Gdyby nas do Polski zaproszono, pojechalibyśmy tam z przyjemnoscią – Beatlesi w wywiadzie dla RWE
2019-05-06, autor: kasia
[...powrót do newsów]
Zielona Fala - fragmenty audycji z miesięcznika „Na Antenie” wydanego w 1964 roku.Zapis audycji w wersji audio jest dostępny. Prośby o udostępnienie pliku prosimy kierować na forum bądź na naszej stronie na Facebooku.
Tysiące dziewcząt. Tysiące chłopców. Setki tysięcy młodych ludzi w różnym wieku. W oczach wyraz najwyższego uwielbienia. Łzy. Twarze stężałe w historycznym skurczu. Rozwarte usta. Nieustający krzyk: hymn pochwalny – wyraz krańcowego aplauzu – objaw absolutnej miłości.
Beatles. Słowo to otwiera drzwi ambasad, oszołamia koronowane głowy. Słowo to jest jednoznaczne z fenomenem społecznym, z masowym ruchem społecznym, którego rozmiary i skutki wprowadzają w zdumienie socjologów i psychologów. Słowo to jak magnes ściąga nieprawdopodobne miliony dolarów i funtów. Słowo to jest marką fabryczną całego olbrzymiego przemysłu specjalnego. Słowo to wywołuje u jednych wybuch uczuć patriotycznych, u innych coś w rodzaju poczucia narodowej klęski.
Beatlemania. Co jest źródłem i istotą tego fenomenu. Kim są naprawdę ci czterej chłopcy? Na czym polega ich magia?
Lot do Londynu
W samolocie plan batalii. Uda się? Czy spotkamy tych legendarnych chłopaków? Kolos nad Tamizą. I od razu twarzą w twarz z Beatlemanią. I z miejsca wstrząs. Po prostu nie przypuszczaliśmy, że ten fenomen ma aż tak wielkie rozmiary. Wystarczy rzucić słowo „Beatles”. Gdziekolwiek. Natychmiast dyskusja, wymiana opinii, kontrowersje.
Jesteśmy w pubie. Mówimy „Beatles” i podsuwamy mikrofon. Wokół nas momentalnie zbiera się grupa młodzieży.
- Beatlesi są fantastyczni!
- Beatlesi są źli!
- Uwielbiam!
- Nie lubię!
- Wspaniali artyści, czarujący chłopcy.
W innym barze siedzi 30-letni człowiek z bródką. Pytamy: Lubi pan Beatles, dlaczego? Odpowiada: Beatlesi, to wspaniały angielski eksport. Eksport na kontynent, za ocean. Wielkie pieniądze. Moralne zwycięstwo. Ameryka, po raz pierwszy w historii piosenki chyli czoło przed artystami angielskimi. Szaleje za nimi.
Przechodzień na ulicy kończy swój wywód słowami: Beatlesi za pół roku się skończą. Czy to tylko pewność? Nie. Także troska i niepokój i najszczersze życzenia: Oby jak najdłużej.
Mówi to do nas myśląc tylko o sobie. A inni? Sprzedawcy płyt, albumów, pism, widokówek, ubiorów „à la Beatles”, piżam „à la Beatles”, ręczników, swetrów, butów, lalek i zabawek, pamiątek… - dwoją się i troją. Chętnie opowiadają do mikrofonu o kolosalny sukcesie handlowym. Wszystko cokolwiek związane jest z Beatlesami znajduje chętnych nabywców. Towary „à la Beatles” wykupywane są równie chętnie w najelegantszych sklepach na słynnej Bond Street jak i w maleńkich kioskach, w zaułkach przedmieść. W stolicy, w miasteczkach na wsi.
Pytamy uczennicę londyńskiej szkoły średniej: Dlaczego lubisz Beatlesów? Odpowiada po prostu: Słuchając ich muzyki czuję się szczęśliwa. Najprościej. Spontanicznie.
Inna mówi: Beatlesi nas bawią. Świetnie grają. Są zwykli, ludzcy, normalni, tak jak my. Żartują, lubią kawały. A poza tym mają tak wspaniałe fryzury!
