Musical i film muzyczny

Tu możesz napisać o wszystkim ...nawet jeśli nie ma to związku z Beatlesami.

Re: Musical i film muzyczny

Postprzez Fangorn » Nie Sty 31, 2016 3:56 pm

Super! No to teraz muszą wydać soundtrack na CD.
Kiedy się dziwić przestanę, będzie po mnie
Awatar użytkownika
Fangorn
Admiral Halsey
 
Posty: 603
Rejestracja: Pią Mar 28, 2014 4:48 am
Miejscowość: Zamość / Warszawa

Re: Musical i film muzyczny

Postprzez Rita » Śro Lut 24, 2016 4:45 pm

Ostatnio mam czas i ochotę na oglądanie musicali :) - to oglądam. Zwłaszcza, że bardzo chcę nadrobić braki w tak zwanej "klasyce" gatunku. Trochę już mi się to udało, ponieważ w ostatnim czasie obejrzałam:

:arrow: How To Succeed in Business Without Really Trying (polski tytuł: Jak dojść na szczyt i się nie zmęczyć) - musical autorstwa Franka Loessera (piosenki) oraz Abe Burrowsa, Jacka Weinstocka and Williego Gilberta (libretto), który swą premierę na Broadwayu miał w 1961 roku; zdobywca m.in. siedmiu nagród Tony (w tym dla najlepszego musicalu) oraz nagrody Pulitzera dla najlepszej sztuki teatralnej. Miał na Braodwayu kilka wznowień, w tym ostatnie w 2011 z Harrym Po... Danielem Radcliffe'em w roli głównej.

Mówiąc w skrócie, musical opowiada historię 27-letniego Pierponta Fincha, który zarabia na życie myciem okien w biurowcach. Pewnego dnia spostrzega w kiosku poradnik krok po kroku, jak błyskawicznie dojść od pucybuta do milionera. Nabywa książkę i od tej pory postępuje dokładnie tak, jak jest w niej napisane. Tym samym rozpoczyna się jego błyskawiczna kariera, oparta niejednokrotnie na posunięciach tyleż błyskotliwych, co nie do końca jednoznacznych etycznie. Skoncentrowany na kolejnych awansach, długo odrzuca uczucie, jakie zaczyna się rozwijać pomiędzy nim a jedną z sekretarek zatrudnionych w firmie.

Ja musical widziałam w filmowej wersji z 1967 roku. Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że jako taki jest on produktem swoich czasów. Te stroje, ci panowie z managementu w garniturach i sekretarki w kolorowych sukienkach - już wiem, skąd inspirację mogli czerpać autorzy mojego ukochanego serialu "Mad Men", skądinąd o wiele mniej ugrzecznionego ;) Niby jesteśmy już w latach 60., ale duch poprzedniej dekady cały czas się unosi w powietrzu (a pamiętajmy, że zmiany obyczajowe związane z podziałem ról płciowych do pewnego momentu następowały w USA wolniej niż np. w Europie). Nie chcę przez to powiedzieć, że film/musical jest jakoś wyjątkowo seksistowski w swej wymowie (a wręcz daje widzowi do zrozumienia, że ważni panowie w garniakach mogą sobie być ważnymi panami w garniakach, ale to kobiety-sekretarki tak naprawdę "trzęsą" całą firmą, i to one wykazują się większym rozsądkiem - np. doskonale zauważają, jak bardzo Finch okręca sobie dyrektorów firmy wokół palca, ale uznają, że tym drugim należy się taka nauczka). Jest po prostu świadectwem czasów, w których podział na świat męski i kobiecy widoczny był nie tylko w zaciszu domowym, ale także przenikał do świata zawodowego. Sam film jest natomiast bardzo kolorowy i radosny, a głównego bohatera mimo wszystko nie sposób nie lubić - on tak naprawdę nie jest złym człowiekiem, tylko do pewnego momentu automatycznie postępuje tak, jak ma napisane w książce.

Ja w każdym razie film na pewno polecam, a dla zachęty poniżej podaję chyba najsympatyczniejszą piosnkę z musicalu :): https://www.youtube.com/watch?v=7dF99H6ibnk

Zachęcona powyższym filmem, sięgnęłam po wcześniejsze dzieło spółki Loesser / Burrows, czyli

:arrow: Guys and Dolls (Faceci i laleczki) - kolejny laureat nagrody Tony za najlepszy musical, tym razem za rok 1950, i również laureat nagrody Pulitzera dla najlepszego dramatu; libretto oparte na opowiadaniach amerykańskiego pisarza Alfreda Damona Runyona.

Musical chyba najbardziej znany jest w swej filmowej adaptacji z 1955 roku, z Marlonem Brando i Frankiem Sinatrą w rolach głównych. Niestety, do filmu akurat nie udało mi się dotrzeć, więc zadowoliłam się zapisem jednej z nowszych adaptacji teatralnych. I nie wiem, może lepiej było obejrzeć jednak film, bo akurat kultowi faceci i ich laleczki nie trafili do mnie jakoś szczególnie.

