Coroczny, urodzinowy koncert fanów na Strawberry Fields w Nowym Jorku
2026-10-09, autor: joryk
[...powrót do newsów]
9 października setki fanów Beatlesów i Johna Lennona oraz dziesiątki muzyków zebrały się, by wspólnie świętować urodziny Lennona na nowojorskim Strawberry Fields. Śpiewając, tańcząc, składając kwiaty i na inne sposoby oddawali hołd człowiekowi oraz muzyce, która każdego dnia wciąż rozbrzmiewa tu echem.Choć Strawberry Fields i tak słynie już z muzycznego maratonu wpisanego do Księgi Rekordów Guinnessa, tego dnia muzycy z Nowego Jorku i z całego świata zjechali się na coś w rodzaju całodniowego jam session poświęconego Lennonowi.
Lennon urodził się 9 października 1940 roku, a zmarł 8 grudnia 1980 roku zaledwie kilka przecznic dalej. Choć na Strawberry Fields każdego dnia zaplanowane są występy umówionych wcześniej wokalistów, podczas tych obchodów każdy wykonawca mógł śmiało dołączyć do wspólnego grania.
– Dzisiaj nikt nie jest wpisany na listę – zdradził David Muniz, „strażnik listy”, który na co dzień zajmuje się harmonogramem występów. – Dziś każdy może tu przyjść i zagrać. Mamy zespoły, które regularnie pojawiają się z okazji rocznicy.
Duży zespół, złożony w większości z osób, które dołączyły do grania tylko na ten jeden dzień, wykonywał utwory Beatlesów w blasku świateł przygotowanych na wieczór. Na mozaice leżała brązowa papierowa torba, w której nie zbierano jednak pieniędzy – była za to po brzegi wypełniona kostkami gitarowymi dla muzyków oraz wspomnieniami.
The Core Seven – kluczowi muzycy w tym całodniowym maratonie, w tym wielu przyjezdnych z Queens – zajęli pozycje na przedzie, płynnie przeskakując od jednej piosenki Czwórki z Liverpoolu do kolejnej, podczas gdy słuchacze szczelnie wypełnili park.
– Każdy, kto ma gitarę, może się tu zjawić – stwierdził Jamie Rivera, członek The Core Seven, tuż po odśpiewaniu „Eight Days a Week” ze słowami takimi jak: „Eight days a week is not enough to show I care”.
Perkusista Michael Naimoli, grający również w cover bandzie „Yesterday and Today”, dbał o to, by beatlesowski rytm nie zwalniał ani na chwilę.
– Ludzie przychodzą i odchodzą. To trwa przez cały dzień – zauważył Billy Flood, muzyk, fan zespołu i mieszkaniec Brooklynu, udzielający się w formacji Weekend Cinema. – Przyjeżdżamy tu dwa razy w roku: w urodziny Johna Lennona i w rocznicę jego śmierci. Jesteśmy tu, by go uczcić.
Międzynarodowe „Imagine”
Fani zjechali się z bliska i z daleka. Zarówno nowicjusze, jak i stali bywalcy regularnie odwiedzający Strawberry Fields i słynną mozaikę „Imagine”, zlali się w jedną wielką publiczność, stojącą lub przesiadującą na zielonych parkowych ławkach.
– Jeśli to możliwe i dopisuje pogoda, staram się tu być w ten dzień – przyznał Alec Lobel z North Bergen w stanie New Jersey, ubrany w koszulkę z motywem albumu Abbey Road, podczas gdy w tle rozbrzmiewało „It’s been a hard day’s night”. – Od dawna przychodzę na Strawberry Fields.
Francisco Rodriguez przyjechał z Meksyku do Bostonu i Nowego Jorku (gdzie kupił gitarę akustyczną marki Taylor), a następnie udał się na Strawberry Fields, żeby popatrzeć i pograć.
– W Meksyku mam swoje gitary. Ale kupiłem tu gitarę. Jestem fanem – opowiadał Rodriguez. – Ktoś mi doradził: „Jedź do Nowego Jorku, żeby pograć na gitarze na Strawberry Fields. Są urodziny Johna Lennona”.
Luis Ramirez również dotarł z Meksyku do tej muzycznej mekki, w której ścieżka dźwiękowa z utworami The Beatles gra przez okrągły rok.
– Przyjechałem aż z Meksyku. Widziałem ich na YouTube. Po prostu wziąłem gitarę i tu przybyłem – wyjaśnił Ramirez. – W mieście jest mnóstwo innych atrakcji, ale przyjechałem głównie po to.
Beatlemania
The Beatles nagrali łącznie 213 piosenek, w tym 188 autorskich kompozycji i 25 coverów, tworząc pasmo przebojów, które teraz prezentowali zgromadzeni artyści.
– Kiedy wróciliśmy z porodówki, mój tata od razu puścił z wieży Beatlesów, oprowadzając mnie po każdym pokoju w domu – wspominał Tommy Behnke, mieszkaniec nowojorskiego Upper West Side, który dzieli swój czas między Waszyngton i Nowy Jork. – Dorastałem z nimi od swojego pierwszego dnia na świecie.
Behnke uwielbia tę muzykę, ale ceni również ogromny przekrój ludzi, których widuje i spotyka w Nowym Jorku i na Strawberry Fields.
– Podoba mi się ta cała galeria postaci, którą zawsze można tu spotkać – dodał. – Zobaczysz faceta w czapce MAGA, który siedzi tuż obok kogoś z fioletowymi włosami. Mogą się ze sobą nie zgadzać w wielu kwestiach. Ale siedzą tu razem i łączy ich muzyka.
Behnke miał na sobie koszulkę przedstawiającą Lennona i McCartneya oraz Cavern Club w Liverpoolu – miejsce, gdzie pod koniec lat 50. grupa stawiała pierwsze kroki jako The Quarrymen, zanim w ogóle wyewoluowała w The Beatles.
– To tam wszystko się zaczęło. Tam ciężko pracowali, szlifowali swój warsztat, dopracowywali piosenki i stawali się prawdziwym zespołem – tłumaczył Behnke. – Gdyby nie Cavern Club i ta ogromna praca, ich popularność nigdy nie eksplodowałaby na taką skalę.
Behnke postrzega Lennona i McCartneya jako duet kompozytorski, który idealnie się uzupełniał.
– Byli jednym z największych zespołów autorskich wszech czasów – ciągnął dalej. – Osiemdziesiąt procent tej piosenki to Paul. „Try to see it my way”. Całość ma pogodne, jasne brzmienie. Ale kiedy wchodzi tekst: „Life is very short”, to jest już czysty John Lennon. To była między nimi dynamika ognia i lodu.
Lobel przysłuchiwał się, jak zaimprowizowany, beatlesowski zespół grał: „He’s a real nowhere man, sitting in his nowhere land, making all his nowhere plans for nobody”.
– Ich muzyka jest ponadczasowa – stwierdził Lobel. – Moja ulubiona piosenka? Jest ich tyle, że trudno jedną wybrać. Lubię „Good Day Sunshine”. To chyba z Revolvera. No i „Here Comes the Sun”.
Z kolei Behnke woli te bardziej refleksyjne utwory, w przeciwieństwie do miłosnych piosenek, od których Beatlesi zaczynali.
– Wczesne piosenki Beatlesów były głównie o miłości – zaznaczył Behnke. – Myślę, że John, kiedy zaczął pisać bardziej refleksyjnie, był w swojej absolutnie najlepszej formie. „Help!” było bardzo osobistą piosenką. To było prawdziwe wołanie o pomoc. Sława zaczynała dawać mu się we znaki.
Kiedy urodzinowy maraton dobiegnie końca, dźwięki i piosenki powrócą tam już następnego dnia za sprawą stałych bywalców. To oni dbają o to, by rytm nie ustawał, muzyka wciąż grała, tłumy wciąż przybywały, a płomień pamięci nadal płonął.
Bill Purdy wspomniał, że jam sessions z muzyką The Beatles i latami sześćdziesiątymi można usłyszeć również w pierwszą sobotę każdego miesiąca w Fish Barze w dzielnicy East Village.
– Udziela się tam wielu z tych chłopaków – powiedział Purdy, mający na głowie czerwoną czapkę z motywem zespołu. – Grają głównie Beatlesów, ale też sporo muzyki z lat 60.
Wiele osób składało kwiaty na mozaice; inni gromadzili się wokół niej w taki sposób, aby pod żadnym pozorem na nią nie wejść – a ułożone z kamieni słowo „Imagine” znajdowało się dokładnie pomiędzy nimi a grającym zespołem.
– Będą tu grać pewnie do godziny 22:00 – zapowiedział Muniz. – Każdy może przyjść, dołączyć do koła i po prostu grać.
Jak zauważył, tłumy pojawiają się tu zarówno w urodziny Lennona, jak i w rocznicę jego śmierci, z tą różnicą, że to urodzinowe świętowanie wprost wypływa z radości.
– W oba te dni jest tu tłoczno – powiedział Muniz, który sam sprzedaje pamiątki związane z Lennonem, a niekiedy także występuje. – Ale ten dzisiejszy dzień jest po prostu szczęśliwszy.
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania