„Merry Crimble” od The Beatles: Świąteczna podróż śladami ich bożonarodzeniowych singli
2025-12-24, autor: kasia
[...powrót do newsów]
Prezentowany tekst to fascynująca kronika autorstwa Caryn Rose – cenionej dziennikarki muzycznej i pisarki, która postanowiła otworzyć dla nas wyjątkową kapsułę czasu. Rose zabiera nas w podróż przez lata 60., analizując rok po roku bożonarodzeniowe single The Beatles – unikalne, kolekcjonerskie nagrania, które nigdy nie były przeznaczone do ogólnej sprzedaży, lecz trafiały wyłącznie w ręce najwierniejszych członków fanklubu.Autorka z niezwykłą dbałością o szczegóły opisuje ewolucję zespołu: od młodych, radosnych gwiazd rock'n'rolla z 1963 roku, po dojrzałych, a czasem niemal całkowicie odseparowanych od siebie artystów u schyłku dekady. Dzięki jej analizie możemy usłyszeć to, czego nie oddają oficjalne albumy – ich prywatne żarty, improwizacje, a nawet momenty zmęczenia i narastających napięć. To opowieść o tym, jak siedem niewielkich, plastikowych płyt stało się jednym z najbardziej intymnych zapisów w historii muzyki popularnej.
Wydawane co roku w latach 1963–1969, te kolekcjonerskie nagrania są dziś niczym bożonarodzeniowa kapsuła czasu, zaklęta w niewielkim kawałku plastiku.
Wszystko zaczęło się w 1963 roku, kiedy The Beatles nagrali dla swoich fanów krótki świąteczny upominek. Był to ich pierwszy bożonarodzeniowy singiel – 7-calowy „flexi-disc” (elastyczna płyta z tworzywa sztucznego). Zawierał on utwory „Good King Wenceslaus” oraz „Rudolph, the Red-Nosed Ringo” w wersjach, które brzmiały na uroczo niedbałe i – bez dwóch zdań – mocno „zakrapiane”. Obok muzyki na płycie znalazły się życzenia. Choć ich szkielet przygotował specjalista od PR, muzycy doprawili je swoim unikalnym stylem: pełnym ironii humorem, grami słownymi i czystą, radosną błazenadą. Świąteczna tradycja trwała aż do 1969 roku, a z każdym kolejnym wydaniem zespół pozwalał sobie na coraz większy artystyczny „odlot”.
Zanim doczekaliśmy się wielogodzinnych, szczegółowych filmów dokumentalnych o grupie, to właśnie te single dawały fanom rzadką okazję, by podejrzeć prawdziwe oblicze Beatlesów – inne niż to znane z oficjalnych płyt czy kinowych ekranów. Dla osób, które dorastały już po rozpadzie zespołu, nagrania te ożywiały ich wizerunek i karmiły wyobraźnię. Co jednak najważniejsze – pozwalały usłyszeć ich głosy w swobodnej, niemal prywatnej rozmowie.
Dzięki nim fani mogli poczuć dynamikę i specyficzne poczucie humoru łączące członków grupy, które wcześniej dawało o sobie znać tylko w krótkich przebłyskach. Te nagrania to dźwiękowy odpowiednik słynnej sceny z filmu „A Hard Day’s Night”, w której John Lennon przykłada butelkę Coca-Coli do nosa: musisz to zauważyć i zrozumieć kontekst, by wiedzieć, co w tym zabawnego, podczas gdy reszta świata tylko wzrusza ramionami. To hermetyczny żart, w którym – jako słuchacz – po raz pierwszy bierzesz udział jako wtajemniczony.
Poszukiwania „wtajemniczonych” i magia taśm
Dodatkową korzyścią z obsesji na punkcie tych singli był fakt, że ułatwiała ona odnalezienie innych „pozytywnie zakręconych”. Często wpadałam na podobnych mi „wyznawców”, którzy sypali z rękawa kultowymi cytatami, takimi jak: „Are you enjoying the wine?”, „Matches and candles and buns!”, „Hello, Beatle People!” czy „I just haven’t enough pens”. Do dziś mam znajomych, którym co roku składam życzenia słowami „Merry Krimble”. To klasyczny, onomatopeiczny „beatleizm”, wypowiedziany przez Paula i Johna na dwóch pierwszych singlach. Uwielbiałam to określenie – to idealne, świeckie życzenia, które brzmią na tyle blisko „Christmas”, że są powszechnie zrozumiałe, a dla wtajemniczonych stanowią swego rodzaju „Bat-sygnał” fajności (a przynajmniej czegoś bardzo do niej zbliżonego).