Historia opowiedziana w "Guys and Dolls" zaczyna się w momencie, gdy słynny w całym Nowym Jorku organizator gier Nathan Detroit postanawia zorganizować największą w mieście imprezę hazardową. Do tego celu potrzebuje jednak 1000 dolarów zaliczki dla właściciela lokalu, w którym miałoby odbyć się wydarzenie. Aby zdobyć pieniądze, zakłada się z wybitnym hazardzistą, Skyem Mastersonem, że temu nie uda się uwieść sierżant Sarah Brown, pracującej dla lokalnej misji zwalczającej zjawisko hazardu. Rzecz jasna, Mastersonowi udaje się to nad podziw (nie na darmo ma opinię człowieka, który takich "laleczek" uwodzi na pęczki), a dodatkowo i on zakochuje się w dziewczynie.

Nie uważam czasu poświęconego na obejrzenie musicalu za stracony, ale też niczym szczególnym mnie nie ujął. Nawet mam problem z podaniem jednej, sztandarowej piosenki na zachętę... Z drugiej strony jest to jednak spektakl kultowy, więc może wielu się spodobać. Do obejrzenia i wyrobienia sobie własnego zdania oczywiście zachęcam :)

A posłuchajmy może "Luck Be A Lady" w wykonaniu Sinatry:
https://www.youtube.com/watch?v=ZJpGHR6ofus

:arrow: Kiss Me Kate (Pocałuj mnie, Kasiu) - idąc wstecz szlakiem Tony Awards, natknęłam się na musical, który został pierwszym w historii laureatem głównej kategorii tych nagród - "Kiss Me Kate" z 1948 roku, z muzyką Samuela i Belli Spewacków oraz librettem Cole Portera. O ile mi wiadomo, był to pierwszy musical wystawiony kiedykolwiek w Polsce (w 1957 roku przez Teatr Komedia w Warszawie).

Tutaj również zdecydowałam się na sięgnięcie po wersję sceniczną - revival z 1999 roku (film na podstawie musicalu powstał w 1953 roku) i to był strzał w dziesiątkę! Przede wszystkim ciekawa, zabawna i bardzo musicalowa jest sama historia opowiedziana w musicalu. Oparta jest ona o szekspirowskie "Poskromienie złośnicy". Równolegle śledzimy jednak parę aktorów grających główne role w tym przedstawieniu, Lilli i Freda, którzy w przeszłości byli małżeństwem, a obecnie utrzymują ze sobą typową "love-hate relationship". Tuż przed premierą przedstawienia dochodzi między nimi do ogromnego spięcia, w rezultacie czego przenoszą oni swoje emocje i awersję do siebie na scenę... Taki zabieg bardzo wzbogaca i "uciekawia" starego Szekspira :)

Do posłuchania polecam sztandarowy numer Katarzyny, czyli "I Hate Men" ;) :
https://www.youtube.com/watch?v=gmekN39mnFY

Nice zapominajmy również o tym, że warto "Brush Up Your Shakespeare" :) :
https://www.youtube.com/watch?v=ocq0-LINGyw

:arrow: Chorus Line (Chór) - nie dotarłszy w prosty sposób do ekranizacji z 1985 r. z Michaelem Douglasem, obejrzałam przedstawienie studenckie - i nie żałuję :) Chorus Line zdobył nagrodę Tony w głównej kategorii oraz znowu nagrodę Pulitzera za rok 1976.

O czym opowiada musical? W zasadzie można powiedzieć, że... nie ma on akcji. Spotykamy w nim grupę młodych, ambitnych aktorów-tancerzy, biorących udział w przesłuchaniu do chóru przedstawienia musicalowego. Reżyser po wybraniu garstki z nich każe każdemu kandydatowi z osobna opowiedzieć coś o sobie. Niektórzy mają z tym wybitny problem, ale inni dostarczają różnorakich opowieści o sobie, swoim dzieciństwie i motywach, które popchnęły ich w stronę kariery aktorskiej. Wbrew pozorom składa się to na interesującą i wciągającą całość :)

Polecam zapoznać się z najbardziej znanym utworem z musicalu, czyli "One":
https://www.youtube.com/watch?v=G18qq0UekNM

Z opowieści aktorów mnie najbardziej ujęła historia Diany Morales opowiedziana w utworze "Nothing":
https://youtu.be/K_NC6beS7M4?t=2741

Może udało mi się kogoś zachęcić do obejrzenia któregoś z tych musicali :) Ja na pewno będę "lecieć dalej" z tym gatunkiem :)
On nie ma duszy, mówisz...
Popatrz jeszcze raz
Psia dusza większa jest od psa
My mamy dusze kieszonkowe
Maleńka dusza, wielki człowiek
Psia dusza się nie mieści w psie
I kiedy się uśmiechasz do niej
Ona się huśta na ogonie
Awatar użytkownika
Rita
Beatlesiak
 
Posty: 1906
Rejestracja: Śro Lut 11, 2004 11:07 pm
Miejscowość: Warszawa

Re: Musical i film muzyczny

Postprzez Rita » Sob Kwi 02, 2016 11:11 pm

Fangorn napisał(a):Super! No to teraz muszą wydać soundtrack na CD.


