Paul McCartney nie musi już tworzyć muzyki. Po prostu to uwielbia.
2026-06-02, autor: kasia
[...powrót do newsów]
Na swoim nowym albumie były Beatles wraca do przeszłości i czerpie ogromną radość z samego faktu, że wciąż tworzy. Dla Paula McCartneya pisanie piosenek to nie tylko praca, rzemiosło i ujście dla emocji. To wewnętrzny przymus i nieodparta potrzeba.„Ludzie pytają: »Dlaczego wciąż piszesz piosenki?«. A prawda jest taka, że po prostu to uwielbiam. Jestem od tego uzależniony” – powiedział w wywiadzie przeprowadzonym w Boulevard Carroll, istnym labiryncie studiów nagraniowych i sal prób na manhattańskim Far West Side. To właśnie tam 83-letni McCartney zakończył przed chwilą popołudniową próbę z zespołem przed finałowym odcinkiem sezonu „Saturday Night Live”. „Z czarnej dziury wyłania się mleko i miód. I jest to wspaniałe uczucie”.
Przymus tworzenia i brak rutyny
Mimo swojej ogromnej płodności artystycznej – począwszy od czasów The Beatles, przez Wings, aż po solowe albumy – McCartney nie trzyma się żadnej kompozytorskiej dyscypliny ani rutyny. „Po prostu gdzieś jestem, mam trochę wolnego czasu i akurat leży tam moja gitara, albo siedzę obok pianina. I nagle nachodzi mnie ta potrzeba” – wyznał. „Ilekroć na coś wpadnę, myślę sobie: »Och, wow«. To wspaniałe uczucie. Wiecie, cały ten proces twórczy jest czymś niesamowitym. Zawsze powtarzam, że to o wiele lepsze niż chodzenie do pracy”.
McCartney prezentował się nienagannie, nawet jak na zwykłą próbę. Miał na sobie niebieską marynarkę, czarną koszulę w drobne różowe kropki, czarne spodnie, wsuwane buty na białej podeszwie przypominające obuwie do karate oraz skarpetki w psychodeliczny wzór niebieskich bąbelków pod jaskrawożółtym paskiem.
Od „Saturday Night Live” do Ed Sullivan Theater
Kilka dni później McCartney miał wystąpić w „S.N.L.”, grając stare i nowe utwory, w tym „Days We Left Behind” ze swojego nowego albumu „The Boys of Dungeon Lane”. Następnie, pięć dni później, McCartney pojawił się jako niezapowiedziany, finałowy gość w programie „The Late Show with Stephen Colbert”, na scenie Ed Sullivan Theater – dokładnie tam, gdzie The Beatles w 1964 roku zaliczyli swój debiut w Ameryce Północnej. W ramach muzycznego finału u Colberta zaśpiewał beatlesowskie „Hello Goodbye”.
Sukces na przekór doradcom zawodowym
W bezpośrednim kontakcie McCartney znosi sześć dekad swojej sławy z niezwykłą klasą. Jest serdeczny i bezpretensjonalny, dumny, ale nie arogancki, a przy tym wciąż zachwycony i zdumiony swoim życiem jako muzyk. „Często zastanawiam się dzisiaj, jak to się stało, że zostałem autorem piosenek” – dumał. „Bo, wiecie, jestem tylko zwykłym chłopakiem, który chodził do szkoły i udał się do doradcy zawodowego, a ten mi powiedział: »Nie masz kwalifikacji i nie ma... nie widzę dla ciebie wielkiej przyszłości«”.
„Musiałem więc to przełknąć i po prostu pomyśleć: »A chrzanić cię – zamierzam coś osiągnąć«. To sprawiło, że pracowałem na sukces jeszcze ciężej, ponieważ z założenia miałem go nie odnieść. Zatem pisanie piosenek było jedną ze wspaniałych rzeczy w okresie mojego dorastania”.
Pierwszą piosenką, którą napisał, był utrzymany w klimacie rockabilly utwór „I Lost My Little Girl”. McCartney wspomina: „Ktoś mi później zwrócił uwagę: »To było o stracie twojej mamy«. Napisałem to, mając jakieś 14 czy 15 lat, a ona zmarła całkiem niedawno”. Choć The Beatles nie nagrali tej piosenki, McCartney zaprezentował ją później, w latach 70., z zespołem Wings. „To interesująca rzecz w piosenkach” – zauważył. „Nawet nie zdając sobie z tego sprawy, zgłębiasz w nich tematy, o których być może trudno byłoby ci mówić na głos”.
Powrót do korzeni z nowym pokoleniem
Na albumie „The Boys of Dungeon Lane” wiele nowych piosenek McCartneya stanowi powrót do jego dzieciństwa w Liverpoolu i najwcześniejszych dni The Beatles. W utworze „Down South” wspomina, jak poznawał się z George'em Harrisonem, gdy wspólnie podróżowali autostopem na południe, w stronę Londynu. W piosence „Home to Us”, opowiadającej o ich pozbawionym blasku rodzinnym mieście, do McCartneya dołącza Ringo Starr, by zaśpiewać i zagrać na perkusji.
McCartney stworzył ten album we współpracy z Andrew Wattem, zdobywcą nagrody Grammy, producentem mającym na swoim koncie nagrania z The Rolling Stones, Miley Cyrus, Lady Gagą, Iggym Popem i zespołem Pearl Jam. „To niesamowite móc obserwować Paula przy pracy” – powiedział Watt w wywiadzie telefonicznym. „Mówi się o zasadzie dziesięciu tysięcy godzin, a on ma za sobą z milion godzin spędzonych na nagrywaniu i tworzeniu płyt. Dzięki temu jego zrozumienie specyfiki mikrofonów, umiejętności aranżacji, pisania oraz gry na każdym z instrumentów są po prostu nieprawdopodobne. A przy tym on tak świetnie się bawi, kiedy gra. Skacze po całym pokoju, przeskakuje od jednego instrumentu do drugiego, tańczy i śmieje się. Praca z nim to naprawdę radosne doświadczenie”.
Chad Smith, perkusista Red Hot Chili Peppers, który w ostatniej chwili dołączył do składu na występ w „S.N.L.”, był równie wylewny w pochwałach. „Brakuje mi przymiotników, by opisać, jak wspaniałe to było” – wyznał Smith w rozmowie telefonicznej. „Ciągle powtarzał: »Po prostu czerpmy z tego frajdę«. Wiecie, on nie musiałby już wcale grać, gdyby nie miał na to ochoty, i nie musi już nagrywać płyt. Obserwowanie tej energii jest niezwykle inspirujące. On to autentycznie kocha”.
Rozpakowywanie starych historii
Dla McCartneya współpraca z Wattem stała się bodźcem do wspomnień. „Praca z młodszym producentem skłania mnie do snucia opowieści” – przyznał McCartney. „Głównie o The Beatles, ponieważ to był nasz początek, gdy byliśmy dzieciakami. A tego rodzaju wspomnienia są chyba dla większości ludzi najcenniejsze”.
Album „The Boys of Dungeon Lane” wręcz emanuje muzyczną swobodą i chęcią do zabawy, które towarzyszą McCartneyowi przez całe życie. Otwierający go utwór „As You Lie There” wybucha z ciepłego wspomnienia, przechodząc w charakterystyczny dla McCartneya krzyk w stylu Little Richarda. „Never Know” nabiera psychodelicznego charakteru, zestawiając w kontrapunkcie wokale oparte na nonsensownych sylabach z majestatycznym, narastającym finałem. „Salesman Saint”, piosenka o rodzicach McCartneya, którzy przetrwali II wojnę światową w Liverpoolu ze „śmiechem i piosenką na ustach”, płynnie zmienia metrum i nagle rozkwita swingującymi partiami instrumentów dętych rodem z big-bandu.
Muzea nie muszą pachnieć kurzem
Ostatnio wspomnienia McCartneya zaczęły nabierać jeszcze bardziej realnych kształtów. W Rock & Roll Hall of Fame w Cleveland właśnie otwarto wystawę poświęconą Wings, grupie McCartneya z lat 70., która taśmowo tworzyła przeboje. Artysta przekazał na nią trochę kostiumów i pamiątek – z wyjątkiem swojego basu Höfnera w kształcie skrzypiec. „Nie mogę oddać im mojego basu, bo nadal na nim gram” – skwitował.
W Londynie dawna siedziba Apple pod adresem 3 Savile Row zostanie ponownie otwarta w formie muzeum. Fani będą mogli odwiedzić zrekonstruowane studio w piwnicy, gdzie The Beatles nagrali „Let It Be”, oraz dach, na którym zespół dał swój ostatni, krótki występ.
„Słowo »muzeum« kojarzy się z kurzem” – zauważył McCartney. „Nie sądzę, by tak to miało wyglądać. Myślę, że to miejsce będzie tętnić życiem”.
Dungeon Lane, o której mowa w „Days We Left Behind”, to ulica w Liverpoolu prowadząca do brzegu rzeki Mersey, gdzie McCartney uwielbiał obserwować ptaki. Było to również miejsce, w którym kręcili się lokalni chuligani i gdzie pewnego dnia zrabowano mu zegarek.
„Kiedy tworzysz, piszesz coś, co ostatecznie staje się metaforą dla czegoś znacznie głębszego, niż to, co po prostu przelewasz na papier” – powiedział, cytując fragment tekstu piosenki. „»Niektórzy z nich poczują ból, ale niektórzy byli stworzeni do wyższych celów«. Ci »stworzeni do wyższych celów« to my – chłopaki, którym udało się stamtąd wyrwać”.
Zaraz jednak dodał: „Znam mnóstwo chłopaków z Dungeon Lane, którym się nie powiodło. Wiecie, wielu z moich przyjaciół to ludzie, którzy nie odnieśli wielkiego sukcesu zawodowego”.
Lennon i McCartney: Idealne przeciwieństwa
Piosenka wspomina również o 20 Forthlin Road w Liverpoolu, domu – obecnie należącym do brytyjskiego National Trust – w którym McCartney i Lennon rozpoczęli swoją kompozytorską współpracę. „Prawie zawsze siadaliśmy razem z dwiema gitarami akustycznymi i po prostu rzucaliśmy pomysłami, inspirując się nawzajem” – wspominał McCartney. „Patrząc na to z perspektywy czasu, nie mógłbym wymarzyć sobie lepszego partnera”.
Dodał także: „John miał w sobie znacznie więcej ostrości i drapieżności, co bardzo mi się podobało. Kiedy pracowaliśmy razem, posiadanie tej ostrości było niezwykle inspirujące i przydatne. Z kolei dla niego, jak sądzę, dobrze było mieć u boku coś łagodniejszego, może nieco bardziej romantycznego. Taki już po prostu jestem. Taka jest moja natura. Lubię pewne rzeczy, na które niektórzy mogliby tylko prychnąć z wyższością i stwierdzić: »O rany, ale to ckliwe«”.
Czasami jednak on sam czuł się niezrozumiany. „To zabawne, jak łatwo przypina się ludziom łatki” – zauważył. „Nazywanie mnie »tym uroczym« w The Beatles – to była najgorsza obelga, jaką można mi było rzucić. Naprawdę tego nie znosiłem. Myślałem sobie: »Nie, nie, nie, jestem kimś więcej«. Prawdą jest jednak to, że kiedy piszę piosenkę, lubię, by miała w sobie ten element miłości. Ale żeby to zrównoważyć, często łapię się na tym, że wkrada się w to coś odrobinę bardziej realistycznego. Lubię połączenie obu tych rzeczy”.
Jego wybitny dar do tworzenia melodii potrafi skutecznie maskować mroczniejsze chwile. Kiedy został zapytany, do których ze swoich mniej znanych utworów ma największą słabość, wymienił „Daytime Nightime Suffering” oraz „Arrow Through Me” – dwie piosenki Wings z lat 70., które nie tylko obfitują w muzyczne zawirowania, ale kryją w sobie również niezwykle niespokojne myśli.
Żyletka, taśma i stare sprzęty z Abbey Road
Podczas pracy nad nowym albumem McCartney powrócił do swoich dawnych metod studyjnych. W trakcie jednej z korporacyjnych reorganizacji wytwórni EMI – z którą The Beatles byli związani przez lata – jej księgowi podjęli decyzję o wyprzedaży sprzętu ze studia Abbey Road. McCartney odkupił wówczas wiele z tych instrumentów, a wśród nich melotron, którego użył w utworze „Strawberry Fields”, szpinet, na którym zagrał w „Because”, oraz czterościeżkowy magnetofon taśmowy Studer, który być może posłużył do nagrania „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” – choć sam McCartney nie był w stanie jednoznacznie potwierdzić, czy to dokładnie ten sam egzemplarz.
Wciąż używa tego zabytkowego sprzętu. Jeden z nowych utworów, „We Two” – pełna czułości piosenka o miłości, partnerstwie oraz wzajemnym wsparciu i szacunku – został w całości nagrany na taśmę właśnie przy użyciu Studera. Współczesna technologia komputerowa daje do dyspozycji nieskończoną liczbę ścieżek, które można w dowolnej chwili modyfikować. Jednak podczas tworzenia płyty „Sgt. Pepper” Beatlesi musieli wielokrotnie zgrywać wiele instrumentów do jednej, niezmiennej ścieżki. „Zastosowaliśmy dokładnie ten sam proces, z którego korzystał za czasów The Beatles, w stu procentach” – powiedział Watt – aż po ostateczny montaż polegający na cięciu taśmy żyletką.
„We Two” kończy się dźwiękiem przewijanej taśmy – dźwiękiem, który w epoce cyfrowej bezpowrotnie zniknął. „Po prostu to tam dodaliśmy, bo dzisiaj nikt już tego nie słyszy” – zauważył McCartney. „Kiedyś słyszało się to na każdej nagrywanej przez siebie płycie”.
Czerwone, niebieskie i zielone piosenki
Kiedy McCartney i Lennon zaczynali wspólnie komponować, nie mieli możliwości rejestrowania piosenek w trakcie ich powstawania. Wyszli jednak z prostego założenia: „Skoro sami nie potrafimy tego zapamiętać, to jak możemy oczekiwać, że zapamiętają to inni?” – wspominał McCartney. „Przyjęliśmy to zatem za naszą żelazną zasadę”.
Teraz, co oczywiste, może on rejestrować muzyczne pomysły na telefonie komórkowym. Wyciągnął swojego iPhone'a i przewinął zakładkę ze wszystkimi nagraniami – dziesiątki stron z niezliczonymi możliwościami. „»L.A. Melody«, co to było?” – zastanawiał się, podczas gdy z malutkiego głośnika popłynęły majestatyczne akordy pianina.
Odtworzył kolejne nagranie: chwiejną pętlę melotronu okraszoną pełnymi pogłosu akordami gitary i zarysem powstającego tekstu. Była to jedna z tych kompozycji, które sam nazywa swoimi „zielonymi piosenkami” – i które być może pewnego dnia trafią na płytę.
„Podczas pracy nad albumem podzieliliśmy piosenki na trzy kategorie” – wyjaśnił. „Pierwszą stanowiły piosenki czerwone, czyli te, których zamierzaliśmy użyć, i to w zasadzie one ostatecznie znalazły się na płycie. Następnie były piosenki niebieskie, czyli takie, które mogły trafić na album, ale z różnych względów zostały odsunięte na boczny tor. I wreszcie są te zielone, które mają charakter eksperymentalny. Mam przy nich absolutną wolność i ostatecznie to właśnie te piosenki bardzo mi się podobają”.
Wolność i czysta magia częstotliwości
McCartney nie przejmuje się już tworzeniem przebojów. „Kiedy próbujesz być kreatywny, to wspaniale, jeśli owoce twojej pracy podobają się wielu ludziom” – wyznał. „Ale to nie jest cel sam w sobie. Nie jest to dla mnie ani w połowie tak ważne, jak dla niektórych. Lubię wolność. I jeśli ta wolność prowadzi do stworzenia przeboju – świetnie. Jeśli ta wolność prowadzi po prostu do tego, że sam czerpię z tego radość – to prawdopodobnie jeszcze lepiej”.
Tym, co się dla niego teraz liczy, jest po prostu tworzenie muzyki. „Muzyka to magiczny świat” – stwierdził McCartney. „Nawet z naukowego punktu widzenia to tylko zbiór częstotliwości. Jak to więc możliwe, że te częstotliwości potrafią dotknąć twojego serca? Rozumiem sytuację, gdy piosenka ma tekst – wtedy czasem myślisz sobie: »o tak«. Ale jeśli to tylko melodia – w jaki sposób potrafi doprowadzić cię do płaczu? To jest właśnie magia. Uwielbiam to”.
Gdy wywiad dobiegł końca, McCartney stanął w drzwiach, przyglądając się dwójce pracowników studia, którzy w pośpiechu minęli się w korytarzu. Uśmiechnął się. „Hello goodbye” – powiedział.
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
