Świat Johna Lennona, Yoko Ono i The Beatles w Apple Records (1968–1971) oczami Johna Kosha
2025-11-25, autor: kasia
[...powrót do newsów]
W obliczu listopadowych premier nagrań audio z kolekcji Anthology, debiutu serialu dokumentalnego The Beatles Anthology na Disney+ (26 listopada) oraz wznowienia książki pod tym samym tytułem, Harvey Kubernik przeprowadził wywiad z Johnem Koshem. Ten urodzony w Londynie, wielokrotnie nagradzany projektant graficzny, artysta wizualny, a także producent i reżyser filmów dokumentalnych, pełnił funkcję dyrektora kreatywnego w należącej do Beatlesów firmie Apple Corps Ltd. Był również dyrektorem artystycznym i twórcą projektów okładek do albumów Abbey Road oraz Let It Be.W 2009 roku brytyjska poczta Royal Mail wydała serię znaczków okolicznościowych, upamiętniających zespół The Beatles oraz okładki ich płyt długogrających. Dwie z wyróżnionych grafik – Abbey Road i Let It Be – były właśnie dziełem Kosha.
Słuchanie wspomnień Kosha z okresu jego pracy w Apple Records (listopad 1968 – 1971) oraz opowieści o współpracy z Johnem Lennonem, Yoko Ono, Beatlesami i innymi artystami tej wytwórni, jest jak odkrywanie nieznanych dotąd relacji z pierwszej ręki – meldunków prosto z boiska i ławki rezerwowych drużyny Los Angeles Dodgers podczas rozgrywek World Series w 2024 i 2025 roku.
Prace Kosha goszczą w Twojej kolekcji płyt od dziesięcioleci. To on odpowiadał za oprawę graficzną i okładki albumów The Rolling Stones: Get Yer Ya-Ya’s Out! oraz Through the Past, Darkly (Big Hits Vol. 2).
Zaprojektował on także szatę graficzną płyty Who’s Next, albumu Atlantic Crossing Roda Stewarta, słynne logo i okładkę Hotel California grupy Eagles oraz The Vintage Years zespołu The Impressions.
Przez ostatnie pół wieku twórczość Kosha zdobiła okładki i wydawnictwa muzyczne takich artystów jak: Donovan, Carole King, Bob Dylan, The Motels, Aerosmith, The Moody Blues, Humble Pie, Bob Seger, Bonnie Raitt, Marvin Gaye, Electric Light Orchestra, Ike i Tina Turner oraz Marc Bolan i T-Rex.
Kosh był siedmiokrotnie nominowany do nagrody Grammy, zdobywając trzy statuetki za swoją współpracę z Lindą Ronstadt.
Byłeś na wystawie Yoko Ono Cut Piece we wrześniu 1966 roku w Africa Centre w Covent Garden oraz na jej wystawie Unfinished Paintings and Objects w listopadzie tego samego roku. To właśnie tam John Lennon poznał Yoko Ono. Uczestniczyłeś też w wernisażu Johna Lennona You Are Here w lipcu 1968 roku w Robert Fraser Gallery. Zaledwie 1 stycznia 1968 roku ożeniłeś się z Marjory Allen MacGregor. I wtedy otrzymujesz telefon od Johna Lennona. Myślisz, że to żart. On prosi Cię o spotkanie w szpitalu Queen Charlotte’s.
John Kosh: Był listopadowy wieczór 1968 roku. Siedziałem w domu, gdy zadzwonił telefon: „Tu pan Lennon. Czy mogę rozmawiać z panem Koshem?”. Odpowiedziałem: „Tak”. Nie wierzyłem, że to on, ponieważ miałem wówczas do czynienia z wieloma awangardowymi artystami w moim wieku. A to byli szaleni ludzie. Udawane akcenty z Liverpoolu, cały ten cyrk. Wtedy jednak powiedział, że naprawdę musi porozmawiać o pewnym projekcie i zapytał, czy mógłbym go odwiedzić. O Yoko nie było jeszcze ani słowa. Przebywali w szpitalu Queen Charlotte’s w londyńskim Hammersmith [21 listopada 1968]. Pomyślałem sobie: „Dziwna miejscówka”. Nie wiedziałem, że Yoko poroniła. Na zewnątrz lało jak z cebra, a on zapytał, czy mogę przyjechać natychmiast.