NIe wiem, jak z soundtrackiem, ale premiera DVD 21 kwietnia.

Ostatnio z pewnych względów przerwałam na dłuższy czas oglądanie musicali. Dopiero niedawno, nastrojona klimatem świąt wielkanocnych, wróciłam do filmu, które ostatni raz widziałam jeszcze jako nieczuły na uroki gatunku dzieciak, i który wtedy nie zrobił na mnie wrażenia. Film, o którym mówię, to (oczywiście) genialna ekranizacja rock opery Jesus Christ Superstar z 1973 roku, z całym swoim czarującym, hippisowskim klimatem (który niektórzy traktują jako wadę, jako że hippisowskie anachronizmy z miejsca "postarzają" film - ale ja osobiście uważam, że hippisi i ta cała ich otoczka jakoś tak wybitnie do Jezusa-Supergwiazdy pasują). I cóż mogę napisać o musicalu i o filmie - w zasadzie nic nowego, poza tym, że zarzucam sobie, że tyle lat zwlekałam z odświeżeniem sobie dzieła Jewisona - i to w zasadzie z niewiadomych powodów - a sam musical wpisałam już na listę dzieł do obejrzenia na scenie (i tu na szczęście mam wybór w paru miastach w Polsce). Zdecydowanie jeden z musicali wszech czasów. Tylko na dwiema rzeczami się zastanawiam: po pierwsze czy Jezus zagrany przez Teda Neeleya nie jest przypadkiem najsłabszym elementem filmu (brakuje mi w nim pewnej charyzmy niezbędnej, by udźwignąć tę postać), a po drugie, czy sam musical nie powinien raczej nosić tytułu "Judas Iscariot", bo w pewnym sensie to ta postać jest środkiem ciężkości w dziele Webbera i Rice'a - w końcu patrzymy na postać Jezusa i jego wyznawców niemal cały czas z jego perspektywy (co jest zresztą jednym z najciekawszych zabiegów w JSC).

Zachęcona powyższym seansem sięgnęłam po nowszą ekranizację tego musicalu - adaptację BBC z 2000 roku. Jest to wersja dość powszechnie krytykowana przez wielbicieli oryginalnej ekranizacji - i dobrze, że przed jej obejrzeniem nie czytałam ich komentarzy, bo bym się niepotrzebnie zniechęciła. Może ja nie umiem rozróżnić złych filmów, ale mnie się ta ekranizacja podobała niemal równie bardzo, chociaż jest inna niż ta Jewisonowska (zamiast pustynnych plenerów mamy scenografię bardziej teatralną, anachronizmy są o wiele bardziej współczesne, oraz - może to przypadek, a może znak czasów - inne są role obsadzone przez czarnoskórych aktorów). Bardziej podobał mi się w tej ekranizacji Jezus (uwaga - bez zarostu!), a co do Judasza to nie umiem się zdecydować (IMO może gorzej zaśpiewany, ale równie dobrze zagrany, a może nawet bardziej "emocjonalnie" niż przez Andersona).

Tak czy owak każdego, kto (podobnie jak ja do niedawna) żyje w nieświadomości genialności musicalu "Jesus Christ Superstar", zachęcam do zapoznania się z nim. Poniżej mój ulubiony utwór z JCS w dwóch wersjach.

Hosanna 1973: https://www.youtube.com/watch?v=57ZvXhrqfTY
Hosanna 2000: https://www.youtube.com/watch?v=7x530xSkAdk

Za jakiś czas mam nadzieję obejrzeć najnowszą (bo z 2012) wersję koncertową musicalu z Melanie C. w roli Marii Magdaleny.

Zanim Andrew Lloyd Webber i Tim Rice napisali musical o Jezusie, sięgnęli do historii Jego przodka i w 1970 roku zaprezentowali Józefa i jego cudowny płaszcz snów w technicolorze (Joseph and the Amazing Technicolor Dreamcoat). Musical, pomyślany jako przedstawienie dla dzieci, w radosny i kolorowy sposób przedstawia biblijną opowieść o ukochanym synu swego ojca, którego zazdrośni bracia sprzedają w niewolę do Egiptu, a który tam zdobywa sławę jako interpretator snów.