Jeśli w momencie rozpadu The Beatles miało się zaledwie pięć lat, jedynym sposobem na usłyszenie tych nagrań było polowanie na nie na rynku kolekcjonerskim (często po zawrotnych cenach), zakup równie drogich, nieoficjalnych składanek typu bootleg lub łut szczęścia, gdy mieszkało się w zasięgu stacji radiowej FM, która puszczała je w święta. Dzięki jednej z czołowych nowojorskich stacji (prawdopodobnie WPIX lub WNEW), jako nastoletnia fanka Beatlesów mogłam je usłyszeć i – co najważniejsze – nagrać na własną kasetę.
Strzegłam tej taśmy jak najwiekszego skarbu, wożąc ją ze sobą przez kontynenty i oceany, dopóki w końcu definitywnie nie wyzionęła ducha. Kiedy moja domowej roboty kaseta się zużyła, nieustannie szukałam godnego następstwa. W końcu z pomocą przyszedł internet. Nagrania okazały się dokładnie tak zabawne, dziwne i fascynujące, jak je zapamiętałam. Wcale się nie zestarzały, nie straciły na znaczeniu i – co najważniejsze – wcale z nich nie wyrosłam. Powrót tych singli do mojego życia sprawił mi ogromną radość. Obserwując kolejne fale popularności zespołu, byłam pewna, że w którymś momencie doczekamy się oficjalnego wydania. Niestety, świąteczne archiwum The Beatles nigdy nie doczekało się szerokiej publikacji, poza limitowaną edycją winylowych singli z 2017 roku, która wyprzedała się w mgnieniu oka.
Na szczęście dzięki Internet Archive – gdzie można odsłuchać lub pobrać popularny bootleg zawierający wszystkie nagrania (wraz z materiałami dodatkowymi) – każdy może dziś na własne uszy przekonać się, jak genialne były to momenty.
Przejdźmy zatem do najciekawszych fragmentów z poszczególnych lat.
1963: Śnieg lśniący, mroźny i... chrupiący
Pierwszy bożonarodzeniowy singiel miał wprawdzie przygotowany scenariusz, ale zostawiał muzykom spore pole do popisu i wspólnych swawoli. Nagranie z 1963 roku jest przepełnione klasycznym urokiem Beatlesów z okresu ich największej popularności. Singiel otwierają energiczne dźwięki dzwonków, po których zespół zaczyna śpiewać kolędę „Good King Wenceslaus”. Dominuje głos Johna, który śpiewa przerysowanym barytonem, wprowadzając własną poprawkę do tekstu: „Gdy śnieg wokół leżał, lśniący, mroźny i... chrupiący” (deep and crisp and crispy).
Gdy kończą śpiewać, zaczynają się przemówienia. „Cześć, mówi John we własnej osobie. Bardzo się cieszymy, że możemy do was mówić w ten sposób, za pośrednictwem tego małego kawałka plastiku”. John krótko podsumowuje rok, wspominając zwłaszcza o zaproszeniu na galę Royal Variety Show – ten słynny wieczór, podczas którego zasugerował, by obecna na widowni królowa i inni członkowie rodziny królewskiej „pobrzękali swoją biżuterią”. Po tych słowach następuje pauza, w trakcie której cała czwórka harmonijnie wygwizduje hymn „God Save the Queen”.
Następnie głos zabiera Paul McCartney. Dziękuje fanom za wszystkie nadesłane prezenty, ale ze szczególnym naciskiem wspomina o pewnej kwestii: „Ktoś nas zapytał, czy wciąż lubimy żelki jelly babies. Cóż, kiedyś je lubiliśmy, a nawet uwielbialiśmy. Powiedzieliśmy o tym w jednej z gazet. Od tamtej pory dostajemy je w pudełkach, paczkach i całych skrzyniach. W każdym razie – mamy już tych żelek serdecznie dosyć”. (Rok później, gdy The Beatles grali w Washington Coliseum, amerykańscy fani obrzucili ich taką ilością drażetek jelly beans – twardej, amerykańskiej wersji żelek, co przy rzucaniu z dystansu robiło bolesną różnicę – że na zdjęciach z tamtej nocy widać scenę niemal całkowicie nimi zasypaną).
Ringo przedstawia się jako „ten nowy” w grupie, ale szybko mu przerywają: „Śpiewaj King Wenceslaus!” – woła ktoś, kto brzmi jak mocno podchmielony Paul McCartney. Następuje krótki wspólny śpiew, który puentuje George Harrison słowami: „Dzięki, Ringo, zadzwonimy do ciebie”.
George’owi przypadło w udziale podziękowanie pracownikom biura fanklubu: „Nie zapominając o Fredzie Kelly z Liverpoolu” – mówi George. „POCZCIWA, STARA FREDA!” – wykrzykują wszyscy chórem. (Jeśli nie widzieliście filmu dokumentalnego o tym samym tytule, zdecydowanie warto go nadrobić). Na koniec, przed pożegnaniem, zespół serwuje jeszcze jedną powtórkę kolędy.
1964: Witajcie Beatlefani, to był pracowity rok
Świąteczny singiel z 1964 roku otwiera odgłos kroków, które gwałtownie przyspieszają – być może ma to przypominać jakiś taniec? Słyszymy mirliton (kazoo), potem jakieś nieokreślone, choć dość melodyjne mruczenie, początek „Jingle Bells”, a w końcu kojący głos (jeszcze nie „Sir”) Paula McCartneya.
„Cześć wszystkim, mówi Paul… Chciałbym wam po prostu podziękować za kupowanie naszych płyt w minionym roku. Wiemy, że je kupowaliście, bo sprzedaż była bardzo dobra! Naprawdę nie wiemy, gdzie byśmy bez was byli –”. John (półgłosem, ledwie słyszalny): „Pewnie w wojsku”.
„Mamy nadzieję, że słuchanie tych płyt sprawiło wam tyle samo frajdy, co nam ich topienie. Nie, nie, to pomyłka! Robienie ich”. Jest oczywiste, że zespół znów ma przed sobą jakieś wydrukowane kwestie, których powinien się trzymać, ale jak widzieliśmy rok wcześniej, nie stanowi to żadnej bariery dla beatlesowskiego poczucia humoru. Następny w kolejce jest John, który po prostu nie potrafi zachować powagi, nawet gdy próbuje: „Dzięki wszystkim, którzy kupili moją książkę… A niedługo wyjdzie kolejna, tak tu przynajmniej napisali”.
John kontynuuje: „Witajcie Beatlefani, to był pracowity rok, tak czy inaczej. Ale był to też – wspaniały rok (wypowiedziane z udawanym, dramatycznym naciskiem). To dzięki wam, fani. Strona druga”. Muzykom udaje się balansować na bardzo cienkiej granicy między szczerymi podziękowaniami a wyśmiewaniem niedorzeczności całej tej sytuacji. Beatlesi brzmią, jakby byli autentycznie wdzięczni, tyle że nie do końca przekonani do formy, w jakiej muszą tę wdzięczność wyrażać. Robią to jednak, wciągając słuchacza w swój żart – „Hej, czytamy ze scenariusza! Ciii, nikomu nie mówcie!” – i to właśnie sprawia, że te nagrania, nawet 60 lat później, wciąż wydają się wyjątkowe.
Kiedy przychodzi kolej na George’a, przypada mu zadanie podziękowania fanom za obejrzenie filmu „A Hard Day’s Night”. Ma też kilka informacji o kolejnej produkcji: „Następny film powinien być zupełnie inny. Zaczynamy zdjęcia w lutym. Tym razem będzie w kolorze”. Tuż przy mikrofonie znów odzywa się Lennon: „W zielonym”.
Ringo dzieli się przemyśleniami na temat lojalności fanów podczas dalekich tras koncertowych zespołu, a potem słyszymy dźwięk czterech par butów biegnących korytarzem: „Wesołych Świąt! Wesołych Świąt!”. Singiel z 1964 roku wciąż był pełen świeżości i zdziwienia światem, ale The Beatles brzmią na nim zdecydowanie pewniej siebie.