Wsiadłem więc do mojej Corvetty i ruszyłem. Dotarłem do szpitala, gdzie poinstruowano mnie, bym pytał o pana Winstona. Kiedy o niego zapytałem, wskazano mi windę. Wcisnąłem przycisk drugiego czy trzeciego piętra, drzwi się otworzyły i, cholera, stał tam John Lennon. Powiedział ze swoim liverpoolskim akcentem: „Wchodź. Napijmy się herbaty”. W łóżku obok Johna leżała Yoko.
Ściągnął mnie tam, bo podobało mu się to, co robiłem dla magazynu Art & Artists. Mój minimalistyczny styl, który miał przekazać świąteczne przesłanie: War is over if you want it (Wojna się skończyła, jeśli tego chcesz). Uznałem, że projekt musi być bardzo surowy. Po zrobieniu researchu znalazłem stary nagłówek z hasłem „Japonia skapitulowała” i zaprezentowałem im ten pomysł. Yoko i ja rozmawialiśmy o sprawach konceptualnych. Ritchie Yorke zasugerował kampanię plakatową i tak to się rozwinęło. Ritchie wiedział, że te plakaty zostaną rozlepione na całym świecie.
Projekt dotyczył płyty typu flexi disc z muzyką awangardową, którą nagrywali w szpitalu. Utwór ten trafił później na album Unfinished Music No. 2: Life With The Lions. Połączył nas minimalizm i szybko złapaliśmy wspólny język. Nie tylko tworzyliśmy sztukę, ale też się z niej nabijaliśmy. To była świetna równowaga. Life With The Lions było kontynuacją albumu Unfinished Music No. 1: Two Virgins.
Moim pierwszym wrażeniem o Johnie było to, że na zdjęciach wydawał się znacznie wyższy. Dopiero dużo później stało się jasne, w jakim kierunku to wszystko ewoluuje. Tak, on właśnie zrzucał z siebie skórę Beatlesa i nie zapominajmy – był na diecie makrobiotycznej, chudy jak szczapa. A Yoko starała się utrzymać ciążę. Więc cała ta scena w szpitalu była naprawdę dziwna i czułem, że muszę jakoś rozładować atmosferę. A John miał świetne poczucie humoru – cięte i zjadliwe. Na koniec usłyszałem: „Idź znajdź sobie jakieś biurko w Apple”. Panowała tam atmosfera radości i ciężkiej pracy.
Znałeś Dereka Taylora z czasów Apple. Poznałem go, gdy pisałem dla „Melody Maker”. W latach siedemdziesiątych, po zakończeniu swojej kadencji w Apple (1968–1970), pracował dla Warner Bros. Records.
John Kosh: Derek Taylor... Cudowny człowiek. Wyjątkowy pisarz. Genialny spec od promocji artystów. Zaczynał w „The Daily Express”. Wyobrażasz sobie, żeby dzisiejsze redakcje akceptowały jego styl pisania?
Nazywał wszystkie wielkie wytwórnie płytowe tamtych czasów, jak EMI czy Decca/London, „zwalistymi konglomeratami”. Teraz myślę: „Tak, miał rację!”. Był czarujący, a do tego nieustępliwy. Roztaczał ten swój urok i po prostu musiałeś się z nim zgodzić: „Tak, masz rację. Zrobimy to”.
W tamtym czasie Peter Brown próbował pełnić rolę menadżera, a Rona Kassa ściągnięto w 1968 roku, by kierował Apple. Ja pracowałem wtedy akurat dla Joan Collins, która była jego żoną. Wszystko się tam ze sobą zazębiało.
