„Czuję, że nawiązałem z nimi bliższą więź”. Reżyser Kevin Macdonald o kulisach powstania „One to One: John and Yoko”
2025-04-07, autor: kasia
[...powrót do newsów]
Gdy myślimy o najsłynniejszych muzykach świata, John Lennon z pewnością znajduje się na szczycie tej listy. Po części dlatego, że o tym genialnym artyście powstało już mnóstwo filmów. Trudno znaleźć dzieło, które oferowałoby nową perspektywę na jego życie, ale właśnie to udaje się twórcom „One to One: John and Yoko”. Film zgłębia związek i twórczość Lennona oraz jego żony Yoko Ono w latach po rozpadzie The Beatles.Podczas premiery filmu na festiwalu Sundance, FandomWire miało okazję porozmawiać z jego reżyserem, laureatem Oscara Kevinem Macdonaldem. Rozmowa dotyczyła jego unikalnego podejścia do dokumentu muzycznego, odkrywania nieznanej strony historii Johna Lennona i Yoko Ono, a także tego, dlaczego jego zdaniem ten – i inne filmy tego gatunku – zapewniają tak hipnotyzujące wrażenia w kinach IMAX.
FandomWire: „One to One” to bardzo oryginalne spojrzenie na gatunek dokumentu muzycznego. Co skłoniło Cię, by w ten sposób opowiedzieć historię Johna i Yoko?
Kevin Macdonald: Cóż, myślę, że dwie rzeczy. Po pierwsze, przez lata powstało tyle filmów o Beatlesach i Johnie Lennonie, że moja pierwsza myśl brzmiała: „O Boże, czy świat naprawdę potrzebuje kolejnego?”. Uznałem więc, że aby się tego podjąć, muszę znaleźć podejście, które będzie dla mnie artystycznym wyzwaniem.
Po drugie, zadecydowała o tym sama natura materiału. Rozmowy telefoniczne nie opowiadają całej historii tego okresu. Pojawiają się i znikają, nie obejmują wszystkich tematów. Domowe nagrania to z kolei tylko strzępy informacji. Pozostał po nich materiał o bardzo fragmentarycznym charakterze. I myślę, że to w pewnym sensie bardziej szczery sposób przedstawiania przeszłości, nieprawdaż? Prezentuję po prostu interesujące fragmenty, które po sobie zostawili, a widzowie mogą na ich podstawie wyrobić sobie własne zdanie i zbudować swoją narrację. Uznałem, że to filozoficznie (nie chcę brzmieć pretensjonalnie) ciekawy sposób na wykorzystanie tych archiwaliów i na zrobienie czegoś nowego w kinie dokumentalnym. Napisałem książkę o historii dokumentu i sporo o niej wiem, dlatego zawsze szukam sposobów, by podejść do tego gatunku w nowy sposób.
FW: Wspomniałeś o dziesiątkach, jeśli nie setkach, filmów o Beatlesach i Lennonie. To odrodzenie „Beatlemanii” jest ostatnio tak silne. Jak myślisz, z czego to wynika?
Macdonald: To ciekawe. Nie wiem, czy to zasługa filmu Petera Jacksona, który przyciągnął nową publiczność, czy może fakt, że Paul McCartney i Ringo Starr wciąż żyją – choć można się spodziewać, że to się wkrótce zmieni, bo są już w podeszłym wieku. A może ludzie po prostu czują do nich nostalgię. Sam Mendes kręci teraz cztery filmy o Beatlesach, prawda?
Chciałbym, żeby ludzie po seansie powiedzieli: „Czuję, że nawiązałem z nimi bliższą więź, to było wspaniałe muzyczne przeżycie i zobaczyłem Johna na żywo w sposób, jakiego dotąd nie znałem”. Nie sądzę, by ktoś wyszedł z kina z myślą: „Nauczyłem się wielu nowych faktów”. To nie ten rodzaj filmu. Chodzi raczej o emocjonalne zbliżenie się do bohaterów, o ich zrozumienie.
FW: Odrodzenie przeżywa nie tylko Beatlemania, ale też ogólnie dokumenty muzyczne. Co Twoim zdaniem w tym gatunku tak przemawia do dzisiejszej publiczności?
Macdonald: To, czego słuchamy, uległo ogromnej fragmentaryzacji – to oczywiste – za sprawą Spotify i podobnych platform. Mamy mnóstwo subkultur i nisz, które ludzie kochają. Nie ma już jednego głównego nurtu popu, który łączyłby wszystkich... no, może poza Taylor Swift. Oznacza to, że jest przestrzeń dla dokumentów o wszystkich tych muzycznych niszach.