1965: Zróbmy płytę na Boże Narodzenie
Singiel z 1965 roku został nagrany, gdy zespół pracował w studiu nad materiałem, który ostatecznie stał się albumem Rubber Soul. Nagranie to wciąż daje nam unikalną okazję, by poczuć się tak, jakbyśmy podsłuchiwali Beatlesów spędzających razem czas, choć straciło ono nieco z tego blasku nowości, który bił z poprzednich lat.
W tym roku w ich rękach nie ma już nadzorowanego przez PR-owców scenariusza (a jeśli jest, to nikt do niego nie zagląda). Nagranie otwiera przerysowana, akustyczna wersja „Yesterday” (wydanego wcześniej jesienią tamtego roku) oraz słowa Ringo: „Nie zapominajcie, że idą święta. O, to mi przypomniało – zróbmy płytę bożonarodzeniową!”.
Pojawiają się te same co zwykle wyrazy wdzięczności za prezenty i kupowanie płyt, a także opisy tras koncertowych i innych aktywności zespołu, ale muzycy brzmią zdecydowanie na zmęczonych i nieco „odklejonych”. W pewnym momencie zbaczają z tematu, naśladując prognozy pogody i dżingle stacji British Forces Broadcasting Service – to tego rodzaju nawiązania, które w czasach przed internetem wymagały wielokrotnego przesłuchiwania nagrania, by w ogóle rozszyfrować, o czym oni właściwie mówią. John Lennon próbuje wystartować z żartobliwymi wykonaniami utworów „Eve of Destruction” Barry’ego McGuire’a oraz „It’s The Same Old Song” grupy The Temptations (oba hity z tego samego roku), ale George i Ringo szybko go przywołują do porządku: „Prawa autorskie, Johnny!”. Singlowi z 1965 roku zdecydowanie brakuje spójności poprzednich wydań, ale pod tym wszystkim wciąż wyraźnie czuć łączącą ich koleżeńską więź.
1966: Pantomima: Wszędzie są święta – „Powiedz mi, czy smakuje ci wino?”
Zwiastując bardziej eksperymentalny kierunek, w którym zmierzał zespół – to świąteczne przesłanie zostało nagrane pomiędzy sesjami studyjnymi do „Strawberry Fields Forever” – w tym roku muzycy wzięli sprawy we własne ręce. Stworzyli swoje własne mini-słuchowisko radiowe, będące zbiorem autorskich piosenek i skeczów komediowych, stąd też tytuł nagrania.
„Pantomima” (Panto) w Wielkiej Brytanii odnosi się do tradycyjnego, rodzinnego widowiska rewiowego, wystawianego zazwyczaj w okolicach Bożego Narodzenia. To jeden z tych specyficznych kodów kulturowych, które amerykańscy fani brytyjskich zespołów często musieli zgłębiać, aby w pełni docenić twórczość swoich idoli. Płyta otwiera się dziarskim, utrzymanym w wodewilowym stylu wykonaniem autorskiej piosenki „Everywhere It’s Christmas”, która informuje słuchacza, że: „Wszędzie są święta / pod koniec każdego roku”. Następnie natychmiast przechodzimy do czegoś, co w założeniu ma brzmieć jak chór dziecięcy. Głos George’a Harrisona potwierdza nasze przypuszczenia: „Nasza historia zaczyna się na Korsyce. Na werandzie siedzi brodaty mężczyzna w okularach, dyrygując małym chórem”. Ringo dopowiada: „Tymczasem wysoko w Alpach Szwajcarskich dwóch starszych Szkotów zajada się rzadkim gatunkiem sera”. Opowieść toczy się dalej i nie ma w sobie ani krzty więcej sensu niż te pierwsze zdania, ale i tak chłoniesz każde słowo, by sprawdzić, dokąd cię to zaprowadzi.
Najjaśniejszym punktem tego nagrania jest prawdopodobnie „Miś Podgy i Jasper” – bajka dla dzieci, w której John (używając chrapliwego głosu) wciela się w Podgy’ego, a Paul (mówiąc piskliwym głosem) gra Jaspera. To historia dwóch przyjaciół, którym skończyły się zapasy i muszą iść do sklepu.
Jasper: „Zrób listę, a potem pójdziemy do sklepu i kupimy zapałki, świece i bułeczki”.
Podgy: „Nie martw się, Jasper. Ty powtarzaj sobie pod nosem: »zapałki«, a ja będę powtarzał: »świece«, aż dojdziemy do sklepu. Wtedy nie będziemy musieli nic zapisywać. Zapamiętamy”.