Zaczynałem na parterze, w dawnym biurze Kassa, dopóki Lennon nie poprosił mnie o przeniesienie, bo sam chciał zająć to pomieszczenie. Zabawne było to, że kiedy tam wszedłem, spotkałem mojego starego kumpla ze szkoły, Jacka Olivera. W 1967 roku Jack dołączył do Apple, pracował w dziale wydawnictw muzycznych i był menadżerem Mary Hopkin. Był tam też Peter Asher z Jamesem Taylorem. Kręcili się inżynierowie dźwięku, tacy jak Ken Scott czy Geoff Emerick.
Tony Bramwell był w Apple od zawsze. Działał trochę jak współszef firmy. Bywalec salonów, blisko związany z Jackiem Oliverem. Był też Mal Evans. Sprawiał wrażenie łagodnego olbrzyma snującego się po korytarzach. Pomagał mi w sprawach menadżerskich przy zespole Badfinger. Zawsze był sympatyczny. Do tego Richard DiLello, który napisał książkę The Longest Cocktail Party.
Nie było tam studia graficznego. Wiele projektów robiłem w nocy. Derek bardzo mi pomagał, torując mi drogę. I nigdy nie robił tego w protekcjonalny sposób.
Album Abbey Road został ukończony 20 sierpnia 1969 roku, a wydany 26 września tego samego roku.
John Kosh: John wszedł do Apple z acetatem [płytą próbną] Abbey Road, prosto z nacinarki w piwnicy, i nagle wszystko zamarło.
Urzędowałem wtedy na drugim piętrze z Derekiem Taylorem. Pewnego dnia miałem zaprojektować dla niego papeterię pro bono. Powiedział: „Poczekaj chwilę”. Wszedł Ringo, a potem usiadł Peter Brown.
Wtedy wszedł John i rzucił: „Posłuchajcie tego, dzieciaki”. Miał ze sobą dwa acetaty Abbey Road. Położył stronę pierwszą na talerzu gramofonu. Come Together. Nie mogłem w to uwierzyć. A sprzęt nagłośnieniowy w biurze Dereka był cholernie dobry – kolumny wielkości lodówek. Zanim dotarliśmy do I Want You (She’s So Heavy), kompletnie odleciałem. Byliśmy jednymi z pierwszych cywilów, którzy usłyszeli Abbey Road.
Nie chciałbym, żebyś odniósł wrażenie, że w Apple wszyscy byliśmy ciągle „zjarani”. Jasne, czasem paliło się jointa, ale pracowałem na czcionkach wielkości 6 punktów. Nie było komputerów. Musiałeś używać szkła powiększającego. W pewnym momencie nosiłem nawet okulary George'a. To była robota typu „wytnij i wklej”. Do dziś mam blizny na kciukach. Wszyscy w tym miejscu byli oddani wytwarzaniu – i znowu to słowo – „produktu”.
Cała akcja z Abbey Road to była robota na wariackich papierach. Pracowałem nad innymi projektami i nagle słyszę: „Dobra, mamy zdjęcia, potrzebujemy okładki!”. Jeśli chodzi o Abbey Road, fotograf Iain Macmillan miał sześć klatek z przejścia dla pieszych. Wyboru zdjęcia dokonano w biurze Jacka Olivera na parterze. To była właściwie fotka promocyjna. Tylko jedna z nich wydawała się pasować.
Ja i Iain naprawdę myśleliśmy, że to nie jest okładka godna Beatlesów. Że nie jest wystarczająco dobra. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że stanie się ikoną. Musieliśmy się na nią zgodzić, bo nie było czasu na zmiany. Projekt Let It Be leżał wtedy odłożony na półkę (choć książkę do niego dokończyłem).
Mamy Abbey Road na podświetlarce, przeglądamy z Iainem slajdy. Podchodzi George Harrison, taki kochany człowiek, a my mówimy: „Uważamy, że to jest najlepsze ujęcie”. Zgodził się: „Tak, to jest najlepsze”.