Myślę też, że dużą rolę odgrywają względy finansowe. Kiedy robisz film o Johnie Lennonie czy Talking Heads, masz pewność, że fani pojawią się na premierze. To już na starcie daje ci przewagę nad każdym innym dokumentem.
Jest w tym też nostalgia. Niekoniecznie za wczesnymi latami 70., ale za dawnym sposobem tworzenia muzyki, za ideą zespołu, za surowością i analogowym charakterem tego wszystkiego. Młodzi ludzie nie dorastali w takim świecie. Dziś muzyka jest w większości elektroniczna, zsyntetyzowana. Byłem naprawdę zaskoczony, jak entuzjastycznie na ten film reaguje młoda widownia – nastolatki i dwudziestolatkowie. Oczywiście, nie znają tła politycznego, niewiele wiedzą o Johnie i Yoko. Ale ten świat wydaje im się fascynujący, obcy, a jednocześnie ciekawy i politycznie zaangażowany. Imponuje im to, że John i Yoko byli gotowi wyjść na ulice, ten ich rewolucyjny sposób bycia. Myślę, że to naprawdę rezonuje z młodymi widzami.
FW: Czy jest jakiś inny artysta, którego historia zasługuje na podobne potraktowanie?
Macdonald: Myślę, że niemal każdy. Ten film ma narrację, ale pojawia się ona niepostrzeżenie, pozostając w tle. Żaden artysta nie zostawia po sobie gotowej, uporządkowanej historii swojego życia. Dlatego takie podejście można by zastosować do niemal każdego.
Miałem jednak wyjątkowe szczęście. Gdyby poproszono mnie o zrobienie takiego filmu w 1980 roku, byłoby to niemożliwe z braku materiałów. Okres, który pokazuję, to czas, kiedy archiwaliów jest najwięcej. John i Yoko byli zafascynowani filmem, często towarzyszył im operator albo sami się nagrywali. Rejestrowali rozmowy telefoniczne. Później zamknęli się w apartamencie Dakota i przestali się filmować. Mój pomysł idealnie więc pasował do charakteru i zasobów z tamtego okresu.
FW: To prowadzi do kolejnego pytania. Materiałów archiwalnych jest mnóstwo. Jak trudno było uzyskać do nich dostęp i zdecydować, co wykorzystać?
Macdonald: To po prostu ogrom pracy. Mój montażysta – któremu nie bez powodu przyznałem status współreżysera – spędził nad tym niezliczone noce, przesiewając materiały w poszukiwaniu perełek. Czasem pytałem go: „To jest genialne, skąd to wziąłeś?”. To była prawdziwa harówka. Filmy oparte na archiwach wymagają wertowania gigantycznych ilości materiału.
Producent, Peter Worsley, długo negocjował z rodziną prawa do nagrań z koncertu. Historia tego materiału jest taka, że został fatalnie zarejestrowany. Za reżyserię odpowiadał Phil Spector, który był kompletnie pijany. Na miejscu było kilka kamer, ale często filmowały podłogę albo czyjeś plecy, bo operatorzy wydawali się być na haju.
Z tego materiału zmontowano wersję dla stacji ABC, która zapłaciła za koncert. W latach 80. wydano ją na kasecie VHS. Fragmenty można znaleźć na YouTube – jakość dźwięku jest absolutnie fatalna. Przez lata nic z tym nie robiono, bo jakość była zbyt słaba. Jednak dzięki rozwojowi technologii dźwięku dziś można zdziałać cuda. Sean Lennon spędził mnóstwo czasu, remiksując tę muzykę, i właśnie dlatego brzmi ona tak świetnie. To właściwie umożliwiło powstanie tego filmu – wreszcie mamy wersję, która oddaje sprawiedliwość występowi Johna.
FW: Montaż nadaje rytm, zwłaszcza w filmie muzycznym. Jak skomplikowany był ten proces w przypadku „One to One”?
Macdonald: Niezwykle skomplikowany. To była sytuacja, w której musisz ciągle eksperymentować. Zastanawiasz się: „Czy ten klip tu pasuje? Jak zagra z kolejnym?”. Chodziło o uzyskanie płynności, która przypomina bardziej pracę nad utworem muzycznym niż tradycyjną narrację filmową. Jak nadać historii odpowiednią dynamikę, by widz chciał wiedzieć, co będzie dalej?
