Michael Lindsay-Hogg wspomina pracę nad filmem "Let It Be"
2021-08-20, autor: kasia
[...powrót do newsów]
W 2014 roku, nakładem wydawnictwa Pascal ukazała się książka ‶Człowiek który zna ich wszystkich, Michael Lindsay-Hogg”. Na stronach 144-151 możemy przeczytać wspomnienia Michaela z kręcenia scen do filmu ‶Let It Be”.
Drugiego stycznia 1969 roku Beatlesi zjawili się mniej więcej punktualnie na dużej chłodnej scenie studia filmowego Twickenham i zaczęli dość apatycznie grać, by sprawdzić, czy zdołają jeszcze wykrzesać z siebie radość. Dni mijały, a oni wciąż nie potrafili się przeistoczyć w zgrany zespół. Paul zazwyczaj przyjeżdżał na czas, natomiast pozostali spóźniali się o godzinę albo i dwie. Johnowi zawsze towarzyszyła Yoko, tak więc po raz pierwszy w twórczym kręgu siadało ich pięcioro. Ale choć wszyscy występowali już wcześniej w filmach, nie byli aktorami. Byli muzykami, nieprzyzwyczajonymi do tego, by ich filmowano tak intymnych chwilach, w trakcie tworzenia czegoś, co może ostatecznie przybrać zupełnie inny kształt. Niewykluczone, że czuli się w tej sytuacji niekomfortowo. Zdarzało się, że któryś z nich w ogóle się nie pojawiał i wówczas pozostali ćwiczyli tylko jakieś drobne fragmenty, po czym wracali do domu.
Ale nie brakowało i udanych dni, kiedy naprawdę mocno pracowali nad jakąś piosenką. Wyglądało to jednak zupełnie inaczej niż w początkach działalności zespołu. Nie pisali już piosenek wspólnie, jak nastoletni Lennon i McCartney siedzący w salonie domu Paula w Liverpoolu czy później w pokoju hotelowym na trasie. Teraz jeden z nich komponował całość, potem przychodził z wersją demo i przedstawiał ją pozostałym, podawał akordy i w gruncie rzeczy traktował kolegów jak wynajętych muzyków, którzy mają zagrać swoje partie zgodnie z otrzymanymi instrukcjami.
Nie było też jednego pomysłu co do ostatecznego kształtu tego programu specjalnego, na który wszyscy byśmy się zgadzali. Ringo nalegał, żeby zarejestrować występ w Cavern, niedużym klubie w Liverpoolu, gdzie po raz pierwszy zobaczył ich Brian Epstein. Johnowi i Yoko miejsce właściwie było obojętne, byle tylko koncert stanowił jakąś przygodę, a może chcieli jedynie jak najszybciej się wynieść z tej zimnej stodoły w Twickenham. George sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie miał ochoty brać w tym udziału. To Paul wciąż naciskał, żeby podjąć konkretne decyzje. Z natury jest człowiekiem zdecydowanym i przypuszczam, że w głębi ducha czuł, iż jeśli nie zdoła skłonić wszystkich, aby razem uzgodnili szczegóły wspólnego przedsięwzięcia, zespół się rozpadnie, a ze względu na jego charakter była to ostatnia rzecz, jakiej by pragnął.
Słyszałem o pewnym nadmorskim amfiteatrze w Tunezji i wymyśliłem, żeby pokazać, jak Beatlesi wchodzą o świcie, podłączają wzmacniacze i ustawiają perkusję pośród tych kamieni przez stulecia szorowanych piaskiem. Później zaczęliby grać, a ich muzyka, piosenka za piosenką, niosłaby się po całym kraju i przyciągała ludzi. Schodziliby się niczym do olbrzymiej arki Noego, nie parami, ale czwórkami a potem całymi tłumami, bo czyż można sobie wyobrazić lepszą muzykę? Mężczyźni, kobiety, dzieci przybywali na piechotę, wielbłądami, dżipami, czarni, biali, Arabowie - do zmroku w tej starożytnej budowli zebrałby się cały świat.
Pomysł się spodobał. John i Yoko byli za, Paul bardzo się do niego zapalił. Ringo stwierdził, że może coś by z tego wyszło. John zaproponował, żeby wynająć nieduży statek pasażerski i przywieźć część publiczności, przedstawicieli Anglii. Paul się zgodził. Mogliby też odbywać próby na pokładzie, a ja bym to rejestrował do filmu dokumentalnego. Malowi i Neilowi od razu zarezerwowano bilety na samolot do Tunezji, by rozejrzeli się na miejscu pod kątem hoteli i bezpieczeństwa. Zarysowała się przed nami perspektywa stworzenia czegoś fantastycznego i podekscytowało nas to - a w każdym razie większość z nas.
Podczas tych rozmów George milczał, markotnie brzdąkając na gitarze. Znajdował się w trudnej sytuacji. Nie chciał więcej występować publicznie, bo to szaleństwo zaszło za daleko. Widziałem jeden z ich ostatnich koncertów w kinoteatrze w Londynie. Balkon aż się trząsł, a z widowni rozbrzmiewały tak przeraźliwe wrzaski i piski, że Beatlesi sami nie słyszeli, co graj, i po jednej czy dwóch piosenkach zeszli ze sceny. George chciał tylko nagrać nowy album, czuł zaś, że w zespole jego talentu nie ceni się tak bardzo, jak na to zasługuje. Był z nich najmłodszy - kiedy dołączył do grupy, miał piętnaście lat, Paul szesnaście, a John siedemnaście. Z początku nawet nosił za nimi gitary, kiedy kroczyli przodem, snując ambitne plany. I chyba nie podobał mu się układ, jaki ukształtował się w zespole, zarówno w aspekcie artystycznym, jak i finansowym. Na albumach, które dotąd nagrali, jeśli mieściło się, powiedzmy, dwanaście utworów, dziewięć było z reguły autorstwa duetu Lennon/McCartney, jeden komponował Ringo, a dwa - George. Harrison zdawał sobie sprawę z tego, że wkrótce zapragnie być panem samego siebie, muzykiem wyjątkowym, pełnym pasji, wrażliwym i ironicznym.
Podczas pierwszych dni rejestrowania materiału do późniejszego filmu Let It Be Paul i George z reguły się sprzeczali, John i Yoko zamykali się we własnym świecie, a Ringo wszystko obserwował. Stwierdzając to, absolutnie nie chcę umniejszać jego pozycji w gronie wybitnych perkusistów rock and rolla. Z paroma godnymi odnotowania wyjątkami perkusiści zazwyczaj nie zajmują się komponowaniem, poniekąd znajdują się więc poza wszelkimi sporami i rywalizacją między gitarzystami i wokalistami, którzy najczęściej są autorami piosenek. Co więcej, siedzą też w głębi sceny, za resztą zespołu i na podwyższeniu, a to idealne miejsce, z którego można wszystko obserwować, a także w razie potrzeby służyć bardziej wyważoną radą. Najlepszy przykład to Charlie Watts z Rolling Stonesów. To on od niemal pół wieku spaja ten zespół.
W Twickenham Beatlesi, Yoko i ja często w towarzystwie naszego operatora Tony’ego Richmonda, chodziliśmy na porządny obiad do małej stołówki na górze, przylegającej do baru, do którego część ekipy technicznej i pracowników biurowych studia wpadała na parę piw przed wyjściem gdzieś indziej na lunch. John i Yoko odżywiali się zgodnie z zasadami makrobiotyki, pozostali zamawiali coś pieczonego i frytki, a ja zwykle omlet albo rybę. Kiedy pewnego razu poprosiłem o stek, John i Yoko, którzy wcześniej uważali mnie za kogoś w rodzaju dietetycznego sprzymierzeńca, spojrzeli na kawałek mięsa na moim talerzu, a potem na mnie, jakbym im sprawił zawód, choć wydaje mi się, że w oczach Johna dostrzegłem lekki błysk zazdrości.
Beatlesi rozmawiali o swoich kłopotach z pieniędzmi. Zarabiali miliony, ale z powodów niefortunnych umów, złych rad, jakich im udzielono, niewyegzekwowanych należności i tantiem niewypłacanych przez zagranicznych dystrybutorów bynajmniej nie czuli się finansowo zabezpieczeni. Otwarli Apple, początkowo niedrogi butik, który rozrósł się w firmę z siedzibą przy Savile Row, gdzie odwiedzali ich najróżniejsi wynalazcy, fantaści i wydrwigrosze, by prosić o środki na realizację takiego czy innego pomysłu, po czym często więcej się nie pojawiali. Beatlesi mieli wrażenie, jakby krwawili pieniędzmi. Wiedzieli, że mogą je w dalszym ciągu zarabiać muzyką, ale usiłowali zapanować nad tymi wydatkami, między innymi z tego powodu, że wszyscy mieli ogromne domy, jeździli luksusowymi roll-royce’ami, mercedesami i mini na specjalne zamówienie (aczkolwiek Paul często korzystał z metra), a to wszystko sporo kosztowało.
George zwykle uczestniczył w tych rozmowach, uprzejmy, sympatyczny i zainteresowany tematem, ale w dniu, kiedy wywiązała się dyskusja o Tunezji, nie przyszedł na posiłek. Rano na próbie milczał, był zamknięty w sobie i czułem, że coś go gryzie, dlatego wchodząc w rolę dokumentalisty, poprosiłem dźwiękowca, żeby w wazonie z kwiatami na stole ukrył mikrofon.
Skończyliśmy już pierwsze danie, kiedy George pojawił się i stanął przy końcu stołu. Patrzyliśmy na niego, a on milczał przez chwilę.
No to do zobaczenia w jakimś klubie - rzucił. Pożegnawszy się w ten sposób wyszedł.
John, który agresywnie reagował na wszelkie prowokacje, od razu wypalił:
- Weźmy Erica. Jest tak samo dobry i nie stroi fochów.
Paul i Ringo nic na to nie odpowiedzieli, a po obiedzie wróciliśmy do studia, gdzie Paul, John i Ringo zaimprowizowali jakiś dziki riff - pół godziny wściekłości i frustracji wyrażonych za pomocą gitar i bębnów. Yoko siedziała na skraju podwyższenia na niebieskiej poduszce należącej do George’a i wyła do jego mikrofonu. (Mój mikrofon zarejestrował tylko odgłosy sztućców uderzających o porcelanowe talerze, co zagłuszyło stłumione głosy w tle).
Kilka następnych dni minęło pod znakiem kompletnego braku entuzjazmu, aczkolwiek Beatlesi dzwonili do siebie i spotykali się w trójkę bądź czwórkę. George oświadczył, że wróci, jeśli zarzucimy wszelkie plany realizacji programu specjalnego dla telewizji, pożegnamy Twickenham i przeniesiemy się do studia w piwnicy siedziby Apple, by tam kontynuować pracę nad nowymi piosenkami. I tak też się stało - ze względu na to, żądanie, a być może i z paru innych powodów, wśród których negatywne przeważyły nad pozytywnymi.
Piwniczne studio urządził Magiczny Alex, wynalazca, który wkradł się w łaski Beatlesów. Dzień przed planowanym początkiem sesji nagraniowej wybrałem się tam z Glynem Johnsem, inżynierem pracującym przy tym albumie razem z wieloletnim producentem George’em Martinem, i okazało się, że w pomieszczeniu w ogóle nie ma gniazdek elektrycznych. Zainstalowano je w ciągu nocy.
Zaczęliśmy więc jeszcze raz. Dwie kamery filmowały kolejne próby: The Long And Winding Road, Get Back w wersji numer jeden, dwa albo dwanaście, improwizacje, rozmowy, utwory, których słuchali w radiu, kiedy byli nastolatkami, piosenki z liverpoolskich pubów. Nastrój się trochę poprawił, zwłaszcza gdy w Apple pojawił się Billy Preston, by wzbogacić nagrania o partie instrumentów klawiszowych. Zastanawiałem się jednak, co z tego wszystkiego wyniknie. Doświadczenie nauczyło mnie już (The Rolling Stones Rock and Roll Circus nie trafił do rozpowszechniania, ponieważ Rolling Stonesi uznali, iż zagrali tam za mało dynamicznie w porównaniu z The Who), że jeśli jakieś przedsięwzięcie zaczyna tracić impet, może zostać odłożone na półkę, zamknięte w szafie, niewydane. Ci wielcy muzycy i artyści łatwo ulegali kaprysom, tracili zainteresowanie, rzucali się na nowy pomysł, który zawładnął ich wyobraźnią. Bałem się, że choć zarejestrowaliśmy tyle ciekawych rzeczy, nic z tego nigdy nie ujrzy światła dziennego; wiedziałem też, że nasz planowany film dokumentalny potrzebuje jakiegoś uwieńczenia.
W sobotę po pierwszym tygodniu pracy w Apple jedliśmy obiad przy stole konferencyjnym. Przemiłe dziewczyny, które urzędowały w kuchni, przyniosły pierwsze danie, a potem pieczone kurczaki z warzywami i ziemniakami, czerwone i różowe wino oraz coś makrobiotycznego dla Johna i Yoko.
- Potrzebujemy jakiegoś zakończenia do tego całego materiału - odezwałem się. - Czegoś, do czego zdążamy. Podsumowania.
- Czy to takie ważne? - wtrąciła się Yoko.
Pierwszy raz w życiu wdepnąłem na minę.
Lubiłem Yoko, podziwiałem jej wyrafinowaną urodę, inteligencję i stale poszukującą wyobraźnię artystyczną, a także zaangażowanie w związek z Johnem i magnetyzm, jakim potrafiła ich oboje otoczyć, ale nie mogłem nie zdawać sobie sprawy z jej ogromnego poczucia własnej wartości, zapewne niezbędnego w twardym świecie sztuki awangardowej, w którym zapracował na swoją reputację.
Nie zawsze zgadzaliśmy się w poglądach różne sprawy. Jej pytanie wymagało odpowiedzi.
- Rozumiem, o co ci chodzi - odparłem. - W pewnym sensie masz rację, podsumowania nie mają znaczenia, to prawda, ale jeśli na to spojrzeć z innej strony, bywa, że są ważne.
Byłem bardzo zadowolony z tej mętnej analizy pojęcia ‘podsumowanie’.
Można to zresztą nazwać jakoś inaczej. Powiedzmy, że chodzi o miejsce, w którym zakończy się ten szczególny epizod w waszym życiu.
- Na przykład? - spytał Paul.
Miałem pewien pomysł.
- No cóż, nie pojechaliśmy do Tunezji, nie ma sprawy - powiedziałem, uśmiechając się do George’a, by podkreślić, że nie żywię do niego urazy (choć to niezupełnie była prawda). - Może zrobimy to na dachu?
Pamiętam, że rzucając tę propozycję, poczułem się jak Mickey Rooney, gdy w jednym z tych filmów o Andym Hardym mówił ‶Słuchajcie, ta stodoła jest super. Możemy urządzić przedstawienie tutaj”.
- To znaczy co?
- Koncert.
Podzieliłem się z nimi tym pomysłem przekonany, iż może wyjść coś naprawdę fajnego, choć niespecjalnie wierząc, że go pochwycą. Ich interesowały piosenki, mnie zaś realizacja filmu. Ku mojemu zdziwieniu koncepcja im się spodobała, zaczęli ją obmacywać, obwąchiwać, przerzucać się nią, jakby sprawdzając, czy da się bezpiecznie ugryźć.
Po obiedzie Paul i Mal, Tony i ja, Ringo i jeszcze kilka innych osób wdrapaliśmy się na dach, żeby się rozejrzeć. Szukałem najlepszego miejsca do ustawienia kamer. Paul zasugerował, że należałoby jakoś podeprzeć dach od dołu, bo był stary i mógłby nie wytrzymać ciężaru sprzętu oraz organów Bill’yego Prestona. Uzgodniliśmy wspólnie, że spotkamy się tu wszyscy w najbliższą środę. Beatlesi będą dalej nagrywać, a ja tymczasem wszystko przygotuję.
W środę jedenastu operatorów z kamerami czekało w pełnej gotowości na dachu i na ulicy. W holu umieściłem lustro weneckie, zza którego można by po kryjomu filmować ewentualną interwencję policji. Niestety, pojawiła się gęsta mgła i musieliśmy przełożyć koncert na następny dzień. Miał się rozpocząć około wpół do pierwszej, podczas przerwy na lunch, kiedy na ulicy będą tłumy.
W czwartek 30 stycznia 1969 roku Beatlesi, Yoko i ja zebraliśmy się na dach, gdzie z przerażeniem zorientowałem się, że z całego przedsięwzięcia może nic nie wyjść.
George nie chciał grać, nie widział sensu - czemu by to właściwie miało służyć? Ringo narzekał, że na dachu jest zimno.
- No chodźcie, chłopaki - zachęcał ich Paul. - Będzie wesoło. Pod tym entuzjazmem kryła się ogromna determinacja.
- Zróbmy coś.
Nikt jednak się nie ruszał. Staliśmy tak w sześć osób i czułem, że zaraz górę weźmie bezwład. Jeszcze chwila i wytracimy cały impet, zwycięży marazm i apatia.
Ale jedna osoba dotąd się nie odezwała. Na wpół przymkniętymi oczami patrzyliśmy na nią. Czas zatrzymał się w miejscu.
- Pieprzyć wszystko - powiedział John. - Zróbmy to.
I tak Beatlesi po wąskich schodach weszli na dach i do historii. Po raz ostatni zagrali wtedy razem przed publicznością. To był ich ostatni wspólny występ, ich pożegnanie, choć nikt z nas o tym nie wiedział. A najpiękniejsze było to, że zagrali z prawdziwą radością, zapomniawszy o sporach i urazach. Na czterdzieści minut, jakie spędziliśmy na dachu w ten mroźny zimowy dzień, znów stali się przyjaciółmi z dawnych lat, których połączył rock and roll. Wspaniały widok.
Kiedy koncert dobiegł końca, John podszedł do mikrofonu i powiedział:
- Chciałbym wszystkim gorąco podziękować w imieniu całego zespołu i swoim własnym. Mam nadzieję, że przesłuchanie wypadło pozytywnie.
ISBN: 978-83-764-2290-9
EAN: 9788376422909
Tytuł oryginalny: Luck and Circumstance
Tłumaczenie: Arkadiusz Belczyk
(wizyt: 596)
Więcej na temat Let It Be 2021 Special Edition:
2021-10-16: Piotr Metz zaprasza do wspólnego słuchania nowego wydania "Let It Be",
2021-10-15: Ukazało się jubileuszowe wydanie płyty "Let It Be",
2021-10-15: Rozmowa o "Let It Be" na antenie Nowego Radia,
2021-08-31: Prawdziwa historia "Let It Be" w brytyjskim The Times,
2021-08-20: Michael Lindsay-Hogg wspomina pracę nad filmem "Let It Be",
2021-10-16: Piotr Metz zaprasza do wspólnego słuchania nowego wydania "Let It Be",
2021-10-15: Ukazało się jubileuszowe wydanie płyty "Let It Be",
2021-10-15: Rozmowa o "Let It Be" na antenie Nowego Radia,
2021-08-31: Prawdziwa historia "Let It Be" w brytyjskim The Times,
2021-08-20: Michael Lindsay-Hogg wspomina pracę nad filmem "Let It Be",
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