To było bardzo nietypowe, żeby któryś z Beatlesów pojawiał się w biurze przed trzecią po południu. Potem wszedł Neil Aspinall i stwierdził: „Skoro podoba się George'owi, to nam też”. Tylna okładka... Jest tam pusta przestrzeń z listą utworów i przechodząca dziewczyna.
Sir Joseph Lockwood, prezes EMI (spółki matki Apple Records), zadzwonił do mnie w środku nocy, o 3:00 nad ranem, z pretensjami: „Na froncie nie ma nazwy zespołu. Nie sprzedamy ani jednej płyty!”. Krzyczał, że „rujnuję karierę Beatlesów!”. Myślał tylko o tym, jak płyty będą wyglądać na sklepowych półkach i w koszach.
Miałem 23 lata, kolana i całe ciało mi drżały. Ale wiedziałem, że ta okładka nie potrzebuje wyjaśnień. Pomyślałem: „Oto czterech Beatlesów przechodzących przez ulicę. Jeśli nie wiesz, kim oni są, to chyba żyłeś w jaskini”. Wokół nowego albumu Beatlesów było mnóstwo szumu medialnego. To była „Wspaniała Czwórka”. Odpuściłem temat, ale ktoś w EMI uparł się, żeby nazwa The Beatles znalazła się chociaż na tylnej okładce. Uważałem to za głupotę.
Opowiedziałem potem historię z okładką George'owi. George rzucił tylko: „Och, olej to. Jesteśmy Beatlesami”. To ucięło wszelkie dyskusje.
Apple wysłało mi za tę okładkę czek na 300 funtów. Był podpisany przez Johna Lennona i Paula McCartneya. Co zrobiłem? Musiałem zapłacić czynsz, więc go zrealizowałem.
Fakt, że Abbey Road stało się taką ikoną, nigdy nie przyszedł mi do głowy. Iain i ja uważaliśmy, że to najsłabsza z dotychczasowych okładek Beatlesów. A okazała się najmocniejsza, choć z innych powodów. To był czysty traf, że tak wyszło. Powstały parodie tej okładki. Nigdy tego nie przewidziałem.
Jaki klimat panował w biurach Apple?
John Kosh:Przebywanie wśród Beatlesów w Apple... Paul potrafił przyjechać autobusem. Jedzenie dostarczano ze świątyni Radha Kryszna, zanim jeszcze ruszyła nasza własna kuchnia. Ludzie schodzili się około 10 rano i pracowali do 10 wieczorem. I nigdy nie zawaliliśmy terminu. Wszystko chodziło jak w zegarku.
Pasowałem tam, ponieważ nikt inny nie miał pojęcia o druku. Przepracowałem 5–6 lat w British Printing Corporation, ucząc się, jak przygotowywać projekty graficzne, by ich ewentualna naprawa w trakcie procesu nie kosztowała cholernej fortuny. W pewnym momencie po prostu mianowałem sam siebie dyrektorem kreatywnym. Wszystko, co miało zostać wydrukowane, trafiało do mnie. Każdy projekt przeznaczony do druku lądował na moim biurku.
W biurze grało dużo muzyki ska, bluebeat i reggae. Na różnych piętrach Apple puszczano różną muzykę. Wszystko zależało od tego, gdzie akurat byłeś.
Paul wciąż bywał tym „uroczym”. Wszyscy mieli tam swoje ksywki: Paulie, Ritchie, Lenny i Georgie. Wiesz, kiedy tam zaczynałem, pojawienie się Beatlesów w biurze było rzadkością. John był tam chyba zawsze, bo siedział z Yoko w biurze na końcu korytarza. Ringo często znikał, kręcił filmy, takie jak The Magic Christian. Z kolei George był mocno zaangażowany w sprawy świątyni Radha Kryszna. Podchodził do ciebie i rzucał: „Hej, Koshy. Hare Kryszna”. A potem zaczął nazywać mnie „Johnny”.
Zostałeś zaproszony na sesję nagraniową utworu „The Ballad of John and Yoko”.
John Kosh: To było w Abbey Road. Studio nr 2 (albo B) – to, w którym na stałe rozstawiony był zestaw perkusyjny Ringo. Stał tam też fortepian. Wszedłem do środka, przy konsolecie siedział [inżynier dźwięku] Geoff Emerick. To był pierwszy singiel stereo w Wielkiej Brytanii. Na podeście, za bębnami Ringo, siedział Paul z miotełkami w dłoniach. Naprzeciwko niego siedział John ze swoją gitarą dwunastostrunową. Nawet na niej nie grał, raczej tylko brzdąkał od niechcenia. A pod fortepianem siedziała Yoko Ono. Sytuacja wyglądała tak, że teoretycznie John i Paul nie powinni ze sobą rozmawiać, rozumiesz?
Dzieliła ich wielka przepaść. Był obóz Johna Eastmana wspierający Paula i obóz Allena Kleina stojący za Johnem. Mieli się ze sobą nie komunikować, a prasie powiedziano, że się nienawidzą. Tymczasem ci goście byli tuż przede mną i świetnie się bawili. Mieli z tego niezły ubaw i byli zabawni. Wchodzę, a oni zaczynają sobie robić ze mnie jaja: „Spóźniłeś się!”.
To była moja pierwsza wizyta w Abbey Road. George’a i Ringo nie było na tej sesji. George wyjechał z kraju, a Ringo kręcił film The Magic Christian. John nagrał główny wokal, gitarę prowadzącą, akustyczną i instrumenty perkusyjne. Paul grał na basie, perkusji, pianinie, marakasach i śpiewał w harmonii. Piosenka opowiadała o ślubie Johna i Yoko z marca 1969 roku. Pokazałem im projekt okładki singla. „Dobra. Super. Spieprzaj. Pracujemy”. Więc wyszedłem. Pomyślałem sobie: „To w ogóle nie wygląda tak, jak opisuje to prasa”. Zapytałem Dereka: „O co tu chodzi?”. „Cicho sza. Zamknij się” (śmiech)
Singiel The Beatles „The Ballad of John and Yoko” został wydany 30 maja 1969 roku. Utwór relacjonuje wydarzenia z ich ślubu i miesiąca miodowego. Następnie, 4 lipca 1969 roku, ukazał się singiel „Give Peace A Chance”. Oba zostały zaprojektowane przez Ciebie.
John Kosh: John zdał sobie sprawę, że robię coś wyrazistego przy kampanii War is Over i że staram się, by wszystko było bardzo czytelne. Kiedyś wszedł George [Harrison], zobaczył leżący na podłodze 32-stronicowy arkusz drukarski do Let It Be i początkowo nie mógł załapać koncepcji, że zostanie to złożone i pocięte w książkę. Ale był zainteresowany. John mawiał: „Wiesz, co robisz”. Miałem z nim naprawdę dobrą relację.
To jest świat handlu, w którym okładki singli odgrywają ważną rolę. Wykonywano tam mnóstwo pracy. Badfinger, Mary Hopkin, Billy Preston czy MJQ. Właściwie tej ostatniej okładki nie zaprojektowałem. Po prostu ją uratowałem.
Nie wiedzieli, jak wysłać materiały do drukarni. Miałem bezpośredni kontakt z szefostwem Apple i Beatlesami.
Teraz to zupełnie inny świat, pełen menedżerów średniego szczebla. Powiem ci coś jeszcze bardziej szokującego: w życiu nie podpisałem żadnego kontraktu.
Chodzi o połączenie tekstu i obrazu. Spójrzmy prawdzie w oczy – byliśmy artystami komercyjnymi, żeby użyć tego „brzydkiego słowa”. Zostało to podniesione do rangi sztuki. Ale cały sens tkwi w czytelności, przejrzystości i tak dalej. Moja teoria jest taka: jeśli projektujesz okładkę albumu albo plakat na bok autobusu, odbiorca musi od razu łapać przekaz. Jeśli nie łapie przekazu, poniosłeś porażkę. Więc musisz te elementy integrować. W Apple robiłem mnóstwo rzeczy naraz, ale to było łatwe (śmiech).