Nie jest to dzieło pokroju Jesus Christ Superstar, ale i tak moim zdaniem warto je obejrzeć, chociażby ze względu na wspomniany już radosny klimat i postać faraona (wzorowanego na Elvisie Presleyu - notabene w podobny sposób został później przedstawiony Herod w JSC). Na postawie Józefa... powstał w 1999 roku film, który z jakichś powodów nie trafił w ogóle to kin, tylko od razu do dystrybucji video i przed erą YouTube był przedmiotem zaciekłych poszukiwań fanów.

No to przedstawiamy najpierw synów Jakuba (który, jak się dowiadujemy, był "a fine example of a family man"), a potem samego Józefa i jego cudowny płaszcz w technicolorze (btw piosenka idealna do nauki nazw kolorów na poziomie zaawansowanym!):
https://www.youtube.com/watch?v=QtpzoGj-1V8

Ostatni musical, o którym chciałam dziś wspomnieć, jest, co ciekawe, również związany ze starożytnością. Nosi tytuł A Funny Thing That Happened to Me on the Way to the Forum i w 1962 roku zdobył nagrodę Tony dla najlepszego musicalu - mimo to w naszym kraju jest, wydaje mi się, zupełnie nieznany. Z dziełem zapoznałam się za pomocą ekranizacji z 1966 roku, wyreżyserowanej przez znajomego nam skądinąd Richarda Lestera. Musical, oparty na kilku komediach Plautusa, opowiada historię zamieszkałego w Rzymie niewolnika Pseudolusa (w filmie fantastycznie zagranego przez Zero Mostela), który od syna swojego pana (w tej roli znany nam również Michael Crawford) otrzymuje obietnicę uwolnienia w zamian za pomoc w zdobyciu względów córki sąsiada. Cała sprawa oczywiście przeradza się w totalną komedię omyłek. Musical może nie znajdzie w moim TOP10, ale film zdecydowanie polecam gdyż świetne jest w nim praktycznie wszystko: gagi, postacie i piosenki. Kto jest fanem klasycznej komedii w stylu mollierowskim, tutaj doprawionej jeszcze tym charakterystycznym lesterowskim podejściem - nie zawiedzie się na pewno.

Do przesłuchania proponuję:

Chyba najbardziej znany kawałek z musicalu, czyli otwierający go Comedy Tonight: https://www.youtube.com/watch?v=T-hZhr2k2hk
Everybody Ought to Have a Maid: https://www.youtube.com/watch?v=Ahqu1nd3Zu8
Lovely: https://www.youtube.com/watch?v=rY9-qXA395w
On nie ma duszy, mówisz...
Popatrz jeszcze raz
Psia dusza większa jest od psa
My mamy dusze kieszonkowe
Maleńka dusza, wielki człowiek
Psia dusza się nie mieści w psie
I kiedy się uśmiechasz do niej
Ona się huśta na ogonie
Awatar użytkownika
Rita
Beatlesiak
 
Posty: 1906
Rejestracja: Śro Lut 11, 2004 11:07 pm
Miejscowość: Warszawa

Re: Musical i film muzyczny

Postprzez Fangorn » Nie Maj 08, 2016 11:44 pm

Ostatnio obejrzałem cztery musicale, z czego trzy (tak się złożyło, nie było to jakoś zaplanowane) są autorstwa Andrew Lloyda Webbera. Muszę stwierdzić, że ma on niesamowity dar układania melodii – czasem banalnych, czasem niebanalnych, ale zawsze niezwykle łatwych do zapamiętania i „grających” w głowie nawet długo po obejrzeniu konkretnego dzieła.

Na początek musical, który zrobił na mnie najbardziej pozytywne wrażenie z czterech: „Jesus Christ Superstar”. Mój zachwyt nad samą ideą tego przedsięwzięcia, nad tekstami i muzyką, które znałem do tej pory ze wspaniałej wersji filmowej i dwóch udanych albumów (pierwotnego z 1970 r. i soundtracku do filmu z 1973 r.) wzmógł się jeszcze po obejrzeniu wersji scenicznej z 2012 r. Jest to profesjonalny zapis spektaklu, jaki odbył się na stadionie w Birmingham. Rozmach całego wydarzenia w mojej opinii idzie tu w parze z przekonującym, a czasem zachwycającym wykonaniem i ciekawą wizją reżyserską. Jak to stwierdził sam Webber, spektakl był pisany z myślą o rockowych arenach, więc przed stadionową realizacją „Jezusa” stanęły ogromne oczekiwania, które udało się spełnić. Mi wypada się zgodzić ze współautorem musicalu.

