The Rest Is History: Kompletna historia The Beatles z Conanem O’Brienem (Część II)
2025-12-04, autor: kasia
[...powrót do newsów]
Lato Miłości i Sierżant PieprzTom Holland: Rok 1967 przeszedł do historii jako „Lato Miłości”, a Beatlesi – w pewnym sensie – dostarczyli mu ścieżkę dźwiękową pod postacią dwóch gigantycznych muzycznych pomników. Mowa o ich pierwszym singlu z dwiema stronami A: „Strawberry Fields Forever” i „Penny Lane”.
Conan O’Brien: Warto pamiętać, że w 1966 roku byliśmy zaledwie dwa lata przed wyborem Nixona na prezydenta. Kampania Nixona obnażyła fakt, że ogromna część Ameryki wcale nie „nadawała na tych samych falach” co ówczesna młodzież. Wręcz przeciwnie – nie chcieli mieć z tym nic wspólnego. Przez Beatlesów zaczęliśmy dostrzegać to pęknięcie, które dwa lata później stało się aż nadto widoczne.
To był też jeden z powodów, dla których przestali koncertować. Technologia nagłośnieniowa przy ich skali popularności była tragiczna. Wciąż używali tych stosunkowo małych wzmacniaczy Vox, a kiedy grali na gigantycznych stadionach, dźwięk puszczano przez systemy nagłośnieniowe używane do ogłoszeń publicznych. Sami siebie nie słyszeli, ludzie ich nie słyszeli... John zawsze powtarzał, że byli świetnym zespołem koncertowym i czerpali z tego energię, ale przy takiej skali komunikacja z tłumem przestała istnieć. Nie było już wymiany energii, więc musieli ruszyć dalej. Po zaprzestaniu koncertowania zrobili sobie przerwę: John pojechał kręcić film Jak wygrałem wojnę – to wtedy zaczął nosić te swoje okrągłe okulary, które były chyba modelem przydzielanym przez wojsko – a Paul pisał muzykę do filmu The Family Way. Wszyscy złapali oddech.
A potem znów się spotkali. Paul miał pewien pomysł i tak zaczęli pracę nad albumem Sgt. Pepper. Wspomniałeś o tym niesamowitym singlu, „Strawberry Fields Forever” i „Penny Lane” – oba te utwory miały pierwotnie trafić na nową płytę. Jednak ze względu na rynkowe zapotrzebowanie, by co chwilę wydawać nowe single, dwa z najwybitniejszych dzieł w ich karierze trafiły na osobny krążek i nie mogły znaleźć się na albumie. Dzisiaj ludzie powiedzieliby: „To głupie, wrzućcie je też na płytę!”, ale wtedy trzymano się sztywnych zasad.
Tom Holland:Muszę tu na chwilę „użyć głosu” Dominica [Sandbrooka], którego ulubionym argumentem jest to, że w 1967 roku Sgt. Pepper wcale nie był najlepiej sprzedającym się albumem – pobiły go Dźwięki muzyki. Z kolei „Penny Lane” i „Strawberry Fields”, uznawane przez wielu krytyków za kulturalny szczyt powojennej Brytanii i bez wątpienia najwybitniejszy singiel Beatlesów, po raz pierwszy od eonów nie dotarł do pierwszego miejsca listy przebojów – zablokował go Engelbert Humperdinck.
No tak, nie zawsze wszystko szło po ich myśli, ale to i tak było osiągnięcie wykraczające poza schematy. Te piosenki zabrały ich z powrotem do Liverpoolu – oba tytuły to realne miejsca w tym mieście.
Conan O’Brien:Myślę, że „Strawberry Fields Forever” to może być moja ulubiona piosenka Beatlesów.
Tom Holland: Dla mnie „Penny Lane” z tą trąbką też jest niesamowite.
Conan O’Brien: Oba utwory pokazują dwie strony tego genialnego duetu kompozytorskiego. To po prostu perfekcja.
„A Day in the Life” i edwardiańska psychodelia
Conan O’Brien: Beatlesi stali się tak dobrzy, że wzięli te dwa utwory i... po prostu nie umieścili ich na swoim przełomowym albumie. Wydali je jako singiel. Dzisiaj to byłoby nie do pomyślenia.
Tom Holland: Moim zdaniem jedynym utworem, który to przebija, jest „A Day in the Life” – finał Sgt. Peppera, który idealnie fuzuje to, co najlepsze w Johnie i Paulu. Zaprojektowano go jako przytłaczające, symfoniczne doświadczenie. Zaprosili tutaj, do Abbey Road, całą orkiestrę, kazali im grać te szalone pasaże, które kończą się potężnym uderzeniem, po którym zostaje ta niesamowita cisza…
Przy Sgt. Pepperze ma się wrażenie, że Beatlesi zaczęli – jak to ujęła Królowa – „robić się nieco dziwni”. To nie tylko kwestia bardziej radykalnej, poszukującej muzyki, ale też wyglądu – pojawił się zarost, włosy stały się jeszcze dłuższe.
