Wywiad na wyłączność z Paulem McCartneyem: „Na początku John, George i Ringo nie byli zachwyceni Wings”
2025-11-09, autor: kasia
[...powrót do newsów]
W wywiadzie na wyłączność Paul McCartney opowiada o rywalizacji z pozostałymi Beatlesami, próbach z Paulem Mescalem i o tym, że przeżywa obecnie „bardzo, bardzo aktywny okres”.„Z Johnem zawsze rywalizowaliśmy” – mówi Sir Paul McCartney, mając na myśli nie czasy The Beatles, lecz to, co wydarzyło się po rozpadzie Wspaniałej Czwórki. Na początku lat 70. on i jego byli koledzy z zespołu obrali różne drogi: John Lennon został artystą solowym odnoszącym sukcesy, podczas gdy McCartney założył nowy zespół, Wings, ze swoją ówczesną żoną Lindą, Dennym Laine'em i Dennym Seiwellem.
Jednak duch rywalizacji, który tak mocno napędzał duet Lennon-McCartney – twórców „Hey Jude”, „Yesterday” czy „Let it Be” – wciąż był żywy.
„Nagrałem kiedyś piosenkę zatytułowaną «Coming Up»” – wspomina McCartney – „i z tego co wiem, John [Lennon] usłyszał ją w radiu i pomyślał: ‘O kurczę, Paul nagrał świetny kawałek, muszę się brać do roboty’”.
To jedyny wywiad, jakiego McCartney udziela przy okazji premiery swojej nowej książki „Wings: The Story of a Band on the Run”, która ukazała się na początku tego tygodnia pod redakcją Teda Widmera, byłego autora przemówień w Białym Domu. Napisałem do niego list, powołując się na moją miłość zarówno do Wings, jak i The Beatles, oraz na moją więź z ich muzyką, sięgającą dzieciństwa.
Moi rodzice, którzy mieszkali w Moskwie, byli fanami i odtwarzali ich płyty na okrągło. Pamiętam tę muzykę jako dźwięk wolności: wielką siłę jednoczącą w świecie rozdartym przez ideologię. To poruszyło McCartneya. „Przypominają mi się czasy, gdy w ramach trasy «Wings Over the World» graliśmy w Zagrzebiu, za żelazną kurtyną” – pisze w przedmowie do książki. „Prawda jest taka, że oni są po prostu fanami muzyki i właśnie w ten sposób przedostaje się twój przekaz”.
McCartney odnosił z Wings ogromne sukcesy przez całe lata 70. dzięki albumom takim jak „Venus and Mars” czy „Band on the Run”. Mimo to zespół nigdy nie zdołał zająć w świadomości publicznej tak doniosłego miejsca, jak The Beatles (Alan Partridge opisał kiedyś Wings jako „zespół, którym The Beatles mogli się stać”).
Książka zabiera więc czytelników na mniej utarte szlaki – począwszy od niezapowiedzianych koncertów Wings w aulach uniwersyteckich, aż po wielkie trasy stadionowe.
Przez cały czas wyłania się obraz zespołu-nomadów: małe dzieci McCartneyów, Mary i Stella, podróżowały z nimi przerobionym, piętrowym autobusem pomalowanym w psychodeliczne kolory, co w tamtych czasach budziło kontrowersje.
„Zawsze wyobrażaliśmy sobie, że gdybyśmy nie zabrali dzieci, wylądowalibyśmy w jakimś odległym miejscu” – mówi mi McCartney – „i ktoś dzwoniłby z Anglii z informacją: ‘Jedno z dzieci jest chore’, a my myślelibyśmy: ‘O Boże, powinniśmy tam być… Powinniśmy być z nimi’. Dlatego zdecydowaliśmy się je zabierać”.
Forma książki – historia mówiona – sugeruje, że McCartney nie ma problemu z tym, by inni spisywali jego dzieje.
„Myślę, że to interesująca forma, jaką przybrała ta książka” – przyznaje. „Sądziłem, że to będzie po prostu kronika: «i wtedy stało się to, a potem tamto»... Ale ta forma świetnie oddaje wiele z tego, co robiliśmy”.
Książka opiera się na wywiadach liczących ponad 500 000 słów, przeprowadzonych z McCartneyem, jego rodziną i licznymi członkami zespołu (zmiany w składzie Wings były częste).
„To niesamowite” – mówi o procesie redakcyjnym – „ponieważ nie musiałem nic robić, bo ja już to wszystko przeżyłem”.
Po chwili zastanowienia dodaje: „To znaczy, nie że ja to zrobiłem [stworzyłem tę książkę]! Wszystko, co jest filmowane lub opisywane, dotyczy rzeczy, które już się wydarzyły. Naprawdę nie ma potrzeby, bym cokolwiek nowego dodawał”.