Po pierwsze, świetnie udało się uwspółcześnienie treści i znaczeń dzieła. Anachronizmy zostały wpisane w naturę JCS od momentu jego powstania, a w omawianej realizacji zostały one przekonująco zaktualizowane. I tak Jezus jest w 2012 r. przywódcą nie grupy hippisów, a protestujących przeciw hegemonii korporacji („Occupy Wall Street”, ruch Anonymous, protesty w Europie itp.); Herod jest gospodarzem talk show; Kajfasz i Annasz są członkami krajowej rady nadzorczej tejże międzynarodowej korporacji, a Piłat jej dyrektorem – namiestnikiem przysłanym przez centralę. Może nie brzmi to zbyt oryginalnie, ale razem z kilkoma innymi podobnymi zabiegami (jak np. rola mediów społecznościowych, inwigilacji, telewizji) sprawia korzystne wrażenie. Muzyka została zagrana (w końcu) z odpowiednio rockowym zacięciem, a całość ma odpowiedni do miejsca przedstawienia rozmach.

Co najważniejsze, zaletą spektaklu jest także jego obsada. Przynajmniej mnie przekonali prawie wszyscy aktorzy. Jezusa zagrał niejaki Ben Forster, wybrany do tej roli... w specjalnie przygotowanym talent show (zresztą nie pierwsza taka akcja Webbera). Nie zmienia to mojego negatywnego stosunku do formuły tych programów, ale nawet jeśli kariera Forstera będzie się opierała tylko na tej roli, będę uważał, że warto było. Forster ciekawie łączy w sobie rockowe podejście Teda Neeleya i Iana Gillana z bardziej dopracowanym technicznie podejściem, znanym z interpretacji artystów musicalowych. Może nie jest to najlepszy Jezus w historii, może brak mu trochę charyzmy, ale jego kreacja (choć na poziomie aktorskim widać wyraźne braki) wychodzi obronną ręką. Forsterowe wykonanie „Gethsemane” już należy do moich ulubionych. Na początku jest nieco zagubiony w roli Jezusa, ale z czasem nabiera pewności i im dalej, tym jest lepiej. Judasza zagrał... komik – Tim Minchin. Wbrew swej profesji (a może właśnie przez nią) to właśnie on był najlepszy technicznie pod względem aktorskim. Wokalnie nie jest to poziom ekspresji np. Carla Andersona, ale lubię, gdy artyści nie są zbyt idealni w kwestii wokalnej, więc rola Minchina, który poświęca czasem czystość wykonania na rzecz ekspresji aktorskiej, mnie usatysfakcjonowała. A było to początkowo trudniejsze niż w przypadku Forstera, bo to Judasz jest w musicalu główną postacią, to on zaczyna całe przedstawienie – i właśnie otwarcie w postaci „Heaven on Their Minds” może się nie podobać. Nie jest to jednoznacznie „musicalowy” typ głosu; ale potem było już tylko lepiej, gdy zwróciłem uwagę na grę aktorską. Trzecia bardzo ważna postać, czyli Maria Magdalena, została odtworzona przez Melanie C. z wiadomo którego zespołu. Początkowo byłem sceptyczny, ale – chociaż nie był to poziom Yvonne Elliman – Melanie wyszła obronną ręką z „pojedynku” ze swoimi utworami, szczególnie przy „I Don't Know How to Love Him”. Bardzo pozytywne wrażenie wywarł także Alexander Hanson jako Poncjusz Piłat. Tu nie mam wątpliwości, że zarówno „Pilate's Dream”, jak i „Trial Before Pilate” wypadły lepiej niż w wersjach z lat 70. Wokalnie jedynie role Piotra i Szymona Zeloty były takie sobie, ale na szczęście są to postacie trzecioplanowe.

To, co doceniłem jeszcze bardziej po obejrzeniu wersji z 2012 r., to teksty autorstwa Tima Rice'a. Do dzisiaj stanowią one niebanalne podejście do historii Jezusa i przemyślaną, autorską wypowiedź. Nie jestem w stanie wybrać, która wersja – filmowa z 1973 r. czy ta z 2012 r. – podoba mi się bardziej, a przede mną jeszcze realizacja z 2000 r.

Przesłuchałem już - dla porównania - kilkanaście wersji "Gethsemane" i ta broni się nadal: https://www.youtube.com/watch?v=LPfByh5zcvM
Ten moment, gdy przechodzi w falset przy "Why should I die" mnie rozwala za każdym razem! :D

Drugi musical Webbera, jaki widziałem w ostatnim czasie, to „Józef i cudowny płaszcz snów w technikolorze” w wersji filmowej z 1999 r. Jest to bardzo musicalowy film, w zasadzie pół film, pół spektakl. Już od pierwszych scen widać, że jest to produkcja skierowana do młodszej widowni. Sam projekt Webbera i Rice'a powstał jeszcze przed JCS, w 1968 r., ale nie był od razu sukcesem. W 1969 r. wyszedł concept album (czyli kolejność podobna jak w przypadku JCS), ale przepadł i dziś trudno go znaleźć. Dopiero po sukcesie „Jezusa” wrócono do „Józefa” z lepszym skutkiem. Takie losy nie dziwią, gdyż „Józef” nie jest tak udany jak „Jezus”. Jest to musical skierowany do dzieci, ale cokolwiek płaski i mimo wszystko zbyt prosty w przekazie. Jeśli natomiast kupimy taką konwencję, można się dobrze bawić.

„Józef” podobał mi się właśnie przez swą lekkość, kolorowość (zgodnie z nazwą) i całkiem nieźle skrojony scenariusz. Wystarczyło miejsca na humor, troszkę powagi (chyba najlepszy utwór – „Close Every Door”, ładne „Those Canaan Days”) oraz wzruszenie (zakończenie musicalu). Aż prosiło się o wzmocnienie rysu psychologicznego Józefa, głębsze zarysowanie jego relacji z braćmi i poważniejsze potraktowanie historii – no ale w założeniu miał to być spektakl dla młodej widowni. Jeśli chodzi o muzykę, pochwalić należy łatwość, z jaką Webber przesuwa się od jednej stylistyki do drugiej, od muzyki żydowskiej, francuskiej, karaibskiej, country po rock and rolla (faraon jako Elvis, o czym pisała Rita). Teksty są całkiem dobre, a niektóre naprawdę pomysłowe (jak wyliczanie kolorów w „Joseph's Coat”). Wszystkie utwory są niesamowicie, wręcz niepokojąco, chwytliwe. Skutek jest taki, że niektóre melodie są zbyt banalne, ale nie można odmówić im swoistego uroku (jak „Any Dream Will Do”). Część utworów pod względem muzycznym przypomina to, co Webber stworzy zaraz po „Józefie”, czyli „Jesus Christ Superstar” („Any Dream Will Do”, którego klimat zostanie przypomniany w „The Last Supper” czy wręcz cytat z „Who's the Thief” w „Trial Before Pilate”). Aranżacjom brakuje jednak moim zdaniem rockowego zabarwienia, a niektóre mają taki potencjał (ale znów – to przedstawienie dla dzieci, więc moje żale są nieuprawomocnione). Same wykonania są niezłe, ale bez rewelacji (najbardziej podobał mi się sam Józef – Donny Osmond – i Elvis, król Egiptu, czyli Robert Torti). Całe szczęście, że przy następnym dziele Webber i Rice zrezygnowali z postaci Narratora, która w „Józefie” wyśpiewuje chyba z połowę kwestii. Podsumowując, musical mi się podobał, choć nie wywołał zachwytu.

Rita napisał(a):(btw piosenka idealna do nauki nazw kolorów na poziomie zaawansowanym!)

Dokładnie. Ja chyba nie znam tylu kolorów nawet po polsku.

Inne wrażenie odniosłem natomiast po zapoznaniu się z „Kotami” Andrew Lloyda Webbera na podstawie wierszy T.S. Eliota. Jest to musical bardzo pozytywnie oceniany, więc tym bardziej zawiodłem się na nim. Widziałem wersję z 1998 r., która jest zapisem londyńskiego przedstawienia. Największym minusem „Kotów” jest dla mnie fabuła, a raczej jej brak. Jakakolwiek adaptacja zbioru wierszy wiąże się z koniecznością wpisania ich w większy szkielet fabularny, czego tu nie zrobiono dostatecznie dobrze. Efekt był taki, że przez pół spektaklu mamy do czynienia z introdukcją bohaterów, a przez drugą połowę ze zbiorem niewiele znaczących wydarzeń. Sam szkielet oczywiście jest, ale poszczególne utwory zostały do niego jedynie bardzo luźno doczepione.

Niestety, z żadnym z bohaterów nie byłem w stanie się utożsamić, w wyniku czego spektakl zaczął mnie nudzić i wyczekiwałem z niecierpliwością nie tyle rozwiązania fabuły, ile po prostu końca. Jedynie motyw Grizabelli był jako tako zajmujący, ale to za mało. Najgorzej wypadł chyba (tajemniczy i złowieszczy tylko w założeniu) Macavity, którego pojawienie się jest po prostu nudne. Muzycznie „Koty” także nie wywołują rumieńców na twarzy. Ponadczasowy „Memory” (wykonany przez Elaine Page i Veerle Casteleyn, zdubbingowaną jednak przez Helen Massie) wybija się zdecydowanie ponad pozostałe utwory. Jest on zresztą napisany przez Webbera i Trevora Nunna, co pokazuje moim zdaniem, że oryginalne teksty Elliota ciążyły Webberowi przy pisaniu muzyki. W budowaniu dramatyzmu na pewno nie pomogły, ale być może po prostu nie dało się z tego materiału więcej wycisnąć. Adaptacja zbioru wierszy na musical to dla mnie zadanie wymagające ogromnej ekwilibrystyki i dużej dozy pomysłowości, czego wyraźnie zabrakło.

Pochwalić należy natomiast choreografię (na tyle, że – na szczęście częste – fragmenty czysto muzyczno-taneczne, bez słów, były najciekawsze w całym spektaklu). Kostiumy i pieczołowita charakteryzacja wyszły różnie w zależności od aktorów, ale ogólnie efekt oceniam na co najmniej intrygujący. Największym zaskoczeniem było pojawienie się na scenie 90-letniego Sir Johna Millsa w roli Gusa, który nawet zaśpiewał piosenkę! Niestety całość oceniam jako ogromny zawód. Lubię koty, ale „Kotów” nie polubiłem.

Do zestawu Webberowskiego dołożyłem film, który technicznie nie jest musicalem, a filmem z piosenkami (dla dzieci, dodajmy). Mowa o uroczej „Alicji w Krainie Czarów” z 1985 r. Przyznam, że obejrzałem film tylko dlatego, że występuje w nim Ringo Starr (w roli Niby Żółwia), ale całość naprawdę mi się spodobała. Jest to ekranizacja „Alicji w Krainie Czarów” i „Alicji po drugiej stronie lustra” (całość trwa więc ponad trzy godziny). Film jest pewnie jak na dzisiejsze standardy zbyt staroświecki, bo przypomina trochę produkcje z lat 30. i 40., ale ma niezwykły urok. Same piosenki autorstwa Steve'a Allena zaaranżowane są przeważnie na pop/jazz w stylu Franka Sinatry, tylko z gorszymi orkiestracjami i są całkiem przyjemne. Film zachęca też pełną gwiazd obsadą (m.in. Telly Savalas, Rody McDowall, Sammy Davis Jr., Sid Caesar, Ernest Borgnine, Lloyd Bridges, Beau Bridges, Harvey Korman, Karl Malden, Pat Morita i wielu innych, nie zapominając o świetnej dziesięciolatce, Natalie Gregory, w roli głównej – i prawie wszyscy śpiewają!). Bardzo przyjemny seans.

Wybuchowy Sammy Davis Jr. jako Pan Gąsienica: https://www.youtube.com/watch?v=kFi4DJ80bV4
Jednak większość piosenek jest utrzymana w takich klimatach: https://www.youtube.com/watch?v=1qDpBrs-eRM
Aż szkoda, że nie zaśpiewał tego Frank Sinatra...
No i Ringo: https://www.youtube.com/watch?v=O7SAvwZcNoU

Rita napisał(a):Za jakiś czas mam nadzieję obejrzeć najnowszą (bo z 2012) wersję koncertową musicalu z Melanie C. w roli Marii Magdaleny.

To się dobrze wpisałem. Nie wiedziałem o Twoim zamiarze przed obejrzeniem JSC, serio :wink: Widziałaś już?
Kiedy się dziwić przestanę, będzie po mnie
Awatar użytkownika
Fangorn
Admiral Halsey
 
Posty: 603
Rejestracja: Pią Mar 28, 2014 4:48 am
Miejscowość: Zamość / Warszawa

Re: Musical i film muzyczny

Postprzez Rita » Pon Maj 09, 2016 12:43 pm

Dziękuję za niesamowicie ciekawy opis wrażeń i za przypomnienie filmu o Alicji, który już od dawna mam zamiar obejrzeć :) Koncertowej wersji "Jesus Christ Superstar" jeszcze nie widziałam (pewnie właśnie fakt występowania w niej Melanie C. mnie od tego odwodził), ale skoro tak zachwalasz, to z pewnością wkrótce to nadrobię.

Zgadzam się, że "Józef..." nie jest może najwybitniejszym musicalem, ale za to melodie ma wybitnie chwytliwe. Prawdą również jest, że historia Józefa przedstawiona przez Webbera z pomocą Rice'a jest nieco w tym musicalu spłaszczona, ale mnie uderzyło coś innego: w czasach, kiedy powstawało dzieło, pewnie nikt nie zwracał jeszcze na to uwagi (jak i przez tysiące lat wcześniej), ale dziś przedstawiając dzieciom taką historię warto zadać pytanie, czy to było w porządku ze strony Jakuba, że tak otwarcie faworyzował jednego ze swoich synów? Bo w musicalu (jak i chyba również w Biblii?) nie jest to w żaden sposób skomentowane czy skrytykowane, więc warto by było aby narrator, skoro już tam jest (btw mnie narratorka wcale tam nie przeszkadza) pokusił się o komentarz, że to jednak były inne czasy i inny model relacji w rodzinie.