Conan O’Brien: Wiem, że Ty i Dominic macie obsesję na punkcie bród i wąsów – i to właśnie wtedy one się pojawiają. Czy to faktycznie był album koncepcyjny? Właściwie nie. Paul miał pomysł, żeby cały album nagrał fikcyjny zespół „Sierżanta Pieprza”, ale trzymali się tego może przez dwie pierwsze piosenki, a potem odpuścili. To nie miało jednak znaczenia, bo ta okładka była genialna. (John Lennon: Nazywa się to pierwszym albumem koncepcyjnym, ale ten „koncept” nigdzie dalej nie prowadzi. Taki „Mr. Kite” czy inne moje ulubione fragmenty nie mają z tym pomysłem nic wspólnego.) Ale to zadziałało, bo my uznaliśmy, że tak jest. Oni zaczęli traktować swoją pracę jak prawdziwą sztukę. Posiadanie tego albumu było jak posiadanie fragmentu dzieła sztuki.
Tom Holland: Stało się to symbolem „Lata Miłości” i tych radykalnych zmian, które działy się w San Francisco, zwłaszcza w Haight-Ashbury, czy na londyńskiej Carnaby Street. Na płycie jest utwór „Lucy in the Sky with Diamonds” – ludzie szybko zauważyli, że inicjały układają się w LSD. To był czas, kiedy Beatlesi – nawet Paul, który wcześniej bardzo się opierał – zaczęli brać kwas.
Conan O’Brien: Chodziło o narkotyki jako sposób na otwarcie umysłu, na odkrycie czegoś nowego o sobie. To było częścią tej ekscytacji, którą czuli słuchacze Sgt. Peppera. Nowe możliwości, idea, że narkotyki mogą dawać pozytywne korzyści... To było na kilka lat przed tym, zanim narkotyki zaczęły zbierać śmiertelne żniwo.
John miał tendencję do przesadzania. Szedł na całość. Brał LSD do tego stopnia, że bywał od niego dosłownie zielony. Paul wziął LSD, bo John był już całkowicie „wystrzelony”, a Paul chciał mu towarzyszyć w tych doświadczeniach. Uważam, że to bardzo poruszający dowód ich więzi – czuł potrzebę zrobienia tego samego, żeby wiedzieć to, co on. Ale nigdy nie posunął się tak daleko jak John.
To otworzyło wiele drzwi w ich muzyce, choć John i tak był już wcześniej pod silnym wpływem estetyki Alicji w Krainie Czarów.
Tom Holland: To ciekawe: z jednej strony przesuwali granice w stylu Timothy’ego Leary’ego, a z drugiej wciąż czerpali z tradycji dzieciństwa. Alicja, edwardiańskie mundury na okładce, jarmarczne dźwięki w „Mr. Kite”... tam jest ten edwardiański sznyt, nawet gdy wokół gęstnieje tłum hipisów.
Conan O’Brien: Mam teorię, że wielu artystów zagubiło się w latach 60., bo zaczęli myśleć: „Jeśli to wymyśliłem i to zrobiłem, to musi być dobre”. Powstało wtedy mnóstwo koszmarnych piosenek i filmów. Beatlesi przetrwali to obronną ręką, bo byli zakorzenieni w dyscyplinie music-hallu, strukturze muzycznej i świetnej produkcji. Mieli ten „balast”, który dawał im równowagę – etos pracy i poczucie, że to musi być po prostu dobre.
George w Haight-Ashbury i podróż do Bangor
Tom Holland: Myślę, że mieli też zdrowe poczucie absurdu. Potrafili rozpoznać, kiedy ktoś robi z siebie idiotę. To interesujące, że George pojechał do San Francisco, do Haight-Ashbury, bo chciał zobaczyć tę „rewolucję kwiatów” na własne oczy... i stwierdził, że widzi tam głównie ofiary narkotyków. Uznał, że to nie dla niego. Uznał, że to „Lato Miłości” to w dużej mierze bzdury wykreowane przez prasę. Zaczął szukać alternatywnych dróg do oświecenia i – szczęśliwym zbiegiem okoliczności – skontaktowano go z niejakim Maharishim Maheshem Yogim, który właśnie pojawił się w Londynie. George namówił pozostałych Beatlesów, Micka Jaggera i Marianne Faithfull, żeby wsiedli do pociągu z Maharishim i pojechali do Bangor w Walii. Co sądzisz o Maharishim?