Z czasem zacząłem myśleć o tym filmie nie tyle w kategoriach historii Johna i Yoko, co raczej jako próbie odpowiedzi na pytanie: „Jak doszło do tego koncertu?”. Mam nadzieję, że odkrycie materiału z Willowbrook jest dla widza niespodzianką, momentem, w którym zdaje sobie sprawę, co było prawdziwą motywacją. John i Yoko byli już wtedy rozczarowani polityką, ale zobaczyli te dzieci i zadziałała w nich zwykła ludzka potrzeba pomocy. To stąd wziął się ten koncert.
FW: Tworzyłeś dokumenty o osobach żyjących i zmarłych. Ten film jest wyjątkowy, bo jeden z bohaterów żyje, a drugi nie. Jak udało Ci się zrównoważyć te dwie perspektywy?
Macdonald: W pewnym sensie było to jak praca z dwoma nieżyjącymi artystami, ponieważ Yoko niemal całkowicie wycofała się z działalności biznesowej. To była jedna z pierwszych rzeczy, za które w imieniu rodziny odpowiadał Sean Lennon.
Miałem z nim niewiele do czynienia. Przedstawiłem mu swój szalony pomysł, a on powiedział: „Mojej mamie by się to spodobało. Uwielbia takie niekonwencjonalne podejście”. Potem dodał: „Świetnie, masz tu wszystkie materiały. Działaj”. Na koniec obejrzał film w Londynie i był pełen uznania. Miał kilka konstruktywnych uwag. Ponieważ Sean i jego rodzina sami są artystami, taka artystyczna wizja przemówiła do nich bardziej niż standardowy dokument z „gadającymi głowami”.
FW: „One to One” wchodzi do kin IMAX, co jest coraz częstsze w przypadku dokumentów muzycznych. Co jest wyjątkowego w oglądaniu tego gatunku w takim formacie?
Macdonald: To film, który się przeżywa. Taki, w którym można się zanurzyć, wyłączyć na chwilę analityczne myślenie i pozwolić, by obrazy i dźwięk cię pochłonęły. W odbiorze jest bliższy filmowi koncertowemu niż tradycyjnemu dokumentowi. IMAX potęguje to doświadczenie, ponieważ jest niezwykle immersyjny. To format stworzony do takich przeżyć. Nie idziesz do kina, żeby poznać nowe fakty o Beatlesach. Idziesz, żeby coś poczuć.
Dlatego jestem zachwycony. Żaden mój film nie był wcześniej pokazywany w IMAX. A ten koncert brzmi tak fantastycznie, że usłyszenie go z pełną mocą kinowych głośników będzie czymś niesamowitym.
FW: „One to One” dowodzi, że dokument może być jednocześnie rozrywkowy i skłaniający do myślenia. Dlaczego ta równowaga jest tak ważna w kinie faktu?
Macdonald: Bo jeśli podajesz widzom samo gorzkie lekarstwo, niewielu będzie chciało je przełknąć. W swojej karierze zawsze wierzyłem w siłę rozrywki. Nawet gdy robiłem filmy o tematyce politycznej, starałem się dodać do nich sporo „cukru”. Czasem twórcy zapominają, że kino to także rozrywka. Owszem, jest mała grupa widzów, która szuka czegoś „pożytecznego”, ale zdecydowana większość chce się po prostu dobrze bawić.
Miałem to szczęście, że dysponowałem nagraniami, na których John Lennon bez przerwy rozmawia. Jest tak cholernie zabawny i błyskotliwy, a jego rzucane od niechcenia komentarze są po prostu genialne. To sprawia, że oglądanie filmu jest przyjemnością – nie wspominając już o tym, jak niesamowitym jest wykonawcą.
Kiedy teraz patrzę na ten film, uderza mnie, jak urodzonym i naturalnym artystą scenicznym był John, a przecież po Beatlesach prawie nie występował. Był w tym tak dobry. Czuć tę energię, która od niego bije i scala ten niekoniecznie zawsze świetny zespół, który mu towarzyszył. Charyzma emanująca z niego na scenie jest po prostu zdumiewająca.
Jednocześnie czuć też jego niepokój. Jego zdenerwowanie. Przecież nie grał w ten sposób od sześciu lat. Myślę, że można wyczuć ten strach. I z tego, co czytałem, to właśnie dlatego nie koncertował więcej. Miał ogromną tremę.
Więcej na temat One to One: John and Yoko:
2025-04-07: „Czuję, że nawiązałem z nimi bliższą więź”. Reżyser Kevin Macdonald o kulisach powstania „One to One: John and Yoko” ,
2024-08-22: Dwa fabowe filmy w Wenecji,
2025-04-07: „Czuję, że nawiązałem z nimi bliższą więź”. Reżyser Kevin Macdonald o kulisach powstania „One to One: John and Yoko” ,
2024-08-22: Dwa fabowe filmy w Wenecji,
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
