Phil Spector: Siedzą we mnie diabły.
2018-04-16, autor: joryk
[...powrót do newsów]
Autor: Jarek Szubrycht, Gazeta Wyborcza.W latach 60. XX w. Phil Spector był najsłynniejszym producentem muzycznym świata. Wprowadzał piosenki na szczyty list przebojów, współpracował z największymi. Wyprodukował m.in. album "Let It Be" Beatlesów. Od prawie dekady człowiek, który zrewolucjonizował muzykę, siedzi w więzieniu
Wiedziałem. Ludzie się ze mnie śmiali, z malucha produkującego płyty rockandrollowe. Ale ja wiedziałem. Próbowałem wytłumaczyć wszystkim swoim zespołom, że robimy coś bardzo ważnego. Naprawdę. To było bardzo trudne, bo miałem do czynienia z ludźmi pozbawionymi poczucia przeznaczenia. Nie wiedzieli, że tworzą sztukę, która zmieni świat. Ja wiedziałem – mówił w grudniu 2002 r. w wywiadzie udzielonym Mickowi Brownowi. Rozmowa posłużyła za kanwę biograficznej książki „Burząc Ścianę Dźwięku” i jest ciekawa nie tylko dlatego, że Spector po raz pierwszy od lat opowiada w niej swoje losy, ale przede wszystkim dlatego, że ukazała się kilka tygodni przed wydarzeniem, które zakończyło jedno życie, na zawsze odmieniło drugie, a do legendy dopisało ponure, dalekie od happy endu zakończenie.
W lutym 2003 r. w jego posiadłości zginęła aktorka Lana Clarkson. Sześć lat później Spector został uznany za winnego morderstwa drugiego stopnia i skazany na dożywocie, z możliwością ubiegania się o warunkowe zwolnienie po 19 latach. Opinia publiczna przyjęła wyrok z entuzjazmem. Dziennikarz „The Village Voice” w tekście zatytułowanym „Czy może być ktoś bardziej chory niż Phil Spector?” wyraził nadzieję, że to połączenie Willy’ego Wonki z Charlesem Mansonem za kratkami zostanie czyjąś suką. Proces relacjonowały media z całego świata, wydawnictwa planowały książki, stacje telewizyjne zamawiały scenariusze.
Myślę, że kiedy Jefferson pisał Deklarację Niepodległości, myślał, że ludzie to zapamiętają. Kiedy Gershwin tworzył „Amerykanina w Paryżu”, mógł powiedzieć sam sobie: „To jest coś wyjątkowego”. Myślę, że Irving Berlin miał ego, które mówiło mu, że ludzie go zapamiętają. Ja byłem taki sam – Spector przyznał się Brownowi, że pragnął nieśmiertelnej sławy. Ale chyba inaczej ją sobie wyobrażał.
Minerwa z głowy Jowisza
„Wynalazłem przemysł muzyczny” – mówi Phil Spector ustami Ala Pacino w filmie zatytułowanym po prostu „Phil Spector”, według scenariusza i w reżyserii Davida Mameta. Trochę zasług sobie dodał, ale trzeba mu przyznać, że wyniósł muzykę popularną do rangi sztuki. „Sztuka to pojęcie względne. Wszystko może być sztuką. To tylko kwestia gustu” – swoje herezje wyrażał z pewnością godną dogmatów, ale ludzie mu wierzyli. Nie na słowo, lecz zachwycając się wyprodukowanymi przez niego piosenkami i – bo naśladownictwo jest przecież najwyższą formą pochlebstwa – kopiując pomysły Spectora.
Na czym właściwie polegała jego praca? Nie wolno mylić jej z realizacją dźwięku, choć wiedza, gdzie wetknąć niebieski kabelek i do czego służą te wszystkie suwaki, może okazać się przydatna i większość producentów ją w mniejszym lub większym stopniu ma. Jerry Wexler, nieżyjący już amerykański dziennikarz muzyczny i również producent, współpracujący m.in. z Rayem Charlesem i Bobem Dylanem, dzielił przedstawicieli tego zawodu na trzy kategorie. Pierwsza to dokumentaliści, którzy trafiają na koncert artysty i zachwyceni tym, co usłyszeli, zaciągają go do studia. Niczego nie zmieniają, utrwalają to, co zrobiło na nich wrażenie. Druga kategoria to asystenci – podporządkowani wizji artysty pomagają mu jak najpełniej ją realizować. Trzecia kategoria – za jej króla Wexler uważał Phila Spectora – to ludzie, którzy kontrolują proces powstawania utworu, od kompozycji, przez aranżację, po jej rejestrację. Dla Spectora piosenka i nagranie były jednym, istniały w jego mózgu. Kiedy wchodził do studia, wyskakiwały z niego jak Minerwa z głowy Jowisza. Każdy instrument miał do odegrania jakąś rolę i wszystkie były zaplanowane. Wokalista był tylko jednym z elementów tej mozaiki – pisał Wexler w magazynie „Rolling Stone”.
Zaczynał, jak niemal każdy, od licealnego zespołu. Teddy Bears nie skończyli jednak na podbijaniu serc koleżanek z klasy podczas balu maturalnego – podpisali kontrakt płytowy i w 1958 r. wydali singel „To Know Him Is to Love Him”. Piosenka dotarła na szczyt listy tygodnika „Billboard”, do drugiego miejsca analogicznego notowania w Wielkiej Brytanii, mała płyta pokryła się złotem. Jej kompozytor i wykonawca w wieku zaledwie 19 lat posmakował oszałamiającego sukcesu.
Młody zespół nie wytrzymał ciśnienia i Teddy Bears rozpadli się rok po sukcesie. Zdążyli nawet wydać album, który nikogo nie obchodził, ale to wystarczyło, by Spector zasmakował w studyjnej pracy i poznał przyszłego współpracownika Lestera Silla, postać bardzo aktywną w kalifornijskim biznesie muzycznym. Razem założyli w 1961 r. wytwórnię płytową – jej nazwa, Philles, to połączenie ich imion. Spółka długo nie przetrwała, w 1963 r. Spector, przekonany o swojej nieomylności, wykupił udziały Silla. I dopiero się rozkręcał.
Ściana Dźwięku
W latach 1961-66 był najbardziej wziętym producentem świata, udało mu się wprowadzić ponad 20 piosenek do pierwszej czterdziestki „Billboardu”. Wykonywały je takie formacje, jak The Crystals, The Ronettes czy The Righteous Brothers. Nazwy już dziś zapomniane, ale melodie niemal każdy kojarzy, choćby z telewizji i filmów – „Be My Baby” The Ronettes chociażby ze ścieżki dźwiękowej „Dirty Dancing”, a „Unchained Melody” w wersji The Righteous Brothers z „Uwierz w ducha”, parodii tej sceny w „Nagiej broni 2 1/2: Kto obroni prezydenta?” i licznych seriali. Nie wszystkie pomysły od razu chwytały, ale niektóre po latach uznawane są za klasykę muzyki popularnej, choćby „River Deep – Mountain High” Ike’a i Tiny Turner.
Spector wygrywał tym, że traktował piosenki i ich wykonawców bardziej serio, niż było w zwyczaju. Większość producentów nagrywała pop byle jak, po łebkach, byle było słychać chwytliwy refren. Jest hit? Wspaniale. Nie ma? Mamy jeszcze kwadrans do fajrantu, nagramy dwa kolejne utwory. Spector w drobiazgu, jakim była piosenka pop, starał się upakować wszystko, co miał pod ręką. Aranżował brzmienie całych orkiestr, gitar akustycznych i elektrycznych, fortepianów i organów, instrumentów smyczkowych, dzwonków i innych przeszkadzajek oraz zwielokrotnionych partii wokalnych. To wszystko topił w pogłosie, twierdząc, że swoje podejście do muzyki zawdzięcza wpływom Richarda Wagnera, że tworzy „małe symfonie dla dzieciaków”. Jego hałaśliwe, potężne produkcje, określane mianem Ściany Dźwięku, zachwyciły branżę i publiczność, przynosząc Spectorowi pieniądze i upragnioną sławę. Niestety, nie nieśmiertelną.
Padł ofiarą własnego sukcesu. Ściana Dźwięków stała się modna i wielu producentów zaczęło naśladować studyjne praktyki Spectora, niektórzy z powodzeniem. Do inspiracji jego metodą przyznawali się m.in. The Beach Boys, Abba, The Velvet Underground, a także tacy wybitni producenci młodszego pokolenia jak Brian Eno i Tony Visconti. Powstawały całe gatunki muzyczne – jak shoegaze – których bez Ściany Dźwięku nie sposób sobie wyobrazić. Wszyscy już wiedzieli, jak to się robi, więc woleli obywać się bez pomocy Phila Spectora. Tym bardziej że w studiu ponoć był despotą, zakochanym w sobie cholerykiem.
Ale nie poddał się bez walki. W nową dekadę największy producent wszedł pod rękę z największym zespołem, ratując „Let It Be”, pożegnalny album The Beatles, z rąk Glyna Johnsa, z którym Wielka Czwórka nie mogła znaleźć porozumienia. Musiał zrobić dobre wrażenie, bo do współpracy przy solowych materiałach zapraszali go później John Lennon i George Harrison. Nagrał jedną płytę z Leonardem Cohenem („Death of a Ladies’ Man”, 1977) i jedną z punkowcami z The Ramones („End of Century”, 1980) – po czym zamilkł. Gdyby nie epizodyczna współpraca z brytyjską formacją Starsailor u progu XXI w., można by powiedzieć, że na zawsze.
Do pewnego stopnia szalony
„Nie przejmowałem się ludźmi, byłem zbyt zajęty” – to Pacino jako Spector w filmie Mameta, zresztą krytykowanym za zbytnie pobłażanie producentowi i podważanie decyzji sądu. Rzeczywiście, wydźwięk „Phila Spectora” nie jest jednoznaczny, można seans zakończyć z wrażeniem, że przysięgli byliby mniej surowi, gdyby nie mieli do czynienia z antypatycznym dziwakiem.
Ponad dwie dekady poprzedzające śmierć Lany Clarkson Spector spędził w odosobnieniu. Król muzycznego biznesu sam siebie skazał na banicję w swojej luksusowej rezydencji. Są tacy, którzy twierdzą, że śmierć ojca położyła się cieniem na życiu syna – Ben, Żyd z Ukrainy, popełnił samobójstwo w 1949 r., gdy Phil miał 10 lat. Tytuł wielkiego hitu Teddy Bears, piosenki, od której wszystko się zaczęło, to napis, który znalazł się na płycie nagrobnej Spectora seniora: „Znać go to go kochać” – ale trudno znaleźć inne dowody na nieprzepracowaną traumę. Niektórzy uważają, że producent może mieć zespół Aspergera, łagodną formę autyzmu, inni w jego zachowaniu podczas procesu dopatrywali się objawów choroby Parkinsona. Jeszcze inni datują początek problemów Spectora na marzec 1974 r., kiedy prawie stracił życie w wypadku samochodowym, wypadając z pojazdu przez przednią szybę. Lekarze założyli mu ponoć kilkaset szwów na twarzy i tyle głowy – Dave Thompson w biografii „Wall of Pain: The Biography of Phil Spector” twierdzi, że przez te blizny Spector zakładał później swoje dziwaczne peruki, które tak szokowały świadków procesu.
Ale wypadek też wszystkiego nie wyjaśnia. Twórca Ściany Dźwięku już jako młody człowiek uskarżał się na problemy z samopoczuciem, cierpiał na bezsenność i wahania nastroju. Od 1960 r. regularnie odwiedzał psychiatrę, szukał pomocy w terapii i farmakologii.
Byłem wewnętrznie okaleczony. Emocjonalnie – mówił w grudniu 2002 r., przyznając się do choroby afektywnej dwubiegunowej, ale też do przyjmowania lekarstw trzymających w ryzach objawy schizofrenii. Siedzą we mnie diabły, które ze mną walczą. Jestem swoim najgorszym wrogiem. Praktycznie rzecz biorąc, można powiedzieć, że jestem do jakiegoś stopnia szalony.
Chyba zabiłem
Sześć tygodni później, 3 lutego 2003 r., na posterunku policji w kalifornijskim mieście Alhambra odebrano telefon od wyraźnie przejętego mężczyzny mówiącego z mocnym hiszpańskim akcentem. Adriando de Souza, kierowca Phila Spectora, poinformował, że jego szef pojawił się właśnie w drzwiach rezydencji z rewolwerem w dłoni, mówiąc: „Chyba właśnie kogoś zabiłem”. Tym kimś mogła być tylko Lana Clarkson, nieszczególnie rozchwytywana aktorka, którą Spector poznał tego wieczoru w klubie House of Blues, gdzie dorabiała jako kelnerka. De Souza godzinę wcześniej przywiózł oboje do posiadłości o dumnej nazwie Zamek Pireneje. Policja znalazła kobietę półleżącą na krześle, z raną postrzałową ust.
Spector, któremu milion dolarów kaucji pozwolił odpowiadać w procesie z wolnej stopy, twierdził później, że co prawda broń należała do niego, ale Clarkson sama włożyła sobie lufę w usta. Tłumaczył, że przypadkiem pociągnęła za spust, a on stał kilka metrów dalej i próbował ją bezskutecznie powstrzymać. Niektórzy obserwatorzy obawiali się, że bogaty łotr wywinie się sprawiedliwości bez względu na dowody, że będzie powtórka sprawy O.J. Simpsona. Różnica polegała na tym, że Spector nie budził sympatii i nawet się nie starał. Świadków zdarzenia co prawda nie było, na marynarce podejrzanego znaleziono zaskakująco niewiele śladów krwi, ale poszlaki przemawiały na jego niekorzyść – kobiety z przeszłości wspominały, że je źle traktował, na jaw wyszła obsesja producenta na punkcie broni palnej. Mimo to niewiele brakowało, by do dziś cieszył się wolnością. Pierwszy proces, który odbywał się od marca do września 2007 r., został unieważniony, bo ława przysięgłych nie mogła dojść do porozumienia. W drugim zapadł wyrok skazujący.
Od 2009 r. Phil Spector siedzi w więzieniu. Pozbawiony luksusu, peruk i muzyki. Kilka lat temu w wyniku choroby stracił głos, więc nawet jeśli dożyje wyjścia zza krat, nie będzie się już przechwalał.
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