Conan O’Brien: Beatlesi byli niesamowicie ciekawskimi ludźmi, zawsze chcieli wejść na wyższy poziom wtajemniczenia. Kiedy usłyszeli o Maharishim, pomyśleli: „Dobra, dajmy mu szansę, posłuchajmy co ma do powiedzenia”. Ta wyprawa do Bangor to była ucieczka, pewnego rodzaju „happening”. Pojechali tam wszyscy razem. Oczywiście Cynthia Lennon spóźnia się na pociąg do Bangor, co jest bardzo symboliczne
Śmierć Briana Epsteina: Koniec pewnej ery
Tom Holland: Równie symboliczny jest fakt, że kiedy już są na miejscu w Walii, docierają do nich straszne wieści: Brian Epstein, ich menedżer – człowiek, który ukształtował ich karierę i pilnował, by nie wypadli z torów – zmarł w Londynie z powodu przedawkowania.
Conan O’Brien:Istnieją nagrania z chwili, gdy się o tym dowiadują i wychodzą do dziennikarzy. Są w Walii, dopiero co słuchali nauk Maharishiego, a tu nagle oślepiające światła jupiterów i kamery. Na tych filmach widać, że są kompletnie zszokowani, wręcz straumatyzowani. To był oszałamiający cios – pojechali tam szukać sensu życia, a w tym samym czasie zmarł ich najbliższy opiekun. Dużo później John powiedział: „Już wtedy wiedziałem, że mamy przerąbane”. Zrozumiał, że odszedł człowiek, który trzymał to wszystko w całości.
To było szczególnie traumatyczne dla Johna i pewnie też dla Paula, ponieważ obaj stracili matki, będąc jeszcze dziećmi. Na tych nagraniach widać, że po prostu ich zatkało.
Tom Holland: Dziennikarz pyta: „Co powiedział wam Maharishi?”, a John odpowiada w swój specyficzny sposób... Właściwie Maharishi zaserwował im same frazesy, choć John w tamtej chwili nie mówi tego wprost.Ale już wtedy czuć, że John nie jest osobą, która uzna Maharishiego za kogoś, kto mógłby zastąpić Briana w jego życiu. Powiedziałeś, że John uznał to za ostateczny koniec. Przyjrzyjmy się temu bliżej.
Magical Mystery Tour
Conan O’Brien Znaleźli się na rozdrożu. To zabawne, bo choć wcześniej bywało, że buntowali się przeciwko Brianowi i jego garniturom, to kiedy go zabrakło, dotarło do nich, jak bardzo spajał ich jako grupę.
Tom Holland: Wspomniałeś w pierwszej części, Conanie, że Beatlesi świetnie potrafili unikać pakowania się w szalone, skazane na porażkę projekty... ale dokładnie to zrobili zaraz po śmierci Briana. Paul, który właściwie z urzędu przejął rolę lidera i menedżera, zaproponował: „A może byśmy tak ruszyli w odjechaną podróż po Brytanii? To mogłaby być Magiczna Tajemnicza Podróż (Magical Mystery Tour)”.
Znowu mamy tu połączenie tradycyjnej brytyjskiej kultury – wsiadasz do autobusu i jedziesz na wycieczkę do Blackpool – z ludźmi udającymi morsy i tym podobnymi dziwactwami. Fuzja psychodelii z klimatem nadmorskiego kurortu. Tyle że to okazało się absolutną katastrofą.
Conan O’Brien:Problem polegał na tym, że Beatlesi byli bardzo pewni siebie – we wszystkim, czego próbowali do tej pory, okazywali się niesamowicie kompetentni. Nigdy nie zaliczyli porażki. Uznali więc: „Jak trudne może być wyreżyserowanie i zmontowanie spójnego filmu?”.
Podobno Paul usiadł na podłodze z wielkim arkuszem papieru, narysował na nim koło i to był jego sposób na scenariusz – podzielił to koło na sekcje z jakimiś strzałkami. Wiesz, ja to nawet lubię! Paul do dziś broni tego projektu. Mówi: „Słuchajcie, to ma świetne momenty! Problem w tym, że film był nakręcony w kolorze, a BBC wyemitowało go w drugi dzień świąt w wersji czarno-białej na małych odbiornikach”. To nie tak miało być oglądane. I faktycznie, jeśli się temu przyjrzeć, jest tam sporo dobrych rzeczy, ale w tamtym czasie uznano to za klęskę. Krytycy zmiażdżyli film, a ludzie zaczęli myśleć, że Beatlesi postradali zmysły.
Tom Holland: To był dla nich spory wybój na drodze, choć nie powiedziałbym, że śmiertelny. Sekwencja do „I Am the Walrus” – jednej z genialnych piosenek Johna – z tymi wszystkimi mruknięciami w tle, jest jednym z ich najlepszych momentów.