W sercu książki o Wings leży historia człowieka u szczytu światowej sławy, który rozpoczyna dekadę przygnębiony rozpadem dawnego zespołu. Próbuje on odnaleźć w nowej grupie poczucie jedności i artystyczny cel, które – jak czuł – utracił. To także opowieść o presji, jaką wywierała jego własna spuścizna. Pod koniec lat 60. The Beatles pobili niezliczone rekordy i byli na dobrej drodze, by stać się największym muzycznym fenomenem w historii.
McCartney wciąż podziwia sam zasięg sławy swojego pierwszego zespołu (pomniki Wspaniałej Czwórki stoją w miejscach tak odległych jak góra Kok Tobe w Kazachstanie) i wspomina, jak kilka lat temu zatrudnił „zespół coverowy The Beatles i Queen” na urodziny swojej żony Nancy. (McCartney był żonaty trzy razy: najpierw z Lindą, która zmarła w 1998 roku; następnie z Heather Mills w latach 2002–2008; a obecnie z amerykańską dziedziczką branży transportowej Nancy, z domu Shevell, którą poślubił w 2011 roku).
„Jesteśmy na tej małej wyspie u wybrzeży Japonii, a ci goście przestudiowali naszą muzykę i grają ją perfekcyjnie” – zachwyca się – „włączając w to tak trudne utwory jak «I Am the Walrus»”.
„Jak można pociągnąć to dalej po The Beatles?” – pyta dziś McCartney. To ma być pytanie retoryczne, ale próbuję skłonić go do odpowiedzi.
„To właściwie niemożliwe” – mówi po chwili namysłu. „Po prostu dużo graliśmy, aż w końcu zaczęło nam wychodzić” – wspomina wczesne lata Wings.
„Jedyna różnica polegała na tym, że w Wings, gdy popełnialiśmy błąd, ludzie wiedzieli, kim jestem. Natomiast na początku The Beatles nikt nie miał pojęcia, kim jesteśmy – więc wszystkie błędy popełnialiśmy prywatnie. Tym razem działo się to publicznie. Musieliśmy po prostu iść naprzód”.
Jak pozostali byli Beatlesi postrzegali Wings? „Na początku nie byli nastawieni zbyt pozytywnie” – mówi McCartney. „Ale myślę, że z wiekiem wszyscy zaczęli doceniać tę muzykę i czerpać z niej przyjemność”.
83-letni McCartney wciąż tworzy muzykę. Daleki od spoczywania na laurach, jest obecnie w trasie koncertowej po Ameryce Północnej. „Przedwczoraj wieczorem grałem duży koncert w Nowym Orleanie i spacerowałem po mieście w czasie Halloween” – opowiada. W tym miesiącu odwiedzi Nashville, Buffalo i Pittsburgh, a także pracuje nad nowym albumem, który ukaże się w przyszłym roku – będzie to jego pierwsza płyta od sześciu lat.
Ze strony McCartneya [wobec aktorów przygotowujących się do filmów biograficznych] wyczuwa się wyraźny, namacalny podziw. „Jeśli jesteś aktorem i masz zagrać, nie wiem, jakiegoś XVIII-wiecznego, wiesz, Rosjanina...” – zawiesza głos. „Musisz się uczyć! Musisz poznać historię. Więc oni [aktorzy] są przyzwyczajeni do wkładania w to mnóstwa pracy. Sam [Mendes] jest bardzo skrupulatny”.
Nawet w The Beatles artysta był kimś w rodzaju indywidualisty. „Moi kumple wyprowadzili się na przedmieścia” – mówi o Johnie, George'u i Ringo, wymieniając z uśmieszkiem „Weybridge i Esher” – „ale ja zostałem w mieście”. McCartney chłonął wszystko, co Londyn miał do zaoferowania w szczytowym okresie lat 60., „spędzając czas i ucząc się od awangardowych kompozytorów... pomagając założyć księgarnię Indica [...] lub wpadając na pogawędkę do Bertranda Russella” – pisze w przedmowie.
Dziś wspólnie zastanawiamy się nad tym fragmentem: to prawdziwa śmietanka towarzyska swingującego Londynu. „Robiłem wiele rzeczy, które można by nazwać dziwactwami” – śmieje się.
McCartney zabiera mnie we wspomnieniową podróż. „Znałem kogoś, kto znał Williama Burroughsa” – wspomina – „więc poszedłem do nich, żeby zobaczyć, nad czym pracuje: nad rzeczami takimi jak «cut-ups» (wycinanki), polegającymi na cięciu gazety, układaniu fraz na stole, a potem mieszaniu ich, aż powstało nowe zdanie, które mu się spodobało. Bowie też tak robił”. Te pomysły, jak mówi, „przeniknęły do albumu «Sgt Pepper», a później ukształtowały koncepcję Wings”.
Mimo całego tego spoglądania wstecz przez różowe okulary, McCartney pozostaje osobą nieustannie myślącą o przyszłości. Mając w perspektywie filmy biograficzne, nową muzykę i wiele tras koncertowych, nie wykazuje żadnych oznak zwalniania tempa; ani chęci, by to robić.
„Jak dotąd miałem całkiem interesujące życie” – uśmiecha się. I wyraźnie jeszcze nie skończył.
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