Zwracamy się do całej grupy uczennic: Co jeszcze wam się w Beatlesach podoba?
Odpowiadają: Akcent! Podoba nam się ich liverpoolska gwara. I to wszystko. Więcej powiedzieć nie potrafią.
Pytamy staruszkę, gospodynię domową: A pani co myśli o tych chłopakach z Liverpoolu?
Mówi z przejęciem: Porządni chłopcy. Grzeczni. Czyści. Zasłużyli sobie na to powodzenie.
Manum Tuam Tenere Volo
A nauczyciele? Mówi Mrs. Widowson, wykładowczyni fizyki w szkole średniej: Szał. Oczywiście, specjalnie dziewczęta. Każda kocha się potajemnie albo jawnie w jednym z czterech. Zasypują nauczycielkę pytaniami, który z nich – John, George, Ringo czy Paul – jest najpiękniejszy i najlepszy. W zależności od odpowiedzi kształtuje się ich sympatia do wychowawców. W niektórych szkołach, zamiast tradycyjnych wieczorów szekspirowskich – wieczory poświęcone Beatlesom...
Inna nauczycielka angielskiej szkoły średniej, pani Melihar. Polka. Uczy łaciny: Przełożyłam wspólnie z uczennicami piosenkę Beatlesów „I Want To Hold Your Hand”. Co za radość! Wyszedł z tego przebój „Manum tuam tener volo”. I od razu lepsze wyniki w łacinie.
Oczywiście, dodajmy, to samo w śpiewie, w rysunkach i innych przedmiotach nauczania. W tej i wielu innych angielskich szkołach. Magia Beatlesów.
W uszach beatlesowe przeboje, w oczach astronomiczne cyfry kilkumetrowych przebytych taksówkami, autobusami, kolejką metro i piechotą. W walizie stosy taśm z nagraniami. W barkach lekkie strzykanie. Aparat do nagrań dźwiękowych waży swoje 10kg… Brodanic, broda rośnie, włosy też, niedługo będzie beatlesowa czupryna – a co ze spotkaniem z Beatlesami?
Jeden z menadżerów powiedział: Czy panowie chcecie widzieć się z Królową?
Odpowiadamy: Nie! Chcemy spotkać się z Beatlesami!. Słyszymy: To trudniejsze!
Hasło? Odzew?
Ale dopięliśmy swego. Początek był żywcem ściągnięty z jakiegoś „dreszczowca”. W nocy obudził nas w hotelu telefon: Panowie będą łaskawie stawić się na stacji kolejowej Paddington, na ostatnim peronie po lewej stronie. Spotkanie o 8-ej rano, pod wielkim zegarem.
Czekamy pod zegarem. O 8.03 podchodzi do nas jakiś gentleman i mówi: Radio Free Europe? Odpowiadamy: Green Wave (Zielona Fala. I to wszystko. Gentleman znika w tłumie. Po chwili podchodzi do nas jakiś inny tajemniczy James. Wymiana tych samych haseł.
Panowie będą łaskawi przejść tunelem na peron... - wymienia dyskretnie numer i wsuwa nam do rąk bilety (Proscenium Films Limited).
Przechodzimy. Na dalekim bocznym peronie co dziesięć metrów policja. Liny oddzielają pociąg od peronu. I – rzecz niewiarygodna. O intuicjo zakochanych! - mnóstwo dziewcząt ze szkolnymi teczkami. Skąd się dowiedziały? Jakim cudem? Są niepewne, kręcą się niespokojnie, myszkują. Beatles?! Beatles?! Beatlesi krecą właśnie swój pierwszy film. Kilka scen filmu rozgrywa się w pędzącym pociągu. Z jakiej stacji wyruszy pociąg z chłopcami i zespołem filmowców, którego dnia, o której godzinie, którędy i dokąd będzie jechał – wiedzą tylko komisarz policji, zawiadowca stacji i producent filmu. Tajemnica trzymana jest w zamkniętych kopertach. Nie ma tajemnic, których by nie odkryły gorące serca wielbicielek!