Conan O’Brien: Uwielbiam teledysk do „I Am the Walrus”. Wygląda, jakby kręcili to w jakimś kompleksie wojskowym i poświęcili całe siedem minut na przygotowanie planu: postawili pianino, założyli jakieś głupkowate maski i peruki z łysinami, przyklejone byle jak, bez kleju. Ale to jest świetne! Widać, że dobrze się bawią, a to ich wygłupianie się zawsze było zaraźliwe. To poczucie humoru było fundamentem Beatlesów od samego początku, od czasów The Quarrymen.
Indie,Maharishi i Biały Album
Tom Holland:Nieco nowsze było natomiast to bardzo żarliwe dążenie do osiągnięcia oświecenia w Himalajach, co wydarzyło się na początku 1968 roku. Maharishi znów się pojawia – ma ten swój wielki ośrodek w Rishikesh i mówi: „No dalej, przyjedźcie do mnie, usiądźcie u moich stóp i uczcie się mądrości”.
Conan O’Brien: Kiedy Maharishi zmarł kilka lat temu, ktoś napisał bardzo mądry tekst o tym, że był on niezwykle ważną postacią w historii Beatlesów. Po śmierci Briana oni wszyscy mieli już dosyć, ich życie było chaotyczne, wszystko się pruło. I wtedy zrobili rzecz niezwykłą jak na największe gwiazdy na ziemi: pojechali na odosobnienie. Nie zabrali gitar elektrycznych, tylko akustyczne – zdaje się, że były to modele Martina. Siedzieli w ciszy, spokoju i nie robili nic poza medytacją i śpiewami. I tam zaczęli pisać. Właściwie większość utworów na Biały Album powstała właśnie w tamtym okresie. Jak zwykle potrafili wykorzystać sytuację na swoją korzyść. Nawet jeśli nie odnaleźli tam ostatecznego oświecenia ani duchowości, napisali mnóstwo piosenek, które pewnie inaczej by nie powstały.
Tom Holland:Każdy z nich zareagował na to miejsce inaczej, prawda? Ringo zabrał ze sobą walizkę pełną pieczonej fasoli Heinz, bo bał się o swój żołądek. Paul niby był w to zaangażowany, ale tak naprawdę nie do końca. John natomiast zaliczył potężną kłótnię z Maharishim i napisał na niego paszkwil, który zatytułował „Sexy Sadie” – pierwotnie piosenka nazywała się „Maharishi”, ale John bał się, że guru może być zbyt wściekły. Dla George’a z kolei indyjska duchowość otworzyła całe portale, przez które przeszedł i z których już nigdy nie wrócił. To było dla niego potężne, zmieniające życie doświadczenie.
Conan O’Brien: Niewiele osób wie, że „Sexy Sadie” oryginalnie miała tytuł „Maharishi”. Zmienili to niemal w ostatniej chwili, jakby przyszedł prawnik i powiedział: „Musicie to zmienić, bo inaczej was dojedzie”. Pierwotnie tekst brzmiał: „Maharishi, dostaniesz za swoje”. Pozostali Beatlesi przekonali Johna: „Daj spokój, zmieńmy tytuł”. John po prostu nie chciał wyjść na kogoś, z kogo zrobiono głupca, więc wpadł w furię i całkowicie odrzucił Maharishiego. Tak czy inaczej, to kolejna z wielu piosenek, które wykluły się w tamtym czasie i trafiły na Biały Album. O samym Białym Albumie można powiedzieć dwie rzeczy: po pierwsze, że jest biały…
Tom Holland:Porozmawiajmy o „Białym Albumie”. On właściwie nie nazywa się Biały Album, tylko po prostu The Beatles, ale stanowi tak celowy kontrast dla feerii barw Sierżanta Pieprza. Po prostu biała plama. Druga sprawa to fakt, że to album dwupłytowy – czuli, że mają tyle piosenek, że muszą wydać je wszystkie. George Martin później tego żałował. Jakie jest Twoje zdanie? Powinien być to jeden genialny, skondensowany album, czy jest w Twoim sercu miejsce na takie eksperymenty jak „Revolution 9”?
Conan O’Brien:Ja mówię: pozwólmy Beatlesom być Beatlesami. Wiem, że George Martin chciał jednej, perfekcyjnie wyprodukowanej płyty, ale ja trzymam stronę Paula. Paul mówi o tym w Antologii: „Ludzie gadają, że mogło być tak czy siak, że piosenek jest za dużo... Dajcie spokój, to są Beatlesi! To jest Biały Album!”. Nie kupuję tego narzekania. To była świetna płyta, sprzedała się genialnie. (Paul McCartney: To jest „cholerny Biały Album Beatlesów”, więc zamknijcie się i słuchajcie).
