Kim Bennett - zapomniany bohater w historii The Beatles
2025-08-31, autor: kasia
[...powrót do newsów]
Według powszechnie znanej historii Brian Epstein, lecząc rany po niedawnym odrzuceniu Beatlesów przez Decca Records, udał się do sklepu HMV na Oxford Street w Londynie. Od lat powtarzano opowieść, że gdy taśmy z przesłuchania były przenoszone na płytę, pracownik sklepu odpowiedzialny za jej nacinanie, Jim Foy, dał Brianowi namiar na George'a Martina – producenta z należącej do EMI wytwórni Parlophone. A reszta, jak mówią, jest historią.Problem w tym, że prawda wyglądała inaczej.
Epstein spotkał się z George'em Martinem już tydzień wcześniej, a sam Martin tak skomentował taśmy demo Beatlesów: „To, co usłyszałem, w ogóle nie rzuciło mnie na kolana”. Dla menedżera zespołu był to ślepy zaułek. W rzeczywistości Foy dał Epsteinowi kontakt do kogoś innego – Kima Bennetta, energicznego przedstawiciela muzycznego (znanego wówczas jako „plugger”) z Ardmore and Beechwood, wydawnictwa muzycznego należącego do EMI. Jego biuro mieściło się piętro wyżej, tuż nad sklepem HMV.
To właśnie Bennett (31 l.) wraz ze swoim starszym szefem, Sidem Colemanem (56 l.), zachwycili się dźwiękami, które usłyszeli. Bennett cieszył się zawodową reputacją człowieka, który stawał się prawdziwym „wyznawcą”, gdy tylko pokochał jakąś piosenkę lub artystę. Usłyszawszy potencjalny przebój, poruszał niebo i ziemię, aby uzyskać prawa do jego promowania. Polegało to na „sprzedaniu” utworu producentowi w nadziei, że nagra go któryś z jego artystów. Jeśli piosenka stałaby się hitem, Ardmore & Beechwood zarobiłoby na sprzedaży, a Bennet zebrałby owoce swojej pracy. Zadaniem „pluggera” było również dbanie o popularność utworu – przekonywanie stacji radiowych, właścicieli szaf grających i liderów zespołów, by grali go jak najczęściej.
W rzeczywistości Bennett przesłuchał taśmy z Decca i dostrzegł potencjał w piosence Paula McCartneya „Like Dreamers Do”. Jego entuzjazm wzrósł jeszcze bardziej, gdy Coleman przekazał mu wyzwanie rzucone przez Briana Epsteina: „plugger”, który pomoże Beatlesom zdobyć kontrakt nagraniowy, otrzyma w nagrodę umowę wydawniczą. Słysząc to, Bennett rzucił się do pracy, działając 24 godziny na dobę, aby pomóc zespołowi o dziwacznej nazwie („O rany, co za nazwa!”) w nagraniu ich piosenek.
Kontrakt za karę
Pierwsze kroki Bennett skierował do swojej macierzystej firmy po drugiej stronie Oxford Street – do producentów EMI, w tym George'a Martina. Poniósł jednak całkowitą klęskę. Jak sam wspominał: „Nikt tam nie chciał o tym słyszeć”. Po wyczerpaniu większości kontaktów Bennett zmienił taktykę i w kreatywny sposób rzucił wyzwanie status quo branży wydawniczej.
Jego następnym celem stał się potężny dyrektor zarządzający działem nagrań EMI, Len G. Wood. Bennett błagał go o pozwolenie na wykorzystanie pokaźnych środków z firmowego konta na wydatki (tradycyjnie przeznaczonych na podróże i spotkania z producentami czy DJ-ami), aby sfinansować nagranie przez Beatlesów piosenki „Like Dreamers Do”. Choć Wood docenił kreatywność Bennetta, ostatecznie zasugerował, by ten trzymał się wydawania muzyki, a produkcję płyt zostawił odpowiednim ludziom. Na razie Bennett trafił na mur – ale koła losu toczą się własnymi drogami.
W tym czasie w korytarzach EMI zaczęły krążyć plotki o romansie George'a Martina z jego sekretarką, Judy Lockhart. Mówiono, że spotykali się od dłuższego czasu, tuż pod nosem zarządu. Gdy plotki dotarły do Lena Wooda, człowieka religijnego i nietolerującego u swoich pracowników zachowań sprzecznych z ówczesną moralnością, postanowił on zająć się tą sprawą – na swój sposób.
Wood od kilku tygodni był poirytowany postawą Martina, który domagał się znacznej podwyżki oraz udziału w zyskach ze sprzedaży produkowanych przez siebie nagrań. Była to propozycja niesłychana – w 1962 roku żaden producent w Wielkiej Brytanii nie dostawał procentu od sprzedaży. Wood postawił sprawę na ostrzu noża podczas wiosennego spotkania: przyznał Martinowi „przyzwoitą” podwyżkę (lecz bez udziału w zyskach), ale jednocześnie postanowił odegrać się na pracowniku.
Nie poruszając bezpośrednio tematu romansu, wprawił go w zawodowe zakłopotanie. Pamiętając, że kilka tygodni wcześniej Kim Bennett forsował pomysł nagrania tego zespołu z Liverpoolu, Wood nakazał George'owi Martinowi, wbrew jego własnej ocenie, podpisać kontrakt z Beatlesami. Martin doskonale wiedział, że była to nagana za jego romans. Ron Richards, jego bliski współpracownik, stwierdził: „George był pod presją z powodu afery z Judy”. Krótko mówiąc, kontrakt nagraniowy Beatlesów miał być karą. Ostatecznie Martin nagrał z zespołem „Love Me Do” i wydał go jako ich pierwszy singiel.
Mark Lewisohn: "Wszystko sprowadza się do tego, że gdyby nie romans George'a Martina, nic z tego by się nie wydarzyło. W pewnym sensie wszystko zawdzięczamy miłości. To tak nieprawdopodobne i niedorzeczne, a jednocześnie na swój sposób piękne".
Kłopoty w raju
Brian Epstein wciąż nie zdecydował, kto zostanie wydawcą singla ani innych oryginalnych kompozycji Beatlesów. To jednak nie powstrzymało Kima Bennetta. W pojedynkę walczył o promocję „Love Me Do” w radiu i u DJ-ów, mimo że nie miał jeszcze żadnego finansowego udziału w sukcesie piosenki. Jako pierwszy, który naprawdę uwierzył w duet Lennon-McCartney, spędzał czas nie tylko z ludźmi z branży w Londynie, ale też budował relacje w Kolonii i Luksemburgu, promując „Love Me Do” jak własny utwór. „Cholernie trudno było sprawić, by to grali” – wspominał po latach. – „Nikt nie chciał o tym słyszeć. Ale ja w to wierzyłem! Dla mnie to brzmienie było inne i świat musiał je usłyszeć. Pojechałem do Niemiec, by spotkać się z szefami British Forces Network, bo w Londynie nikt nie chciał mnie słuchać”. Dodał też: „To był jedyny raz w życiu, kiedy naprawdę kogoś błagałem. Nie owijałem w bawełnę... po prostu się płaszczyłem”.
Jego działania przyniosły spektakularny efekt. Dwa tygodnie później, dzięki jego ciężkiej pracy, singiel został zagrany w audycji Two-Way Family Favorite, gromadząc rekordową publiczność ponad 17 milionów słuchaczy. Choć otoczenie Beatlesów obawiało się, że płyta szybko zniknie z list przebojów, dwa tygodnie po niezwykłym wyczynie Bennetta „Love Me Do” wspięło się na 23. miejsce, by ostatecznie dotrzeć do pozycji 17. Wydawałoby się, że człowiek, który załatwił zespołowi kontrakt z EMI, powinien zostać księciem w królestwie Beatlesów. Niestety, nie było mu to pisane.
Dwie rzeczy przeszkodziły Bennettowi w zdobyciu uznania, na które zasłużył.
Po pierwsze, w czerwcu, podczas podpisywania kontraktów, Brian Epstein jasno zaznaczył, że na etykiecie singla jako autorzy „Love Me Do” mają figurować „McCartney-Lennon”, ponieważ Paul był głównym twórcą. Jednak gdy w październiku ukazało się pierwsze 250 egzemplarzy płyty, autorstwo przypisano duetowi „Lennon-McArtney” (tak, z błędem w nazwisku). Gdy zaczęto szukać winnego, większość oskarżeń spadła na energicznego Kima Bennetta.
Drugi cios nadszedł w listopadzie i był związany z jego staraniami o emisję „Love Me Do” w audycji BBC Saturday Club. Był to program idealnie trafiający w gusta młodej publiczności Beatlesów, z ponad 10 milionami słuchaczy. Bennet wszystko przygotował, ale BBC w ostatniej chwili wycofało piosenkę. Dlaczego?
W tamtym okresie brytyjscy menedżerowie stali się wyczuleni na wszelkie próby manipulacji ze strony „pluggerów”. Kiedy do redakcji Saturday Club zaczęły napływać z północy (czyli z Liverpoolu) pocztówki z prośbami o zagranie piosenki, podpisane podejrzanie wyglądającymi nazwiskami, stacja wycofała się ze zobowiązania wobec Benneta i zespołu.
Wkrótce potem Brian Epstein zadzwonił do Kima z pretensjami: „Panie Bennett, rozumiem, że przez pana straciliśmy audycję Saturday Club”.
Bennett nie miał nic wspólnego ani z pocztówkami, ani z decyzją BBC. Z czasem okazało się, że kartki wysyłali fani z Liverpoolu, którzy w typowy dla siebie, nieco natarczywy sposób, postanowili zażartować ze „sztywniaków” ze stolicy i wspomóc popularność swoich idoli. Mimo to, w oczach Briana Epsteina, Bennet znów znalazł się na straconej pozycji, bez względu na to, jak wiele zrobił dla kariery zespołu.
Zapomniany bohater
Firma Ardmore and Beechwood nigdy nie zdobyła praw wydawniczych do, być może, najwspanialszego katalogu piosenek drugiej połowy XX wieku. George Martin, domyślając się powiązań Bennetta i Colemana ze swoim szefem, Lenem Woodem, odradził Brianowi Epsteinowi współpracę z wydawnictwem należącym do EMI. Zamiast tego skierował go do Dicka Jamesa, który specjalnie dla Lennona i McCartneya założył firmę Northern Songs. Kim Bennet nie zobaczył ani grosza za swoje wysiłki i nie zarobił milionów, które przyniosła nadchodząca fala sukcesu Beatlesów. Odsunięty na boczny tor, wrócił do promowania innych nagrań.
Kim Bennett nigdy nie dorobił się na Beatlesach fortuny. O swojej kluczowej roli w sukcesie zespołu opowiedział do śmierci zaledwie garstce osób (na szczęście jedną z nich był wybitny historyk Beatlesów, Mark Lewisohn).
Mark Lewisohn wyjaśnił w wywiadzie dla Goldmine dlaczego historia Colmana i Bennetta była dotąd nieznana.
„Bo zostali zepchnięci na margines. Nigdy nie dano im szansy, by opowiedzieli swoją wersję wydarzeń. Sid Colman zmarł w 1965 roku. Kim Bennett próbował dotrzeć ze swoją historią do mediów, ale nikt nie chciał go słuchać. Aż do mnie. Był zachwycony, że się z nim skontaktowałem. Byłem pierwszą osobą, która nie tylko go wysłuchała, ale też potraktowała jego słowa poważnie. Nie zamierzałem przyjmować niczego na wiarę. Weryfikowałem każdy szczegół tak dociekliwie, że momentami tracił do mnie cierpliwość. Ale musiałem mieć absolutną pewność, że to, co mi mówi, jest prawdą”.
Zdjęcie przedstawiające Kima Bennetta pochodzi z książki Marka Lewisohna "The Beatles: All These Years – Volume 1 Tune In – Extended Special Edition".
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
