|
Po złapaniu oddechu i dystansu mogę wreszcie się wypowiedzieć. Nowa płyta to zawsze święto, nawet jeśli wiesz, że jabłko nie smakuje dziś tak jak kiedyś u dziadka w ogrodzie prosto spod drzewa. To da się odczuć zwłaszcza w warstwie dyspozycji wokalnej, ale to temat na osobną dyskusję. Dość powiedzieć, że kilka z tych numerów z głosem mistrza Paula z przełomu lat 80/90, zrobiłoby kolosalną różnicę. Dlatego też pewnie skupiamy się dziś na esencji, czyli kompozycji. No cóż: Paul to wciąż ma, pisze świetne numery. Dostosowane do możliwości głosu, jak dla mnie czasem zaaranżowane zbyt współcześnie, tak na siłę awangardowo. Z drugiej strony jest to jego znak rozpoznawczy od kilku już dobrych albumów. A utwór Come Inside, o którym kolega wyżej pisze, jako totalnie niestrawnym , jest jakby żywcem wycięty z sesji do albumu "New". I tutaj przejdę do sedna, bo ja akurat nie mam takie utworu, który chciałbym od razu przeskoczyć, co dawno mi się na albumie McCartney`a nie przydarzyło. Słucha mi się dobrze całościowo jako albumu, co w dzisiejszych czasach jest nieoczywiste. Trudno mi nawet sklasyfikować utwory na zasadzie najlepszy/najgorszy. Najbardziej po wysłuchaniu i to nawet chyba pierwszy raz albumu utkwiła mi w głowie fraza "...Lie There" to ją nuciłem namiętnie. Miłym zaskoczeniem była Down South, bo spodziewałem się pełnego aranżu przynajmniej od połowy utworu, a tutaj ogniskowa gitara po całości...Wow! Wyobrażacie sobie taki utwór na płycie, dajmy na to Cugowskiego? Duet z Ringo pewnie nigdy by się wydarzył, gdyby nie to, że Paul już śpiewa jednak inaczej. Kiedyś nie do pomyślenia. I naprawdę trudno mi go nie lubić, słucham wciąż z przyjemnością, a nie z "fanowskiego" obowiązku. Ale brutalna prawda jest taka, że moja kobieta, kiedy słuchałem z nią w aucie ( a generalnie lubi Paula) co chwila mówiła mi: to przewiń, to za smutne...przewiń, to? ...nawet, to przewiń. Dlatego my wszyscy zawsze będziemy nieobiektywni...zakochani w legendzie
|