Koncert na dachu 30 stycznia 1969 roku w siedzibie Apple Corps. Zaczynasz pracę nad książką i okładką Get Back, wykorzystując zdjęcia Ethana Russella z sesji ze stycznia 1969 roku. Następnie, 8 maja 1970 roku, ukazuje się Let It Be – ostatni album Beatlesów oraz film dokumentalny w reżyserii Michaela Lindsay-Hogga, do którego zaprojektowałeś plakat.
John Kosh: Nie byłem na etacie, nie miałem żadnych świadczeń socjalnych. Wystawiałem faktury na bieżąco. Właśnie dlatego udało mi się wejść na dach – pracownicy etatowi mieli zakaz wstępu. A ja tak naprawdę kursowałem z wiadomościami z piwnicy do Kevina Harringtona [kierownika technicznego Beatlesów], który trzymał teksty piosenek.
Miałeś spore zastrzeżenia co do filmu z 1970 roku.
John Kosh: Let It Be to kompletne nieporozumienie. Tam było bardzo lekko, a nie mrocznie. Wszyscy ciężko pracowali, ale trzeba przyznać, że świetnie się przy tym bawili. Prawdę mówiąc, byłem przerażony, gdy zobaczyłem premierę. Film był ponury, wyszedłem przed końcem seansu.
Pomyślałem: „To nie tak zapamiętałem to doświadczenie”. W mojej bańce nigdy nie widziałem tych kłótni. Nie widziałem tych dąsów. I chociaż wiedziałem, że Beatlesi się rozpadają – bo to było dość oczywiste – to mimo wszystko firma fonograficzna odnosiła wielkie sukcesy.
Spójrz na listę hitów i płyt, które wtedy wyszły. Byli na fali. Atmosfera przedstawiona w filmie była dołująca i nie miała nic wspólnego z tym, co pamiętam. Nawet na dole w studiu. Jak atmosfera mogła być dołująca, skoro był tam Billy Preston? Billy był cudowny, ciągle podskakiwał, biegał w górę i w dół po schodach. Dlatego kiedy pierwszy raz zobaczyłem Let It Be, byłem bardzo rozczarowany.
Dzięki trzyczęściowemu dokumentowi Disneya The Beatles: Get Back poczułem, że w pewnym sensie moje racje zostały potwierdzone. „Właśnie tak to pamiętam!”. Teraz, patrząc z perspektywy czasu. Czekałem na ten film i byłem zachwycony, słysząc w nim, jak John wymienia moje nazwisko. Czułem, że w Let It Be czegoś brakowało. A w tym dokumencie to uzupełnili. Dlaczego musiało to trwać tak długo? Nie mam pojęcia.
Dziś zespoły stały się markami. W latach sześćdziesiątych dopiero wchodził merchandising. Ale to, co mnie denerwuje, to ciągłe remiksy i remastery. To nie jest to brzmienie, które usłyszeliśmy na początku i które pokochaliśmy.
W 1973 roku przeprowadziłeś się do Kalifornii.
John Kosh: Wiele zawdzięczam Peterowi Asherowi. Kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Stanów, do Kalifornii, nie mogłem wkręcić się w towarzystwo. Byłem tym nowym w mieście (New Kid in Town). Peter powiedział: „Zrób Lindę Ronstadt”, a potem szepnął [Irvingowi] Azoffowi: „Daj mu Eaglesów do Hotel California”.
John Kosh mieszka i pracuje obecnie w Los Angeles ze swoją partnerką, stylistką i pisarką Genevieve Schorr. Ma jednego syna, Johna Kosha Jr., urodzonego w Londynie w 1971 roku.
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