Pociąg-widmo
Pociąg - widmo pędzi tajnymi szlakami południowo-zachodniej Anglii. Specjalny wielki pociąg dla Beatlesów. Wagony pierwszej i drugiej klasy, restauracje z obsługą, policja, Beatlesi, aktorzy, statyści, producent, reżyser, scenarzysta. Cały wielki zespół techniczny. I – Zielona Fala.
Jesteśmy jedynymi dziennikarzami jacy zostali w ogóle do tego pociągu dopuszczeni. Przebywaliśmy w nim dwanaście godzin. Dwanaście godzin razem z Beatlesami. Rozmawialiśmy i gawędziliśmy z czterema słynnymi chłopakami przy otwartym mikrofonie i prywatnie. Sądzę, że uzyskaliśmy coś więcej niż udaje się uzyskać innym przedstawicielom prasy, radia i telewizji: szczere zaufanie chłopców, może nawet przyjaźń.
Zaprosili nas do swego rodzinnego miasta. Do swych rodziców, do swych domów, do swych przyjaciół. (Nie muszę mówić, że z tych zaproszeń skorzystaliśmy). Cóż za sympatyczni chłopcy! Bezpośredni, bystrzy, dowcipni, inteligentni. Na tle tego co się o nich wie z gazet i z telewizji wypadają o wiele, wiele korzystniej.
W pociagu chłopcy pracują jak szatany. Grają w świetle reflektorów, prowadzą błyskotliwe dialogi, wyskakują z nakręconej sceny i natychmiast uczą się dalej swoich ról. W przerwach wpadają do naszego przedziału.
George Harrison, przystojny chłopak z wypielęgnowaną grzywą, opadającą mu na oczy. Długonogi, zgrabny. Zresztą jak wszyscy inni. Gitara prowadząca. Chwilowo trzyma w ręku nadgryzioną bułkę. (Zostawił ją w przedziale, a myślmy dla kawału wzięli ją potem ze sobą! Wielbiciele Beatlesów prześcigali się potem w licytacji. Chcieli ją kupić! Przerażeni, zniszczyliśmy bułkę, rozrzucając jej okruchy przez okno taksówki).
W czasie rozmowy mówimy: Nie tylko wasze piosenki, wasza gra, również wasze zachowanie na scenie wprowadza widzów w szał. Panie George, niech pan nam powie szczerze, czy to reżyseria?
George: To co robimy sprawia nam przyjemność. Lubimy być na scenie. Od chwili wejścia na scenę czujemy się świetnie i bawimy się doskonale. Reżyserii – w ścisłym znaczeniu słowa – nie ma.
Zwracamy się do Johna (Lennon, jedyny żonaty Beatles): Wasze piosenki, wasze melodie mają w sobie coś specyficznego. Różnią się od wykonywanych przez inne zespoły. Jaki jest powód ich odmienności?
John: Piosenki komponujemy sobie przeważnie sami. Ja i Paul. Również sami piszemy słowa. To zawsze wypada lepiej niż gdy ktoś inny pisze muzykę, a kto inny słowa.
Dodajmy, że jeszcze lepiej, gdy muzykę i słowa piosenek komponują i piszą ci sami, którzy potem je wykonują. Pełna zgodność intencji i wykonania. Może w tym tkwi jakaś część tajemnicy i sukcesu.
Pytamy raz jeszcze Johna: Co najbardziej interesuje pana poza muzyką?
John: Pisanie. Piszę właśnie książkę. W tych dniach ukaże się w druku. Koniecznie musicie ją przeczytać.
Tymczasem książka ukazała się na rynku. Jest to zbiór opowiadań, zwierzeń i skeczów, humoresek i wierszy. Rzecz pełna humoru, czasem absurdalnego humoru, pełna sarkazmu i niedomówień. Napisana jest liverpoolska gwarą, nieraz niezrozumiałym żargonem, który na pewno przyprawi o czkawkę niejednego miłośnika szekspirowskiej angielszczyzny.
Paul McCartney ma urodzę trochę dziewczęcą. Mówią o nim, że jest najpiękniejszym z Beatlesów. Zapytujemy Paula: Co pan o tym myśli?
Najpiękniejszym Beatlesem jest ojciec Ringo! - odpowiada Paul, a wszyscy wybuchają śmiechem.
Beatlesi prowadzą niesłychanie intensywne życie. Koncertują, nagrywają płytą, kręcą filmy, występują w radio i w telewizji. Żyją w nieustannym oblężeniu przez wielbicieli, stale są pod opieką policji.
Pytamy: Czy to wszystko was nie męczy?
George: Tak, jest to bardzo męczące, ale można się przyzwyczaić.
A te szalone objawy masowego uwielbienia?
Ringo: Uwielbienie, jakim nas otacza tłum, to duża przyjemność. Kto tego nie lubi? Ale jednocześnie szalony kłopot. Najmniej przejmujemy się nieustannymi krzykami wielbicielek. Cóż, niech sobie krzyczą ile chcą. Podobno taki krzyk wychodzi siedemnastoletnim dziewczętom na zdrowie.
Co robią z pieniędzmi? Z tą masą pieniędzy? Beatlesi odpowiadają, że pieniędzy właściwie nie widzą. Pieniądze idą do banku na ich rachunki. Z tego otrzymują regularne określone wypłaty. Resztę rozsądnie oszczędzają.
Ringo:To znaczy oszczędza ktoś za nas. Co wcale nie jest złe, bo inaczej chyba od nadmiaru tych pieniędzy można by zwariować.
Nic dziwnego. W tym roku zarobki Beatlesów zaokrąglą się w sumę 14 milionów dolarów.
Niet, Nie Protest
Wracamy do spraw, które intrygują nas najbardziej. Pewne dzienniki pisały - mówimy, mając na myśli dzienniki sowiecki, ale nie mówiąc o tym głośno - że wasza muzyka, cały ruch wokół was, ten potężny ruch młodzieży, jest swego rodzaju protestem społecznym. Czy to prawda?
Z miejsca odpowiada Paul: Niet, Nieto! - Paul użył rosyjskiego słowa. I wszystko od razu jasne. Odpowiada wprost tym, którzy takie „społeczne” sugestie rozpowszechniają.
Paul: Po prostu ten rodzaj muzyki nam się podoba. Mamy przyjemność, zarabiamy na tym dużo pieniędzy. Lubimy występować, grać, śpiewać. To jest nasz żywioł. Nigdyśmy ani nie chcieli, ani nawet nie próbowali protestować przeciwko komukolwiek czy czemukolwiek.
I ostatnie pytanie: W czym tkwi tajemnica ich fantastycznego sukcesu? Ale szczerze, bez wykręcania się sianem.
Chłopcy milczą chwilę, kręcą głowami. Na to pytanie trudno im odpowiedzieć. Często zadają je sobie sami. Nie znajdują odpowiedzi. Nie wiedzą.
Beatlesi są mile zaskoczeni, gdy im opowiadamy, że w Polsce cieszą się również popularnością, że i tam są znani, słuchani, że i tam mają gorących zwolenników. Pytamy, czy chcieliby kiedyś pojechać do Polski.
Paul odpowiada za wszystkich: O tak bardzo. Gdyby nas do Polski zaproszono, pojechalibyśmy tam z przyjemnością.*
Zwracamy się do Ringo, Beatlesa, który zawsze się śmieje: Ringo przyjacielu, a co pan myśli i co w ogóle pan wie o Polsce, Polakach?
Z jego odpowiedzi utrwalonej na taśmie śmieliśmy się długo przy przesłuchaniu. Ringo wykonał parodię „polskiej piosenki”, tak jak on sobie ją wyobraża. Powiedział, że Polacy to fantastyczni „fighterzy” - żołnierze, lotnicy. Słyszał o ich czynach w czasie wojny. Oczywiście, Polacy to chłopy nie tylko do wybitki, ale i do wypitki… Piją, ho, ho!…
Na zakończenie wywiadu były pozdrowienia dla młodych słuchaczy w Polsce. Nie po angielsku. Po polsku. Przeprowadziliśmy z chłopcami błyskawiczną lekcję polszczyzny. Ci chłopcy mają naprawdę znakomity słuch. Pozdrowienia brzmiały czyściutko, wyraźni z polską intonacją i naszym akcentem.
W drodze powrotnej Beatlesi wysiedli w Oxfordzie. Słynni chłopcy zostali zaproszeni przez władze słynnego uniwersytetu na pogawędkę i kieliszek wina. Już przed stacją tłumy. Jaki zmysł sprowadził je tutaj? Bo przecież niby tajemnica…
Na stacji końcowej w Londynie jakiś zły demon podszepnął nam niewinny z pozoru kawał. Gdyby nie talent w nogach ten kawał drogo by nas kosztował. Wielotysięczny tłum wielbicieli (przeważnie wielbicielek) runął na nasz zatrzymujący się pociąg. ( A właśnie prasa wieczorna podała, że Beatlesi filmują w pociągu). Beatlesów w pociągu oczywiście już nie było, o czym tłumy nie wiedziały. W pewnej chwili zasunęliśmy na oknach naszego przedziału i przez uchylone szyby wystawiliśmy dyskretnie mikrofon. Wielbicielki zareagowały błyskawicznie. Beatlesi są w przedziale z zasuniętymi firankami!!! Nie zamykając mikrofonu daliśmy drapaka. Co sił w nogach. Uciekliśmy tylnymi drzwiami.
Tam się zaczęło
Następnego dnia byliśmy w Liverpoolu. Wielkie miasto portowe. Tam w olbrzymich robotniczych dzielnicach „big beat (mocne uderzenie)” znalazło gorących zwolenników. W Liverpoolu istnieją dziesiątki, ba! - setki zespołów młodzieży „à la Beatles”. Rozśpiewana, „rozegrana”, roztańczona robotnicza młodzież wykształciła swój własny styl - „Mersey Beat”.
Najsłynniejszym beatlesowym klubem liverpoolskiej młodzieży jest Cavern Club. Wielka surowa piwnica. Codziennie śpiewa i tańczy tam jednocześnie do półtora tysiąca młodzieży. W sobotę i niedzielę po dwie i trzy sesje dziennie.
Tam właśnie, w Cavern Club startowali Beatlesi. Schodzimy w słynne podziemia. Młody zespół na maleńkiej estradce. Przytłumione światła. Huczące głośniki. Bufet z herbatą i bułeczkami. Setki kołyszących się par. Większość chłopców w fryzurach „à la Beatles”. Niesamowite wrażenie. Setki Beatlesów koło nas!… Trans. Błyskawica fleszów. Fotoreporterzy i dziennikarze z całego świata. Bo ten klub to przecież Mekka „Mersey Beatu” i Beatlemanii. W pewnej chwili do piwnicy wchodzą dwie policjantki. Na kontrolę? Obyczajówka? Nie, żeby się napić herbaty. Uśmiechają się, wychodzą omal krokiem tanecznym…
Składamy wizytę Policji
Nazajutrz składamy wizytę komendantowi głównemu miejscowej policji. Rozmawiamy z nim i jego dwoma zastępcami. Jak dotąd – o ile wiem – tylko raz, jeden z zastępców komendanta udzielił prasie wywiadu na temat beatlemanii. Wielkiemu dziennikowi angielskiemu „Times”.
Gabinet komisarza. Grube dywany, surowe, szlachetne meble, kilkumetrowe biurko. Zwracamy się do komendanta głównego, Mr Smitha: Co pan sądzi o Beatlemanii. Czy Beatlemania ma na młodzież jakiś wpływ ujemny?
Mr Smith: Jeśli jakakolwiek forma kultury uzewnętrznia się właśnie w ten sposób, spotyka się z taką właśnie reakcją, jest to niewątpliwie dobra rzecz. Dowodzi to, że dzisiejsza młodzież jest pelna energii, zdrowa fizycznie, jak najbardziej normalna.
Tę opinię podziela również zastępca komendanta, Mr Balmer: Osobiście, nie widzę w tym zjawisku niczego złego. Póki cały ten szał nie prowadzi do jakichś ekscesów, jest na pewno zjawiskiem pozytywnym. „Big Beat” odciąg młodzież i dzieci z ulicy, prowadzi ich do klubów, gdzie we właściwy sposób mogą rozładować zasób swej energii. Dlatego wszystkim klubom „mocnego uderzenia” i zespołom z całego serca życzymy powodzenia.
I jeszcze jedno pytanie: Czy muzyka „mocnego uderzenia” w jakimś stopniu przyczyniła się do spadku przestępczości wśród młodocianych?
Wicekomendant Balmer odpowiada, że tak. Faktem jest, że wśród dorosłych przestępczość wzrasta. Wśród młodzieży nieustannie spada. Spada również spożycie alkoholu. Beatlesi i inni muzykujący chłopcy rozbili przestępcze młodociane „gangi”. Awanturnicy są bezrobotni. Młodzież gra, tańczy i śpiewa.
Inni są tego samego zdania
W Liverpoolu rozmawialiśmy z menadżerami beatu, z wydawcami pism fachowych, z ludźmi, którzy Beatlesów znali od dziecka, rodzicami, z ich przyjaciółmi, z tymi, do których po raz pierwszy przyszli Beatlesi z propozycją występu. W trójkę, trzy gitary! Nawet nie wiedzieli jeszcze wtedy, że potrzebna jest im perkusja, bęben… Właściwie podstawa zespołu „mocnego uderzenia”! Wśród wielu pytań mocno akcentowaliśmy jedno: Czy już w chwili startu Beatlesi wyróżniali się czymś co mogło zapowiadać ich fantastyczną, światową karierę? Tak. Od samego początku mielić w sobie to „coś”. Co? Żywiołowość, radość życia, szczerość i talent. Twórczy i wykonawczy jednocześnie.
Posłuchajmy wielce charakterystycznych słów nauczyciela angielskiej szkoły średniej, wykładowcy języka angielskiego w Liverpool Insitute, Allana Durbanda. Mr Durband był nauczycielem i wychowawcą, jednego z Beatlesów, kompozytora, instrumentalisty i wokalisty – Paula. W rozmowie zadaliśmy mu pytanie: Czy nie byłoby lepiej, żeby Paul skończył szkołę i studia wyższe?
Oto odpowiedź: Gdyby Paul skończył studia, zostałby nauczycielem. Zwykłym nauczycielem. A tak jest artystą, który- niech nie zdziwi nikogo ta opinia, jest to opinia głęboko przemyślana – współtworzy naszą kulturę współczesną. Jest to fakt. Nie jest to ważne, że komuś samo zestawienie Beatles i „kultura” wydać się może dziwne.
A co mówią o Beatlesach, o swych synach i braciach, ich rodzice i krewni. Rodzice Ringa mieszkają w robotniczej dzielnicy Liverpoolu. Długi rząd jednopiętrowych domków – ośmioraki. Wejście do mieszkania wprost z ulicy. Maleńki pokoik, skromne meble, telewizor. I tysiące listów z całego świata. Pamiątki, podarunki, wzruszające podziękowania. Na komódce w pięknej oprawie płyty ze srebra i złota. Tradycyjny podarunek od wytwórni płyt, gdy ich nakład przekroczył pół miliona a następnie milion. Rodzice są prostymi ludźmi. Ojciec jest robotnikiem. Co się zmieniło w ich życiu od czasu gdy ich syn zyskał światową sławę i olbrzymią fortunę?
Mówi matka: Nie jestem już młoda. Ringo prosił mnie abym przestała pracować. Więc nie pracuję. Krzątam się po domu i czytam listy, których tyle przychodzi do nas codziennie. Jestem dumna z mojego syna. Zasłużył na sławę i pieniądze. Zawsze był pracowity, zawsze był dla nas dobry. Oby Bóg mu dał szczęście.
Ojciec ( właściwie ojczym Harry): Richard powiedział mi, że chce nam kupić dom. Najładniejszy dom, jaki sobie wybierzemy. Ale ja nie chcę mieć domu. Mieszkamy tu kilkadziesiąt lat. Przyzwyczaiłem się, lubię sąsiadów i oni mnie lubią. Dobrze nam tutaj. Nie chcę też przestać pracować, o co mnie Richard prosił. Ja, stary robotnik, mam być na jego garnuszku? Wystarczy mi, że nasz syn nas kocha teraz tak jak przedtem. Że pamięta o nas.
Przed odlotem z Londynu, przy wejściu do metra spotkaliśmy dwóch ulicznych śpiewaków. Jeden z nich był ślepcem. Grali i śpiewali starą romantyczną angielską piosenkę. Gdy skończyli, zapytaliśmy ich, co myślą o Beatlesach. Staruszek – ślepiec, z melancholią w głosie odpowiedział: Chciałbym być jednym z nich. Nie musiałbym stać tutaj na ulicy.
Kiedyśmy odchodzili, powiedział jeszcze, że właśnie teraz uczy się piosenek Beatlesów. Oni, którzy przez czterdzieści lat śpiewali na ulicach Londynu wyłącznie swoje stare madrygały!
Zapytaliśmy: Dlaczego? Odpowiedź brzmiała: Bo w piosenkach tych chłopaków jest coś ładnego.
Prawdziwi angielscy gentlemani….
Wniosek końcowy
Tajemnicy oszałamiającego sukcesu Beatlesów nie odkryliśmy. Krocząc śladami Beatlemanii, do jej właściwych źródeł nie dotarliśmy. Zdobyliśmy jednak kilka przesłanek, na których można oprzeć domysły. Po pierwsze, Beatlesi ukazali się na zamglonym widnokręgu angielskim we właściwym czasie. Proces emancypacyjny młodzieży angielskiej po wojnie osiągnął właśnie swój szczyt. I po drugie Beatlesi mają wiele cech niesłychanie atrakcyjnych dla współczesnych… nastolatków. W dziewczętach swym wyglądem zewnętrznym (czyściutcy, bardzo chłopięcy, z włosami à la bobasek) wzbudzają uczucia macierzyńskie. W chłopcach budzą zachwyt swym przekornym i prowokacyjnym zachowaniem się w miejscach publicznych, w wypowiedziach do prasy. To przecież nic innego niż przekorne „zyg – zyg – marchewka” w stronę wszystko wiedzących dorosłych.
A poza tym ogromny wdzięk. Wrodzony, naturalny. No i talent. Talent muzyczny i estradowy. Każdy z nich jest urodzonym artystą widowiskowym.
Specjalne podziękowania ślemy Dariuszowi Szurko za wygrzebanie artykułu z biblioteki!
*Tak naprawdę na taśmie słychać jak Paul McCartney wypowiada: "If they like us in Poland, we would like to go there", co można tłumaczyć: "Jeśli nas lubią w Polsce, chętnie byśmy tam pojechali"
(wizyt: 2536)
Więcej na temat Zielona Fala:
2023-07-01: Mark Lewisohn o polskich tropach w historii The Beatles - wywiad dla Radia Lublin,
2019-05-06: Gdyby nas do Polski zaproszono, pojechalibyśmy tam z przyjemnoscią – Beatlesi w wywiadzie dla RWE,
2019-05-05: Beatlemania w latach sześćdziesiątych w Polsce,
1964-03-03: Polscy dziennikarze RWE przeprowadzają wywiad z Beatlesami,
2023-07-01: Mark Lewisohn o polskich tropach w historii The Beatles - wywiad dla Radia Lublin,
2019-05-06: Gdyby nas do Polski zaproszono, pojechalibyśmy tam z przyjemnoscią – Beatlesi w wywiadzie dla RWE,
2019-05-05: Beatlemania w latach sześćdziesiątych w Polsce,
1964-03-03: Polscy dziennikarze RWE przeprowadzają wywiad z Beatlesami,
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
