii artystycznego odnalezienia się, gdy Springsteen na dekadę rozwiązał E Street Band. „Jego gra na bębnach była tak rześka, tak punktualna i tak obecna, że Ringo stał się wręcz drogowskazem tego, w jakim kierunku zmierzało i ostatecznie podążyło rockowe bębnienie. Był jak Wielki Wybuch”.
Wyrafinowana prostota
Kiedy kilkadziesiąt lat później rozmowa schodzi na jego podejście do gry na bębnach, Starr hołduje wyrafinowanej prostocie, która jest w równym stopniu filozoficzna, co techniczna.
„Gram z piosenką i z wokalistą. Nie robię niepotrzebnych przejść. Od tego tu jestem: żeby trzymać rytm i robić wstawki tam, gdzie uważam [że tego potrzeba], ale nie wtedy, gdy wokalista śpiewa na emocjach” – mówi. „Przyszło mi to po prostu naturalnie. Właśnie tak to robię”.
Tego dnia, widoczny na ekranie Zooma na tle plaży na Dominikanie, Starr ma refleksyjny nastrój. Ponownie przywołuje Gravesa – „najlepszego ojczyma na świecie” – i jego miłość do rasowych rockandrollowców lat 50., takich jak Jerry Lee Lewis czy Buddy Holly. Starr nigdy nie potrafił tak grać, ale już od najmłodszych lat komfort dawała mu świadomość, że za bębnami będzie po prostu inny.
„W czystym rocku uderza się proste »bat-bat«, ale ja tak nie potrafię. U mnie to brzmi bardziej jak »det-det-det-det«. Ma to w sobie taki delikatny swing. Po prostu tak gram i dla mnie to całkowicie naturalny sposób gry” – tłumaczy. „Myślę, że to robi małą różnicę w tym, w jaki sposób moja gra trafia do ludzi”.
Historyczny duet i energia, która zawstydza innych
Ze wszystkich nocy spędzonych w trasie z All-Starr Band, Lukather ma jeden swój absolutnie ulubiony moment całego show: spojrzenie w tłum, by sprawdzić, czy ta sprężysta energia Starra – po całym tym śpiewaniu i podrygiwaniu za bębnami – nie zostawiła jakichś kobiet z poczuciem rozczarowania swoimi mężami i ich fizycznymi brakami.
„Po dwóch godzinach na scenie, na sam koniec facet robi jeszcze pajacyki. A ty widzisz te starsze kobiety, które patrzą na swoich mężów ze wzrokiem mówiącym: »A ty jaką masz wymówkę, stary?«” – rechocze Lukather.
Gdy jednak pada pytanie o to, jak długo Starr będzie jeszcze w stanie wydawać nową muzykę i jeździć w trasy po całym świecie, Lukather tylko uśmiecha się półgębkiem. „A co miałby robić?” – odpowiada, zauważając, że żona Starra, Barbara Bach, doskonale wie, iż perkusista jest najszczęśliwszy wtedy, gdy ma na co czekać: na kolejną piosenkę, kolejną płytę czy kolejny koncert. „Robi swoje rozgrzewki wokalne. Ćwiczy na bębnach. Rozwiązuje zaawansowane Sudoku i… biega na bieżni przez 45 minut każdego dnia” – wylicza Lukather.
W życiu Starra przeszłość i teraźniejszość nieustannie się ze sobą zderzają. Choć w ciągu ostatnich dwóch lat poszerzył muzyczne horyzonty, wydając dwa świetnie przyjęte albumy country, doskonale wie, że gdy wychodzi na scenę z All-Starr Band, największy aplauz i tak zawsze wywołują „Yellow Submarine” oraz „Octopus's Garden” – dwa przeboje The Beatles z jego wokalem prowadzącym. W ogóle mu to jednak nie przeszkadza. Starr doskonale rozumie, jak ważne jest pielęgnowanie tej niezwykłej więzi, jaka łączy ludzi z nim samym oraz z muzyką, która spaja ze sobą kilka pokoleń.
„Duża część mojego show polega na tym, że wypatruję ludzi w tłumie i po prostu ucinam sobie z nimi pogawędkę. Czasem bywam tak pochłonięty interakcją z kimś z widowni, że aż zapominam wejść w piosenkę” – przyznaje ze śmiechem. „Publiczność wie, że ich kocham, a ja wiem, że oni kochają mnie”.
Od 1970 roku Starr nagrał i wydał ponad 260 utworów na niemal dwudziestu pięciu albumach studyjnych, ale żaden z nich nie był duetem z Paulem McCartneyem, jego jedynym żyjącym kolegą z zespołu. Kiedy jednak około dwa lata po tym, jak w 2024 roku Starr wziął udział w spontanicznej, improwizowanej sesji na bębnach z producentem Andrew Wattem, McCartney usłyszał to nagranie, stwierdził, że koniecznie trzeba z tego zrobić piosenkę. Starr zaczął nagrywać wokale do refrenów w „Home to Us”, bo – cóż – zawsze to właśnie robił w przeszłości. Ale nie tym razem.
Kiedy w maju zeszłego roku singiel ukazał się na albumie McCartneya The Boys of Dungeon Lane, był to pierwszy w historii przypadek, gdy dwaj żyjący Beatlesi zaśpiewali pełny utwór w duecie.
„[McCartney] powiedział: »O rany, stary, brzmisz świetnie. Dlaczego nie zaśpiewasz całości? Zrobimy to w dwugłosie«. A ja na to: »Pewnie, okej, to będzie jakaś odmiana!«” – mówi Starr, wybuchając głośnym śmiechem. „U nas, z Paulem, nigdy wcześniej to tak nie wyglądało. Zazwyczaj wpadał do mnie i dogrywał mi bas, tak jak to zrobił już dobrych kilka razy przez ostatnie 50 lat”.
„Nadal ze sobą rozmawiamy, wciąż mówimy sobie: »Kocham cię, stary« i po prostu jesteśmy kumplami, kiedy akurat przebywamy w tym samym kraju”.
Niezapomniana niespodzianka w Radio City Music Hall
Zanim Starr będzie musiał wrócić do nagrywania zaplanowanych na dziś piosenek i jedzenia kolejnej porcji brokułów, w moim ostatnim pytaniu muszę wrócić do pierwszego razu, kiedy zobaczyłem go na żywo.
Był 7 lipca 2010 roku, a rodzice zabrali mnie do Radio City Music Hall na koncert z okazji 70. urodzin Starra. Kiedy po zakończeniu występu światła na sali nie zapaliły się od razu, Starr chciał już wracać do garderoby, ale żona namówiła go, by poczekał jeszcze chwilę za kulisami. Wtedy na scenę wbiegł McCartney w pełnym garniturze i wąskim krawacie, by zagrać „Birthday”, a Starr – nie chcąc przegapić takiej zabawy – w samą porę odnalazł swoje pałeczki i wskoczył z powrotem za bębny.
Nawet zza przyciemnianych okularów widać, jak błyszczą mu oczy na wzmiankę o historii, którą w mojej rodzinie powtarza się od 16 lat. Ten moment miał dla Starra znaczenie. Zawsze miał.
„To było coś pięknego, ale też kompletnie szalonego, bo ani zespół, ani nikt z ekipy nic mi nie powiedział” – wspomina tamtą niespodziankę. „A potem po prostu dałem się ponieść chwili”.
Gdy bis dobiegł końca, McCartney uściskał jubilata. Z uśmiechem, który zdawał się ogarniać całe Radio City Music Hall, Starr pozdrowił tłum znakiem pokoju i wyznał, że ich kocha – tak, jak miał to robić jeszcze przez wiele kolejnych lat. Po czym, kończąc ostatecznie ten wieczór, rzucił cicho do samego siebie:
„Dzięki Ci, Panie. Było wspaniale”.
source: WashingtonPost, kategoria: wywiady
(wizyt: 48)
Copyright 2002 - 2026 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia