Beatlemania w technikolorze: Niezwykły reportaż z 1963 roku
1963-11-20, autor: kasia
[...powrót do newsów]
Tego dnia w 1963 roku kamery Pathé News uwieczniły Beatlemanię w technikolorze. Okazją był pierwszy z dwóch jesiennych koncertów w kinie ABC w Manchesterze. Materiał powstał na potrzeby krótkiego reportażu zatytułowanego „The Beatles Come to Town” (Beatlesi przyjeżdżają do miasta), który wyświetlano w całej Wielkiej Brytanii w tygodniu poprzedzającym Boże Narodzenie, od 22 grudnia 1963 roku.Na miejscu, by zrelacjonować dla „Daily Express” towarzyszącą muzyce atmosferę chaosu, był przyszły rzecznik prasowy grupy, Derek Taylor. Widział on The Beatles w Manchesterze już wcześniej, 30 maja. Jego żona, Joan, tym razem nie mogła mu towarzyszyć.
„Byłem tam z siostrą Joan, szesnastoletnią wówczas Diane” – wspominał Taylor w swojej książce Fifty Years Adrift. – „Joan była w ósmym miesiącu ciąży, a koncert Beatlesów na tamtym etapie ich kariery zdecydowanie nie był miejscem dla kobiety w błogosławionym stanie”.
Był to siódmy występ zespołu w Manchesterze i drugi w ciągu pół roku. Prasa, telewizja, policja i fani potraktowali go jako wydarzenie najwyższej rangi. W ostatnim akapicie najbardziej kwiecistej recenzji, jaką kiedykolwiek napisałem, podsumowałem: „To po prostu ostateczny fenomen show-biznesu”. Było to stwierdzenie równie górnolotne, co prawdziwe. Poniżej zamieszczam pełny tekst reportażu w formie, w jakiej został podyktowany telefonicznie po pierwszej części koncertu (w tamtych czasach grywano bowiem dwukrotnie każdego wieczoru):
Beatlemania w swym szlochającym, rozedrganym apogeum opanowała minionej nocy Manchester.
Zniewoliła nastolatków z całego miasta i okolic. Ściągnęła pięć tysięcy z nich do wnętrza kina Apollo, by mogli wspólnie przeżywać dudniącą ekstazę elektrycznego podniecenia. Oderwała od służby połowę miejskich sił policyjnych – zarówno funkcjonariuszy, jak i funkcjonariuszki. Postawiła w stan pełnej gotowości służby ratunkowe południowego Lancashire – mężczyzn, kobiety, a nawet przejęte powagą sytuacji dzieci.
W południe, w dziwnej atmosferze niepokoju, z dala od kina Apollo, trwały próby generalne. Pogotowie św. Jana ustawiło personel z apteczkami w szyku paradnym. To samo zrobił Czerwony Krzyż. Policja otrzymała ostateczne rozkazy. Przed kinem rozstawiono mobilne centrum dowodzenia – ostatnio używane w zeszłym miesiącu podczas obławy na mordercę. Sami „chłopcy” – Ringo Starr, George Harrison, Paul McCartney i John Lennon – wciąż próbujący postrzegać się jako zwykli artyści z Liverpoolu, przedzierali się w stronę Lancashire z Wolverhampton, gdzie występowali we wtorek.
Przed teatrem, w porze lunchu, rozpoczęło się nastoletnie czuwanie. Gromadziły się małe grupki dziewcząt w skórzanych kurtkach. Wczesnym popołudniem było ich już dwieście. Niewiele z nich miało bilety na wczorajszy, dwuczęściowy spektakl. Wszystkie wyprzedano w cztery desperackie godziny wiele tygodni temu, kiedy to do tłumienia zamieszek trzeba było wezwać policję konną.
Gdzie tłum, tam i koniki. Pod Apollo kręciły się ich dziesiątki, handlując zdjęciami, książkami i pamiątkami. Większość towaru po 2 szylingi i 6 pensów sprzedawali ci sami mężczyźni, którzy stali w tym miejscu dziesięć lat temu, gdy gwiazdą był Johnny Ray, osiem lat temu, gdy królował Bill Haley, czy w maju tego roku, gdy przyjechał Cliff Richard.
Sami Beatlesi – ubrani jak Beatlesi i wyglądający jak Beatlesi – wślizgnęli się cicho do kina w środku popołudnia. Tym razem obyło się bez policyjnych mundurów; w taką grę można zagrać tylko raz. Stanęli naprzeciw baterii fotoreporterów, która przestraszyłaby samego Chruszczowa. Błyskały kaskady fleszy. Kamery kronik filmowych warczały, a kamery telewizyjne cicho buczały.
Liczyły się tylko imiona. „Spójrz w tę stronę, George”. George patrzył. „John, pociągnij Ringo za włosy”. Ospały Lennon, najbardziej zblazowany z całej czwórki, pociągnął. A Ringo, ten niepozorny, wiecznie smutny Ringo, zrobił zbolałą minę do kamery. „Spadnij z krzesła, Ringo”. Ringo spadł.
Czy im to przeszkadza? Czy mają jakiekolwiek pojęcie, czym jest Beatlemania? Czy wiedzą, że będą dziś tematem debaty w Izbie Gmin? Odpowiedź brzmi: nie, nie przeszkadza im to. „To część gry” – stwierdził George. – „Lubimy to. Jest świetnie”. I nie, nie mają pojęcia o swoim statusie. „Po prostu śpiewamy, gramy i dobrze się bawimy. Tak naprawdę nie jesteśmy ważni. Nie poznajemy samych siebie, gdy o sobie czytamy”. I tak, wiedzą, że jeden z posłów ma zawnioskować o wycofanie ochrony policyjnej. George’owi się to nie podoba. „To będzie oznaczało, że ludzie ucierpią”. Chłopcy tego nie chcą. Twierdzą jednak, że to nie oni wywołują histerię. „Po prostu przyjeżdżamy, śpiewamy, gramy i wyjeżdżamy” – powiedział George. – „Fani robią resztę. Kochamy ich”.
Czy fani kochali ich zeszłej nocy? Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. Ani nie słyszałem hałasu, który mógłby się równać z tym nieustannym, szaleńczym, histerycznym wrzaskiem, jaki powitał Beatlesów, gdy weszli na scenę po – jak się wydawało – stu latach występów poprzednich artystów. Konferansjer Frank Berry porzucił wszelkie próby zapowiedzi. Przybierał pozy Beatlesów, gestykulował, wzruszał ramionami. Krzyki tylko przybierały na sile. Wielu wykonawców wchodziło i schodziło ze sceny. Wszyscy byli świetni, wszyscy grali na czas, bo nikt nie przyszedł tam dla nikogo innego niż Beatlesi...
Wtedy kurtyna się rozsunęła, a ubrani w ciemne garnitury chłopcy z Liverpoolu uderzyli w struny, zaczynając swój pierwszy numer. Teatr oszalał. Sanitariusze i policja – mężczyźni na parterze, kobiety głównie na balkonie – napięci i niespokojni, patrolowali przejścia: jeden funkcjonariusz na każde trzy rzędy. Wiele dziewcząt zemdlało. Trzydzieści z nich wyniesiono delikatnie na zewnątrz – protestujące w swej histerii, opuszczone i nieszczęśliwe w nieodwzajemnionej miłości do czterech chłopaków, którzy mogliby mieszkać po sąsiedzku. Parter przypominał wesołe miasteczko rodem z koszmaru. Nikt nie mógł usiedzieć na miejscu. Czepiając się siebie nawzajem, obrzucając scenę żelkami, chwytając się za głowy, młodzież drugiego co do wielkości miasta Wielkiej Brytanii poddała się bez reszty.
To, najzwyczajniej w świecie, ostateczny fenomen show-biznesu.
Więcej na temat The Beatles Come to Town:
1963-11-20: The Beatles Come To Town (film),
1963-11-20: Beatlemania w technikolorze: Niezwykły reportaż z 1963 roku,
1963-11-20: The Beatles Come To Town (film),
1963-11-20: Beatlemania w technikolorze: Niezwykły reportaż z 1963 roku,
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