Jasper: „A kto zapamięta bułeczki, Podgy?”.
Podgy: „Obaj zapamiętamy, Jasper. Zapałki”.
Jasper: „Świece”.
Podgy: „Zapałki”. (Trwa to przez dłuższą chwilę).
Później John i Paul, posługując się demonicznymi akcentami i wykorzystując bogatą gamę efektów dźwiękowych, opowiadają historię hrabiego Baldera i posiadłości Felpin Mansions – opowieść o „ekscentrycznym synu barona Landsberga, wynalazcy wezgłowia”. McCartney (pozostając w roli) śpiewa piosenkę o banjo. „One wszystkie są takie melodyjne, prawda?” – pyta Lennona grającego Hrabiego. Ten skecz, jak i ton całej płyty, prawdopodobnie wywodzi się z inspiracji grupą The Bonzo Dog Doo-Dah Band – formacją studentów sztuki, którzy połączyli brytyjski music-hall z surrealizmem i awangardą (Bonzos pojawili się później w filmie „Magical Mystery Tour”). Całość kończy się żywym powtórzeniem utworu „Everywhere It’s Christmas”.
1967: Christmas Time Is Here Again – C-Z-A-S... i po wszystkim
Kontynuując koncepcję wielowątkowej opowieści z poprzedniego roku, singiel z 1967 roku otwiera kolejny bożonarodzeniowy hymn Beatlesów – „Christmas Time is Here Again”. Zaraz po nim „Cudowna Czwórka” serwuje nam serię scenek osadzonych w realiach radia BBC: słuchamy przesłuchań grupy muzycznej, wywiadu na żywo oraz teleturnieju („Właśnie wygrałeś wycieczkę do Denver!” – ogłasza Lennon, wcielający się w postać przymilnego prowadzącego, wręczając nagrodę Harrisonowi, gorliwemu uczestnikowi). Pojawiają się też reklamy produktu o nazwie „Wonderlust”, który można stosować zarówno do spodni, jak i do włosów.
Gdy jeden ze słuchaczy prosi o piosenkę („Plenty of Jam Jars, Baby” – Mnóstwo słoików dżemu, kochanie), zespół intonuje nowy utwór, śpiewając z wielkim zapałem kilka linijek, po czym nagranie nagle milknie. Ringo pełni rolę narratora w tajemniczej „Godzinie Teatru” – widać, że ktoś w studiu dokopał się do biblioteki z mroczną muzyką i postanowił ją wykorzystać. Następnie wraca motyw przewodni, a w tle słychać kogoś, kto ewidentnie nadużywa przycisku efektu echa. Słuchając uważnie, wyłowisz nienaganny, elegancki głos George’a Martina, który stwierdza: „Chcieliby podziękować wam za wspaniały rok”, co cała czwórka powtarza chórem. Na staroświeckich organach wybrzmiewa melodia „Auld Lang Syne”, podczas gdy John, mówiąc ze szkockim akcentem, snuje opowieść o „bestyjkach”, przy akompaniamencie świszczącego w tle wiatru. Jako dzieło grupy, która właśnie rzuciła świat na kolana albumem „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”, to świąteczne pozdrowienie ma w sobie absolutny sens.
(Utwór „Christmas Time Is Here Again” to jedna z zaledwie czterech piosenek przypisanych autorstwu wszystkich czterech Beatlesów. Został on oficjalnie wydany w 1995 roku na stronie B singla „Free As A Bird” – demo Johna Lennona dokończonego przez Paula, Ringo i George’a w ramach prac nad projektem „Anthology”).
1968: Rok 1968 przechodzi w 69
Zamiast podejścia w stylu „zróbmy razem przedstawienie!”, które dominowało przez poprzednie pięć lat, singiel z 1968 roku został poskładany z nagrań, które każdy z Beatlesów zarejestrował na własną rękę. Materiały te przekazano ich przyjacielowi, Kenny’emu Everettowi – didżejowi BBC – który następnie połączył je w tę radosną, choć chaotyczną mieszankę. Podobnie jak w przypadku zeszłorocznego nagrania, można tu wyraźnie odnaleźć echa ówczesnej twórczości zespołu – nie tylko dlatego, że pojawiają się nawiązania do utworów z „Białego Albumu”, ale przede wszystkim ze względu na poszatkowaną strukturę całości.
Ringo otwiera singiel mówionym „cześć”, po czym następuje cięcie i słyszymy Paula śpiewającego kolejną świąteczną nowość – tym razem w stylu „gadającego bluesa” (talking blues): „Wesołych Świąt, Wesołej Wielkanocy, radosnej jesieni i radosnego Dnia Świętego Michała”. Ten singiel zawiera najwięcej fragmentów piosenek Beatlesów, które bez trudu rozpoznacie: „Ob-la-di, Ob-la-da”, „Helter Skelter”, „Birthday” oraz „Yer Blues”.
John Lennon recytuje wiersz przy akompaniamencie fortepianu, na którym gra Yoko Ono: „Dawno, dawno temu żyły sobie dwa balony o imionach Jock i Yono. Kochały się bez pamięci, co po prostu musiało się wydarzyć w ciągu miliona lat”. Tymczasem Ringo – który realizował się wówczas w projektach filmowych poza zespołem – wciela się w obie postacie w (prawdopodobnie na wpół autobiograficznym) skeczu o histerycznej fance nękającej pewną osobę. George Harrison składa mówione życzenia, po czym przedstawia wieloletniego, cierpliwego menedżera trasy, Mala Evansa, który również dorzuca swoje pozdrowienia.
John recytuje kolejny wiersz („Once Upon A Pool Table”), podczas gdy George – którego wiadomość została nagrana w Stanach Zjednoczonych, gdy spędzał czas z Bobem Dylanem i grupą The Band – zapowiada zdumiewającą wersję utworu „Nowhere Man” w wykonaniu Tiny Tima. Efekt końcowy jest bardziej dopracowany technicznie, ale sprawia wrażenie zdystansowanego. To wyraźna zapowiedź tego, co miało nadejść!
1969: „Spokojne, ciche lata siedemdziesiąte – miejmy nadzieję, no wiesz”
Przygotowując swoje ostatnie świąteczne przesłanie, członkowie zespołu po raz kolejny nagrali swoje partie osobno i przesłali je do Kenny’ego Everetta, który złożył je w jedną całość. Paul i George przygotowali krótkie, autorskie piosenki świąteczne, a John i Yoko – nie chcąc pozostać dłużni – zaserwowali własny, sezonowy duet. Ringo ograniczył się do ogólnych życzeń.
W nagraniu znalazła się również obszerna relacja „z terenu” – słyszymy Johna i Yoko spacerujących po ogrodzie, odgłos ich kroków i szelest liści, podczas gdy John dzieli się swoimi przemyśleniami na temat Bożego Narodzenia.
John: „Mieliśmy szalone lata sześćdziesiąte (swinging sixties). Zastanawiałem się, pani Lennon, jak widzi pani swoje miejsce w latach siedemdziesiątych?”. Yoko: „Myślę, że to będą spokojne, ciche lata siedemdziesiąte – miejmy nadzieję, no wiesz”.
Ringo wyśpiewuje „Merry Christmas” na przemian z tytułem „Magic Christian”, po czym słyszymy, jak mówi: „To tylko reklama filmu, Ken. Postaraj się tego nie wycinać”. („The Magic Christian” był filmem, który Ringo nakręcił wcześniej w tamtym roku, grając u boku samego Petera Sellersa). W nagraniu słychać więcej dialogów Johna i Yoko – Lennon wspomina, że chciałby dostać „wielkiego pluszowego misia”, po czym oboje dyskutują o potencjalnych świątecznych prezentach.
Świąteczny singiel z 1969 roku jest rwany i nie tak spójny jak te z poprzednich lat, ale pozostaje fascynującym artefaktem, ponieważ bezbłędnie oddaje stan, w jakim znajdowali się wtedy Beatlesi. Choć oficjalne ogłoszenie o rozpadzie nastąpiło dopiero w kwietniu 1970 roku (kiedy Paul wydał oświadczenie prasowe informujące, że nie współpracuje już z grupą), w momencie rejestrowania materiału na ten singiel The Beatles faktycznie już nie istnieli, a na nagraniu wyraźnie słychać „pękające szwy”. Czy obecność utworu „The End” miała być sugestią? Kto wie.
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