Yoko Ono
Tom Holland: Mimo to w zespole było coraz więcej pęknięć. John zaczął być coraz bardziej rozczarowany swoją tożsamością jako „Beatlesa”. Napędzało to kilka rzeczy. Po pierwsze – zaczął poważnie brać heroinę, co oczywiście fatalnie wpływa na kreatywność. Po drugie – w jego życiu pojawiła się nowa kobieta. W 1968 roku nie był już z Cynthią.
Conan O’Brien: Tak, John poznał Yoko Ono i całkowicie stracił dla niej głowę. Wielu ludzi mówi: „To ona rozbiła Beatlesów”, ale to nieprawda. Ludzie zawsze chcą kogoś obwinić za coś, co i tak by się wydarzyło. Yoko nie rozbiła zespołu, choć jej obecność w studio generowała spore napięcia.
Tom Holland:Skoro mowa o Yoko – miałem okazję uczestniczyć w „happeningu” w Tate Modern parę lat temu, gdzie można było wejść do worka, co było częścią jej sztuki.
Conan O’Brien:(śmiech) Muszę Cię przebić – ja byłem w worku z samą Yoko Ono! Przyszła do mojego programu i zaskoczyła mnie tym pomysłem. Myślała, że będę zbyt spięty, ale ja, jako rasowy komediant, od razu wszedłem w to. Oboje weszliśmy do środka. A jestem dość wysoki, więc potrzebowaliśmy worka w rozmiarze XXL. Kiedy byliśmy w środku, przed publicznością w studio, Yoko zapytała: „I co teraz?”, a potem dodała: „To wszystko, teraz po prostu wychodzimy i idziemy na przerwę reklamową”. Powiedziałem: „Nie, Yoko, musimy coś zrobić, takie są zasady komedii!”. Zacząłem więc wyrzucać swoje ubrania z worka, a potem wyszliśmy na zewnątrz. Nie rozebrałem się do rosołu, ale założyłem na siebie chyba jakiś element jej garderoby. Wyglądało to absurdalnie. To była najważniejsza chwila w moim życiu, a dodam, że byłem przy narodzinach obojga moich dzieci... więc najwyraźniej jestem socjopatą.
Pierwsze pęknięcia w zespole
Wracając do faktów – najsmutniejsze w tamtym okresie są nagrania, na których widać, że John jest w złej formie, na głodzie albo próbuje z tego wyjść.
Tom Holland: Wcześniej istniało coś w rodzaju „dżentelmeńskiej umowy” z policją: można aresztować Stonesów za narkotyki, ale Beatlesów się nie rusza. To poczucie nietykalności zaczęło pryskać. Aresztowano Johna i Yoko, potem George’a. Beatlesi przestali być świętymi krowami.
Conan O’Brien: Wcześniej w świecie popu była ścisła hierarchia: Beatlesi na szczycie, potem Stonesi, potem The Who, Kinks, a na samym dole Herman’s Hermits. Teraz wszystko się zmieniło. Można było aresztować Beatlesa i postawić mu zarzuty.
Tom Holland: Paul w tym czasie wciąż desperacko starał się utrzymać zespół na torach. Jego reakcją na rozstanie Johna z Cynthią było napisanie „Hey Jude” dla syna Johna, Juliana. Wykonali to na żywo w programie Davida Frosta – to był ich pierwszy występ przed publicznością od bardzo dawna. Ta piosenka była nieprzyzwoicie długa, łamała wszystkie radiowe zasady. Ludzie myśleli, że Beatlesi już się skończyli, a „Hey Jude” stało się gigantycznym hitem.
Istnieje niesamowita opowieść o tym, jak Paul jechał przez angielską wieś z taśmami z nagraniem. Zatrzymał się w jakiejś idealnej, pocztówkowej wiosce, wszedł do pubu i po prostu zagrał „Hey Jude” na pianinie dla obecnych tam ludzi. To jest właśnie ta „magia Beatlesów” – siedzisz w pubie nad piwem i nagle wchodzi Paul McCartney, żeby zagrać Ci swoją nową piosenkę. Ta magia wciąż w nich była i to ona sprawiła, że pozostali zgodzili się na propozycję Paula, by spróbować znów grać na żywo.
Koncert na dachu
Tom Holland: Sesje, które znamy z dokumentu Petera Jacksona Get Back, często przedstawiano jako mroczne i trudne, ale ten film pokazał je w innym świetle.
Conan O’Brien:Jako beatlesowski geek uwielbiam w tym filmie wszystko – nawet podglądanie sprzętu, na którym grali. Ale najpiękniejsze jest to, że oni wciąż potrafili się nawzajem rozśmieszać. Jest tam ta genialna scena: Paul komponuje „Get Back”, a w tle Linda i Yoko po prostu rozmawiają o swoich sprawach. To jakby patrzeć na Michała Anioła malującego Kaplicę Sykstyńską, który zastanawia się: „Gdzie tu dać palec Boga?”, a obok ktoś plotkuje o zakupach.
Wszystko w tym filmie jest takie brytyjskie. Mal (asystent) pyta: „Chcecie coś?”, a oni proszą o wino, piwo i... herbatę z tostami. Największy zespół świata zajada się tostami!
Tom Holland:Ale widać też, że John gaśnie. Z tej czwórki jest najbardziej nieobecny. Mimo to Paul parł do spektakularnego finału. Chcieli grać na statku wycieczkowym albo w rzymskim amfiteatrze w Afryce, ale ostatecznie nie mieli na to siły. Wybrali dach własnego budynku Apple na Savile Row.
Conan O’Brien: Do ostatniej chwili się wahali. Dokument Jacksona świetnie pokazuje, że siedzieli w tylnym pokoju, gdy sprzęt na dachu był już gotowy, i wciąż nie wiedzieli, czy wyjdą. Mieli w sobie tyle ran po latach bycia na świeczniku, że woleli siedzieć w swojej „hobbiciej norze” i tworzyć dźwięki. Ale wyszli. I to było niesamowite.
Tom Holland: Cały Londyn zebrał się na dole, aż w końcu policja przerwała zabawę. To było idealne zakończenie filmu.
Conan O’Brien: Paul chyba nawet chciał, żeby policja ich zgarnęła siłą, bo to byłby jeszcze lepszy finał. Bardzo smutny jest dla mnie moment, gdy do studia przychodzi Peter Sellers. Kilka lat wcześniej spotkanie z nim było dla nich największym zaszczytem, byli młodzi i podekscytowani. Teraz siedzą na krzesłach jak manekiny. John jest na heroinie, są zmęczeni. John rzuca nawet żart do Sellersa: „Uważaj na igły na podłodze”. Mleko zaczęło kwaśnieć.
Apple Corps i Allen Klein
Tom Holland: Do tego doszły problemy biznesowe. Apple miało być „fajną firmą”, ucieczką przed podatkami i kapitalizmem. Zatrudniali ludzi pokroju „Magic Alexa” – greckiego inżyniera, który obiecywał im lewitujące studia nagraniowe. Wszyscy ich okradali. Do tego doszły kłótnie o pieniądze. Paul chciał, żeby ich finansami zajął się jego teść, Lee Eastman. Pozostali trzej wybrali Allena Kleina – faceta z Nowego Jorku, który miał opinię bandyty.
Conan O’Brien: John zachwycił się Kleinem, bo obiecał mu lepsze tantiemy. W Get Back widać tę scenę, gdy John mówi do George’a: „Klein zna mnie lepiej niż Ty”. Wyobraź sobie, co czuł George! Był z Johnem od 1957 roku, a John mówi mu coś takiego po jednym spotkaniu z Kleinem. George w końcu wyszedł ze studia: „Widzimy się w klubach”, i po prostu poszedł. Wrócili do siebie, ale zła krew pozostała.
Tom Holland: W tym całym chaosie John rusza w swoją stronę – bierze ślub z Yoko na Gibraltarze. Jak sam śpiewał w „The Ballad of John and Yoko”: „W Hiszpanii można wziąć ślub” i dalej: „Chryste, wiesz, że nie jest łatwo, wiesz, jaka to droga, przy takim tempie jeszcze mnie ukrzyżują”. To był jasny sygnał jego frustracji. W tym samym czasie nagrywa „Give Peace a Chance” z Plastic Ono Band. Czuć w tym już wyraźnie, że John zaczyna planować swoją muzyczną przyszłość bez Beatlesów.
U boku Yoko zaczyna też zajmować bardzo radykalne stanowiska w kwestii wojny w Wietnamie. To ciekawe, bo wcześniej, przy utworze „Revolution”, nagrał dwie wersje tekstu – w jednej śpiewał „możecie na mnie nie liczyć” (count me out), w drugiej „możecie na mnie liczyć” (count me in). Ostatecznie na singlu zdecydował się na tę pierwszą opcję, czego później zaczął się trochę wstydzić. Aktywizm polityczny stał się więc dla niego sposobem na odkupienie i nowym sensem życia.
U boku Yoko widzimy narodziny zupełnie nowego kierunku jego kariery. A gdy dodasz do tego te wszystkie wspomniane wcześniej kłótnie o pieniądze i Allen Kleina, staje się jasne, że nad zespołem zbierają się czarne chmury. Wyglądało to tak, jakby wszystko było już definitywnie skończone…
Abbey Road
Tom Holland: ...wyglądało na to, że wszystko jest już skończone, ale potem następuje ten ostatni, wspaniały zryw, nieprawdaż? I tak oto siedzimy tutaj, w Abbey Road. Cóż, wprawiłem Cię w zakłopotanie, ale przy okazji ośmieszyłem też samego siebie, namawiając Cię do pozowania na przejściu dla pieszych przed studiem – tym samym, które zdobi okładkę albumu Abbey Road.
Conan O’Brien: Oponowałem tylko dlatego, że byłem prawdopodobnie ostatnią żyjącą osobą na świecie, która jeszcze tego nie zrobiła, a teraz mnie do tego zmusiłeś!
Tom Holland: Bardzo Cię przepraszam, naprawdę mi przykro. Ale wracając do Abbey Road – czy jesteś fanem tej płyty?
Conan O’Brien: Oczywiście. Tak, Abbey Road jest fantastyczne. I powtórzę raz jeszcze: uważam, że Let It Be nie powinno być ostatnim albumem. To strasznie przygnębiająca płyta w porównaniu do... no wiesz. Zresztą na Let It Be są świetne piosenki, a sam album był dowodem na to, że Beatlesi znów byli częścią czegoś, co właśnie działo się w muzyce – mowa o artystach takich jak The Band czy Creedence Clearwater Revival, którzy odzierali brzmienie ze wszystkiego, upraszczali je, szli w drugą stronę. To właśnie wtedy robili Beatlesi – grali bardzo surowo. Chcieli „wrócić do korzeni” (Get Back), prawda? I to jest świetne, ale to nie jest ten heroiczny finał, na jaki zasługiwali.
Tom Holland: To trochę mąci obraz sytuacji, prawda? Bo piosenki na Let It Be (oryginalnie sesje Get Back) zostały nagrane wcześniej, a dopiero potem wydane jako ich ostatni album. Ale w rzeczywistości ostatni raz, kiedy byli razem w studio, tworząc płytę od zera, to był właśnie czas Abbey Road. Myślę, że momentem na tym albumie, który uważam za najbardziej poruszający i... cóż, jest smutny, ale też triumfalnie wzruszający... to „You Never Give Me Your Money”. Słyszymy tam Paula śpiewającego o tym, że „dajesz mi tylko swoje śmieszne papiery”. Czuć w tym to ugrzęźnięcie w papierkowej robocie, kłótniach o finanse i gotówkę. Widzisz w tym cały ten koszmar rozpadu Beatlesów. A potem następuje ten klasyczny moment w stylu Paula, gdzie on nagle stwierdza: „A, pal licho to wszystko, lecimy!”. I muzyka wzlatuje pod niebiosa, ruszają w tę podróż... „Będziesz dźwigać ten ciężar przez długi czas” (You’re gonna carry that weight a long time). To jest zabieg, który Paul stosuje w swoich piosenkach raz za razem: jesteś na dnie, a potem się uwalniasz. Dla mnie to jest ten moment na Abbey Road – albumie, który dostaje skrzydeł dokładnie wtedy, gdy myślałeś, że pióra są już na zawsze połamane.
Conan O’Brien: Miałem szczęście być na widowni podczas 50-lecia Saturday Night Live. Miałem miejsca bardzo z boku, więc przy wszystkich skeczach na żywo widok był całkiem niezły, ale nie najlepszy. I nagle zdałem sobie sprawę: „Chwileczkę, oto Paul McCartney wychodzi zamknąć program ostatnim utworem z Abbey Road”. A ja siedziałem w idealnym miejscu.
Tom Holland: „Her Majesty”?
Conan O’Brien: Nie, nie „Her Majesty”... No wiesz, ten fragment [„The End”], gdzie wymieniają się solówkami gitarowymi. Mogłem patrzeć, jak Paul McCartney to robi. To było doświadczenie pozacielesne – widzieć go przy pracy i jednocześnie mieć świadomość, że oni zakończyli to wszystko w tak idealny sposób. Myślę, że są ludzie, którzy biadolą, że Beatlesi mogli grać dalej w latach 70., ale uważam, że jedną z rzeczy, które czynią ich prawdziwym unikatem w show-biznesie, jest ich bezbłędne wyczucie czasu. Zawsze. Skończyli na tej pięknej nutcie i nigdy nie wrócili. I to jest jeden z powodów, dla których wciąż o nich dzisiaj rozmawiamy. Ja sam zamierzam trzymać się show-biznesu – i robię to już teraz – długo po tym, jak przestałem być komukolwiek potrzebny, do żenującego wręcz stopnia. Oni natomiast wymierzyli to perfekcyjnie.
Tom Holland: Czy sądzisz też, że fakt, iż wiadomość o rozpadzie Beatlesów wyszła w 1970 roku, sprawił, że ich związek z latami 60. został absolutnie zabetonowany? Nie przetrwali do następnej dekady i to stało się kluczowe dla tego, jak ich zapamiętaliśmy – że są tak nierozerwalnie kojarzeni ze wszystkim, co uczyniło lata 60. tak barwnymi i przełomowymi.
Conan O’Brien: Wspomniałem na początku o koncepcji szczęścia. Nic z tego nie było planowane. Pomyśl, jak krótka wydaje nam się dzisiaj dekada. Na tym etapie mojego życia dziesięć lat mija błyskawicznie. Oni w latach 1960–61 dopiero zaczynali, a pod koniec 1969 roku kończyli działalność. To nie było zaplanowane, ale jak tyle innych rzeczy w ich przypadku – po prostu się wydarzyło. I było to idealne.
Tom Holland: Tak. W podręcznikach historii za 500 lat, jeśli w sekcji o latach 60. zostaną tylko trzy fotografie, to jedną z nich bez wątpienia będą Beatlesi. Myślisz, że za 500 lat ludzie wciąż będą ich słuchać?
Conan O’Brien: Tak, myślę, że tak. No wiesz, z zastrzeżeniem, że my wszyscy wciąż tu będziemy za te 500 lat. Nie chcę być pesymistą, ale nigdy nie wiadomo. Jeśli więc nie zostaniemy zgładzeni w holokauście nuklearnym, ludzie prawdopodobnie... choć ja skłaniam się bardziej ku inwazji obcych. O, kosmicie pokochają tę muzykę, ale nas już tu nie będzie. Wywiozą nas do jakiejś kolonii na Ryzak 7.
Tom Holland: Cóż, ten odcinek skręca w kierunku, którego zupełnie nie przewidziałem.
Conan O’Brien: Nie, to moja ulubiona metoda: wziąć coś, co w przeciwieństwie do Beatlesów jest całkiem idealne, a potem to zrujnować moim szalonym bełkotem.
Tom Holland: Zaczyna nam się robić klimat trochę jak w Plastic Ono Band, co samo w sobie też może być dobre. Myślę, że to idealny sposób na zakończenie tego odcinka. Lata 60. dobiegły końca. Świta nowa dekada. Plastic Ono Band czeka. Wings czeka. All Things Must Pass czeka. „Photograph” – wielki hit Ringo – czeka. Więc dla poszczególnych składowych Beatlesów to z pewnością nie koniec, ale Beatlesi jako zespół przestają istnieć. I myślę, że na tej nutcie, Conanie, powinienem Ci bardzo, bardzo podziękować za dołączenie do mnie tutaj, w Abbey Road, by porozmawiać o Beatlesach.
Conan O’Brien: Myślę, że wyraziłem się jasno: The Rest is History to mój ulubiony podcast. Kiedy więc dostałem zaproszenie: „Czy chciałbyś wystąpić w The Rest is History w studiu, w którym Twój ulubiony zespół i Twoja obsesja nagrywali swoje piosenki?” – to była podróż, którą po prostu musiałem odbyć.
Tom Holland: Wspomniałeś też, że bardzo chciałeś wystąpić u nas, ale tylko z jednym z nas, żeby ten drugi był zazdrosny...
Conan O’Brien: Dokładnie! Następnym razem spotkam się tylko z Dominikiem i będziemy rozmawiać o „Brodach w czasach wojny secesyjnej”. A Ty będziesz musiał dusić się z zazdrości w swojej posiadłości, podczas gdy my dwaj będziemy ucinać sobie miłą pogawędkę.
Tom Holland: Dominicowi pozostaje tylko refleksja nad własnymi błędami. Gdyby wykazał choć odrobinę więcej entuzjazmu dla Beatlesów, mógłby tu teraz być. Albo gdyby rozumiał cokolwiek z muzyki...
Conan O’Brien: To prawda.
Tom Holland: I na tym potężnym, uderzającym w Dominica akcencie, dziękuję wszystkim za oglądanie lub słuchanie. Do widzenia.
Conan O’Brien: Do widzenia.
Conan O’Brien gości u Toma Hollanda w podcaście The Rest Is History, by porozmawiać o dziejach zespołu, który zmienił wszystko. Dlaczego spotkali się akurat na kościelnym festynie? Jaki był prawdziwy powód ich rozpadu? W jaki sposób czwórka nastolatków z Liverpoolu stała się najbardziej wpływowym zespołem na ziemi? I co sprawiło, że ich muzyka oraz charyzma okazały się dla całego pokolenia siłą nie do odparcia?
Więcej na temat The Rest Is History:
2025-12-04: The Rest Is History: Kompletna historia The Beatles z Conanem O’Brienem,
2025-12-04: The Rest Is History: Kompletna historia The Beatles z Conanem O’Brienem (Część II),
2025-12-04: The Rest Is History: Kompletna historia The Beatles z Conanem O’Brienem,
2025-12-04: The Rest Is History: Kompletna historia The Beatles z Conanem O’Brienem (Część II),
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania