Wielki powrót George'a Harrisona: Recenzja „Cloud Nine”
1987-11-02, autor: kasia
[...powrót do newsów]
Gdyby „Cloud Nine” było po prostu przyzwoitą płytą, i tak okrzyknięto by ją wielkim powrotem George'a Harrisona. Jego późniejsze solowe dokonania były bowiem w większości nużącą mieszanką duchowych, romantycznych i muzycznych banałów. Na szczęście „Cloud Nine” – pierwszy album Harrisona od czasu „Gone Troppo” z 1982 roku – to znacznie więcej niż tylko przyzwoitość. To po mistrzowsku skonstruowana, nieskończenie chwytliwa płyta i najlepsze dzieło Harrisona od czasu natchnionego „All Things Must Pass” z 1970 roku.Część zasług za sukces „Cloud Nine” należy przypisać koproducentowi, Jeffowi Lynne'owi. Jeśli Beatles George zapomniał gdzieś po drodze, jak tworzy się popowy album, to Lynne – lider Electric Light Orchestra, zespołu czerpiącego pełnymi garściami z dokonań Fab Four – z pewnością tego nie zapomniał. Utwór otwierający, „Cloud Nine”, to zaskakująco ostry rockowy kawałek w średnim tempie, ozdobiony smacznymi, powściągliwymi riffami Harrisona i Erica Claptona. Już od tego mocnego początku album dobitnie potwierdza niemały urok Harrisona jako wokalisty, kompozytora i gitarzysty. (Jemu i Lynne'owi pomaga zresztą świetnie zgrane wsparcie instrumentalne takich sław jak Clapton, Ringo Starr, Elton John i Gary Wright.)
Na całej płycie Harrison i Lynne nakładają kolejne warstwy natchnionych producenckich smaczków. Sprawiają one, że nawet niektóre z uroczych, lecz nieco błahych piosenek („Fish on the Sand”, „This Is Love”, „Just for Today”, „Got My Mind Set on You”, „Someplace Else”) stają się niezaprzeczalnymi muzycznymi perełkami. A kiedy duet wykorzystuje swój producencki kunszt przy bardziej konkretnych utworach („Cloud Nine”, „When We Was Fab”, „That’s What It Takes”, „Wreck of the Hesperus”), rezultatem jest pop w najczystszej postaci.
„Cloud Nine” to szczególnie krzepiący powrót do formy, ponieważ sugeruje, że Harrison pogodził się ze swoją beatlesowską przeszłością. „When We Was Fab”, niesamowity utwór brzmiący jak wyjęty z „Sgt. Pepper”, który kończy pierwszą stronę albumu, to ironiczny pastisz, a jednocześnie hołd Harrisona dla czasów spędzonych w The Beatles. Co więcej, na okładce albumu George kieruje swoje ostatnie specjalne podziękowania właśnie do Johna, Paula i Ringo. I jest to jak najbardziej stosowne, bo „Cloud Nine” to po prostu fantastyczna (fab) płyta, która w pełni zasługuje na miano następcy dziedzictwa tamtych lat.
Rolling Stone, David Wild
Dotychczasowe komentarze:
Twój komentarz do umieszczenia w Rocznikach The Beatles:
Copyright 2002 - 2021 by Blue Meanies: Andrzej, Kasia, Agata, macho, Ania
