Warning: getimagesize(): SSL operation failed with code 1. OpenSSL Error messages:
error:0A000126:SSL routines::unexpected eof while reading in /home/hosting/www/beatles.kielce.com.pl/www/news_more_out.php on line 76
2018-12-03, autor: kasia
Autor: Jarek Szubrycht
Gdyby nie poniedziałkowy koncert Paula McCartneya, nie wiedziałbym, że można śpiewać tak głośno, jednocześnie uśmiechając się tak szeroko. Przez te trzy godziny krakowska Tauron Arena była jednym z najlepszych miejsc na świecie.
„Take a sad song and make it better” – kiedy wraz z kilkunastoma tysiącami fanów McCartneya zdzierałem sobie głos, śpiewając „Hey Jude”, uświadomiłem sobie, że Paul, niemal jak w tej piosence, zabrał nam smutny, grudniowy poniedziałek i uczynił go lepszym.
Paul McCartney: wszyscy znają, wszyscy kochają
Zanim główny bohater wieczoru objął scenę we władanie, miałem chwilę, by rozejrzeć się po sali i wsłuchać w gwar gęstniejącego tłumu.
Po pierwsze – prawdziwa wieża Babel, mówiąca wszystkimi językami świata. To mnie nie zaskoczyło. Większą niespodzianką było to, że wokół nie widziałem zbyt wielu nie tylko takich, co mogą pamiętać Beatlesów, ale nawet moich rówieśników, dziarskich czterdziestolatków, którzy nasłuchali się „Yesterday” i „Let It Be”, kiedy rodzice puszczali. Może na trybunach wyglądało to inaczej, ale na płycie było mnóstwo młodzieży, podekscytowanych dwudziestolatków. Śpiewali nie tylko największe hity Czwórki z Liverpoolu, ale też refreny piosenek Wings i solowych utworów McCartneya, by wspomnieć tylko entuzjastyczne reakcje na „Band on the Run” czy „Maybe I’m Amazed”.
To trzecia niespodzianka. Wiadomo, że pretekstem dla tej trasy, a więc i kolejnej wizyty w Polsce, była całkiem udana nowa płyta „Egypt Station”, ale nie spodziewałem się, że utwory z niej – każdorazowo zapowiadane przez Paula po polsku jako „nowa piosenka” – będą tak gorąco przyjmowane. Choć z drugiej strony, czemu tu się dziwić? „Come on to Me” czy „Fuh You” to ozdoby nawet tak bogatego katalogu jak ten, którym może się pochwalić basista The Beatles. Na koncercie pięknie sprawdził się szczególnie drugi z wymienionych utworów, wzmocniony wyświetlonym na telebimie łobuzerskim klipem.
Pod flagą polską, brytyjską i tęczową
Paul na scenie jest przeuroczy. Trochę się wygłupia, mało popisuje, ciężko pracuje. Porównałem to sobie z niedawnym koncertem The Rolling Stones w Warszawie – Mick Jagger na pewno więcej biega, ale nie jest jedynym bohaterem spektaklu. Zdarza mu się zniknąć za kulisami, wtedy pałeczkę przejmuje Keith Richards.
McCartney tymczasem zasuwa non stop, niestrudzenie. Daje odsapnąć zespołowi, ale sam ani na chwilę nie przestaje grać i śpiewać. Zmienia nastroje i instrumenty – parę numerów zagra na basie, potem weźmie gitarę elektryczną, chwilę później usiądzie za fortepianem, sięgnie po gitarę akustyczną, ukulele, znów bas, pianino…
Dobrze to wszystko jest wymyślone, bo sekwencje dynamiczne - czy wręcz euforyczne - przetykane są balladami, które pozwalają odpocząć i muzykom, i publiczności. Nie zmienia to faktu, że Paul, zanim na chwilę zszedł ze sceny przed bisami, produkował się non stop przez 2 godziny i 20 minut i nie dyszał, nie ocierał potu z czoła, nie skarżył się. Stałem blisko i naprawdę wyglądał na faceta, który bawi się nie gorzej od nas.
Było też trochę scenicznych sztuczek. Starych jak świat, ale zawsze działających – i nie mam na myśli ani znakomitej skądinąd oprawy świetlnej, ani jeszcze lepszych projekcji wideo, pieczołowicie dobranych do każdej piosenki, ani nawet platformy, która w pewnej chwili wyniosła Paula pod sufit. Chodzi o zagadywanie publiczności w jej ojczystym języku albo o wyciągnięcie z niej trójki szczęśliwców. Ada z Suwałk podobno od dekady marzyła o przytuleniu się do Paula, więc uściskał ją aż dwa razy i jeszcze złożył autograf. Z kolei Martin ze Słowacji poprosił artystę, by pomógł mu oświadczyć się wybrance, co ten ochoczo uczynił („A teraz klękaj przed nią!”). Jeśli ktoś czekał na gesty czy deklaracje polityczne, choćby rozochocony słynnym listem McCartneya do posła Kukiza, ten się nie doczekał – poza krótkim przemarszem Paula i kolegów z flagami: polską, brytyjską i tęczową.
Hołd dla Johna
Można też było uronić łzę lub dwie. W jazgotliwą wersję „Let Me Roll It” wkradło się kilka dźwięków hołdu dla Jimiego Hendrixa. George’owi Martinowi, producentowi Beatlesów, Paul zadedykował „Love Me Do”, a pamięć George’a Harrisona uczcił, wykonując piękny utwór jego autorstwa – „Something” – i puszczając na telebimie zdjęcia muzyka, który w The Beatles niezasłużenie pozostawał w cieniu Paula i Johna.
Było też „Here Today”, napisane po śmierci Lennona i odpowiednio zapowiedziane: „W tej piosence śpiewam o tym wszystkim, czego nie zdążyłem mu powiedzieć”. Słowa: „And if I say I really loved you/ And was glad you came along” przyniosły najbardziej wzruszającą chwilę tego koncertu… Do bólu ckliwym, ale też uroczym momentem była walentynka dla małżonki, z teledyskiem, w którym Natalie Portman i Johnny Depp przekazywali słowa piosenki językiem migowym.
Ogień na scenie
Kiedy już robiło się zbyt smutno lub zbyt słodko, zespół przekręcał w prawo potencjometry (gitarzysta Rusty Anderson chwilami aż za bardzo – i to jedyna krytyczna uwaga z mojej strony na temat brzmienia tego koncertu), perkusista (znakomity Abe Laboriel Jr.) brał większy zamach i robiło się gorąco. Czasem dosłownie. Potężnie brzmiącej, porywającej wersji „Live and Let Die” pirotechniki mógłby zazdrościć Slayer, który tydzień temu w Łodzi też sobie płomieni nie żałował. Głowy ścinał również zagrany na bis i opatrzony fenomenalnymi wizualizacjami „Helter Skelter” – wiedzą, co mówią, ci, którzy uważają ten utwór za pierwszy w historii kawałek metalowy.
A skoro już o „Helter Skelter” mowa – zapowiadając krakowski koncert Paula McCartneya, pisałem, że zgromadził już tyle świetnego repertuaru solowego, że nie musi sięgać po utwory z czasów Beatlesów. Żartowałem. Nie wyobrażam sobie tego wieczoru bez otwarcia w postaci „A Hard Day's Night”, bez wspomnianych już „Love Me Do” i „Helter Skelter”, ale też „Can't Buy Me Love”, „From Me to You”, „Blackbird” (sformułowanie „prawa człowieka” w zapowiedzi też padło po polsku), „Lady Madonna”, „Eleanor Rigby”, „Being for the Benefit of Mr. Kite!”, „Ob-La-Di, Ob-La-Da”, „Back in the U.S.S.R.”, „Let It Be” czy „Carry That Weight”.
Bez „Hey Jude” wreszcie, podczas której realizator pokazywał na telebimach publiczność dzielnie wyręczającą artystę w refrenie. Gdyby nie ten koncert, nie wiedziałbym, że można śpiewać tak głośno, jednocześnie uśmiechając się tak szeroko.
Paul McCartney w Krakowie. Oświadczyny, płomienie i tęczowa flaga na prawie perfekcyjnym koncercie - relacja w Wyborczej
2018-12-03, autor: kasia
[...powrót do newsów]
Autor: Jarek SzubrychtGdyby nie poniedziałkowy koncert Paula McCartneya, nie wiedziałbym, że można śpiewać tak głośno, jednocześnie uśmiechając się tak szeroko. Przez te trzy godziny krakowska Tauron Arena była jednym z najlepszych miejsc na świecie.
„Take a sad song and make it better” – kiedy wraz z kilkunastoma tysiącami fanów McCartneya zdzierałem sobie głos, śpiewając „Hey Jude”, uświadomiłem sobie, że Paul, niemal jak w tej piosence, zabrał nam smutny, grudniowy poniedziałek i uczynił go lepszym.
Paul McCartney: wszyscy znają, wszyscy kochają
Zanim główny bohater wieczoru objął scenę we władanie, miałem chwilę, by rozejrzeć się po sali i wsłuchać w gwar gęstniejącego tłumu.
Po pierwsze – prawdziwa wieża Babel, mówiąca wszystkimi językami świata. To mnie nie zaskoczyło. Większą niespodzianką było to, że wokół nie widziałem zbyt wielu nie tylko takich, co mogą pamiętać Beatlesów, ale nawet moich rówieśników, dziarskich czterdziestolatków, którzy nasłuchali się „Yesterday” i „Let It Be”, kiedy rodzice puszczali. Może na trybunach wyglądało to inaczej, ale na płycie było mnóstwo młodzieży, podekscytowanych dwudziestolatków. Śpiewali nie tylko największe hity Czwórki z Liverpoolu, ale też refreny piosenek Wings i solowych utworów McCartneya, by wspomnieć tylko entuzjastyczne reakcje na „Band on the Run” czy „Maybe I’m Amazed”.
To trzecia niespodzianka. Wiadomo, że pretekstem dla tej trasy, a więc i kolejnej wizyty w Polsce, była całkiem udana nowa płyta „Egypt Station”, ale nie spodziewałem się, że utwory z niej – każdorazowo zapowiadane przez Paula po polsku jako „nowa piosenka” – będą tak gorąco przyjmowane. Choć z drugiej strony, czemu tu się dziwić? „Come on to Me” czy „Fuh You” to ozdoby nawet tak bogatego katalogu jak ten, którym może się pochwalić basista The Beatles. Na koncercie pięknie sprawdził się szczególnie drugi z wymienionych utworów, wzmocniony wyświetlonym na telebimie łobuzerskim klipem.
Pod flagą polską, brytyjską i tęczową
Paul na scenie jest przeuroczy. Trochę się wygłupia, mało popisuje, ciężko pracuje. Porównałem to sobie z niedawnym koncertem The Rolling Stones w Warszawie – Mick Jagger na pewno więcej biega, ale nie jest jedynym bohaterem spektaklu. Zdarza mu się zniknąć za kulisami, wtedy pałeczkę przejmuje Keith Richards.
McCartney tymczasem zasuwa non stop, niestrudzenie. Daje odsapnąć zespołowi, ale sam ani na chwilę nie przestaje grać i śpiewać. Zmienia nastroje i instrumenty – parę numerów zagra na basie, potem weźmie gitarę elektryczną, chwilę później usiądzie za fortepianem, sięgnie po gitarę akustyczną, ukulele, znów bas, pianino…
Dobrze to wszystko jest wymyślone, bo sekwencje dynamiczne - czy wręcz euforyczne - przetykane są balladami, które pozwalają odpocząć i muzykom, i publiczności. Nie zmienia to faktu, że Paul, zanim na chwilę zszedł ze sceny przed bisami, produkował się non stop przez 2 godziny i 20 minut i nie dyszał, nie ocierał potu z czoła, nie skarżył się. Stałem blisko i naprawdę wyglądał na faceta, który bawi się nie gorzej od nas.
Było też trochę scenicznych sztuczek. Starych jak świat, ale zawsze działających – i nie mam na myśli ani znakomitej skądinąd oprawy świetlnej, ani jeszcze lepszych projekcji wideo, pieczołowicie dobranych do każdej piosenki, ani nawet platformy, która w pewnej chwili wyniosła Paula pod sufit. Chodzi o zagadywanie publiczności w jej ojczystym języku albo o wyciągnięcie z niej trójki szczęśliwców. Ada z Suwałk podobno od dekady marzyła o przytuleniu się do Paula, więc uściskał ją aż dwa razy i jeszcze złożył autograf. Z kolei Martin ze Słowacji poprosił artystę, by pomógł mu oświadczyć się wybrance, co ten ochoczo uczynił („A teraz klękaj przed nią!”). Jeśli ktoś czekał na gesty czy deklaracje polityczne, choćby rozochocony słynnym listem McCartneya do posła Kukiza, ten się nie doczekał – poza krótkim przemarszem Paula i kolegów z flagami: polską, brytyjską i tęczową.
Hołd dla Johna
Można też było uronić łzę lub dwie. W jazgotliwą wersję „Let Me Roll It” wkradło się kilka dźwięków hołdu dla Jimiego Hendrixa. George’owi Martinowi, producentowi Beatlesów, Paul zadedykował „Love Me Do”, a pamięć George’a Harrisona uczcił, wykonując piękny utwór jego autorstwa – „Something” – i puszczając na telebimie zdjęcia muzyka, który w The Beatles niezasłużenie pozostawał w cieniu Paula i Johna.
Było też „Here Today”, napisane po śmierci Lennona i odpowiednio zapowiedziane: „W tej piosence śpiewam o tym wszystkim, czego nie zdążyłem mu powiedzieć”. Słowa: „And if I say I really loved you/ And was glad you came along” przyniosły najbardziej wzruszającą chwilę tego koncertu… Do bólu ckliwym, ale też uroczym momentem była walentynka dla małżonki, z teledyskiem, w którym Natalie Portman i Johnny Depp przekazywali słowa piosenki językiem migowym.
Ogień na scenie
Kiedy już robiło się zbyt smutno lub zbyt słodko, zespół przekręcał w prawo potencjometry (gitarzysta Rusty Anderson chwilami aż za bardzo – i to jedyna krytyczna uwaga z mojej strony na temat brzmienia tego koncertu), perkusista (znakomity Abe Laboriel Jr.) brał większy zamach i robiło się gorąco. Czasem dosłownie. Potężnie brzmiącej, porywającej wersji „Live and Let Die” pirotechniki mógłby zazdrościć Slayer, który tydzień temu w Łodzi też sobie płomieni nie żałował. Głowy ścinał również zagrany na bis i opatrzony fenomenalnymi wizualizacjami „Helter Skelter” – wiedzą, co mówią, ci, którzy uważają ten utwór za pierwszy w historii kawałek metalowy.
A skoro już o „Helter Skelter” mowa – zapowiadając krakowski koncert Paula McCartneya, pisałem, że zgromadził już tyle świetnego repertuaru solowego, że nie musi sięgać po utwory z czasów Beatlesów. Żartowałem. Nie wyobrażam sobie tego wieczoru bez otwarcia w postaci „A Hard Day's Night”, bez wspomnianych już „Love Me Do” i „Helter Skelter”, ale też „Can't Buy Me Love”, „From Me to You”, „Blackbird” (sformułowanie „prawa człowieka” w zapowiedzi też padło po polsku), „Lady Madonna”, „Eleanor Rigby”, „Being for the Benefit of Mr. Kite!”, „Ob-La-Di, Ob-La-Da”, „Back in the U.S.S.R.”, „Let It Be” czy „Carry That Weight”.
Bez „Hey Jude” wreszcie, podczas której realizator pokazywał na telebimach publiczność dzielnie wyręczającą artystę w refrenie. Gdyby nie ten koncert, nie wiedziałbym, że można śpiewać tak głośno, jednocześnie uśmiechając się tak szeroko.
Więcej na temat The Freshen Up Tour 2018 - Kraków:
2018-12-06: Koncert McCartneya w Krakowie - relacja deathmagnetic.pl,
2018-12-03: Koncert McCartneya w Krakowie - setlista,
2018-12-03: Przed koncertem Paul McCartney zadzwonił do Piotra Metza,
2018-12-03: O tym jak Ada z Suwałk znalazła się na scenie u Paula McCartneya,
2018-12-03: Paul McCartney w Krakowie. Oświadczyny, płomienie i tęczowa flaga na prawie perfekcyjnym koncercie - relacja w Wyborczej,
2018-11-30: Koncert Paula McCartneya w Krakowie - informacje od organizatora,
2018-07-19: Bilety VIP na koncert Paula McCartneya (Kraków) - informacje,
2018-07-12: Paul McCartney zagra w Krakowie,
2018-12-06: Koncert McCartneya w Krakowie - relacja deathmagnetic.pl,
2018-12-03: Koncert McCartneya w Krakowie - setlista,
2018-12-03: Przed koncertem Paul McCartney zadzwonił do Piotra Metza,
2018-12-03: O tym jak Ada z Suwałk znalazła się na scenie u Paula McCartneya,
2018-12-03: Paul McCartney w Krakowie. Oświadczyny, płomienie i tęczowa flaga na prawie perfekcyjnym koncercie - relacja w Wyborczej,
2018-11-30: Koncert Paula McCartneya w Krakowie - informacje od organizatora,
2018-07-19: Bilety VIP na koncert Paula McCartneya (Kraków) - informacje,
2018-07-12: Paul McCartney zagra w Krakowie,
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