A w filmie jest jeszcze jeden "myk", który mi się bardzo spodobał (to chyba spoiler będzie, więc ostrzegam). Nie wiem, czy taki był oryginalny zamysł Rice'a/Webbera czy też bardziej pomysł realizatorów filmu, ale strasznie podoba mi się, że nauczycieli, których widzimy w początkowych scenach filmu, widzimy potem na scenie w różnych rolach, i mam wrażenie, że niekiedy grają oni postacie zupełnie odmienne charakterologicznie od samych siebie (żona Potifara) :)

Jesteś pierwszą znaną mi osobą, która nie lubi "Kotów" :) Ja żałuję, że kiedy grali to w "Romie", byłam jeszcze młoda i głupia i niedoceniająca musicali. A podobno przedstawienie w Romie to było "coś" - może właśnie dlatego, że była to wersja "non-replica"?

A idąc dalej Lloyd Webberem, na YouTubie możesz obejrzeć jego jednoaktowy mini-musical z końca lat 70. pt. "Tell Me on a Sunday". Wszystkie piosenki śpiewa tam jedna aktorka. Musical to opowiesć dziewczyny, która wyemingrowała z Anglii do USA i tam poszukiwała miłości. Jej perypetie na tym polu to tematy kolejnych piosenek :) Poniżej największy hit z tego musicalu, melodycznie - jak to u Webbera - znowu niezwykle chwytliwy:

https://www.youtube.com/watch?v=EtxPMvafqbE
On nie ma duszy, mówisz...
Popatrz jeszcze raz
Psia dusza większa jest od psa
My mamy dusze kieszonkowe
Maleńka dusza, wielki człowiek
Psia dusza się nie mieści w psie
I kiedy się uśmiechasz do niej
Ona się huśta na ogonie
Awatar użytkownika
Rita
Beatlesiak
 
Posty: 1906
Rejestracja: Śro Lut 11, 2004 11:07 pm
Miejscowość: Warszawa

Re: Musical i film muzyczny

Postprzez Fangorn » Pon Maj 09, 2016 1:20 pm

Rita napisał(a):Koncertowej wersji "Jesus Christ Superstar" jeszcze nie widziałam (pewnie właśnie fakt występowania w niej Melanie C. mnie od tego odwodził), ale skoro tak zachwalasz, to z pewnością wkrótce to nadrobię.

Koniecznie, bo jestem bardzo ciekaw, czy Ci się spodoba. Znalazłem nawet poszczególne utwory w wersji mp3, żeby sobie jeszcze raz przesłuchać.

Nie udało mi się dotrzeć natomiast ani do albumu "Joseph and the Amazing Technicolor Dreamcoat" z 1969 r. (po przeczytaniu kilku opinii to chyba nie jest wielka strata), ani do zapisu audio z 1999 r., znalazłem natomiast wersję z 1991 r. w innej obsadzie i stwierdzam, że jest to wersja lepsza niż filmowa. Doskonalsza pod względem wokalnym, chyba też instrumentalnym, a słucha się jej jeszcze przyjemniej niż ogląda film.

Rita napisał(a):czy to było w porządku ze strony Jakuba, że tak otwarcie faworyzował jednego ze swoich synów?

Zwróciłem uwagę na to samo. Gdyby to był musical dla starszej widowni, Rice i Webber na pewno wprowadziliby więcej dramatyzmu i szerszy szkic psychologiczny postaci. I pewnie poszliby w stronę anachronizmów, jak robili to później, więc przekładaliby postępowanie Jakuba, Józefa i jego braci na sytuację dzisiejszą. Na przykład mogliby zwrócić uwagę, że nie tylko Jakub faworyzował Józefa, co wzbudzało zazdrość jego starszych braci (ale to można jeszcze starać się zrozumieć - ojciec był już stary, rodzice chyba często faworyzują najmłodsze dzieci, a bracia Józefa w końcu mieli już swoje rodziny i inne sprawy na głowie), ale - co jeszcze ciekawsze - Józef był przez to bardzo zarozumiały, zadufany w sobie, przekonany o własnej wyższości i wręcz o tym, że został stworzony do większych celów niż jego bracia. Jest to ukazane w utworze "Joseph's Dreams", ale w sposób bardzo zabawny. I tym właśnie Józef najbardziej wkurza swoich braci. Bracia planują zemstę na Józefie w kolejnej wesołej (!) piosence ("Poor, Poor Joseph"), a przecież widać później, że nie odczuwają żadnych skrupułów i cieszą się z krzywdy brata, fałszywie przedstawiając sytuację ojcu ("One More Angel in Heaven"). W takim kontekście późniejsze losy Jakuba i jego synów są w pewnym sensie karą za ich postępowanie (widać na końcu ich przemianę), a nawet los Józefa do pewnego stopnia ukazuje mu jego wcześniejsze błędy. To oczywiście jest obecne, ale ledwo naszkicowane i gdzieś w tle. Wyobrażam sobie poważniejszą wersję "Józefa", gdzie te problemy byłyby sensownie ukazane - i to mogłoby być ciekawe. Jednakże wyrzuciłbym Narratora, choć w utworze dla dzieci się nawet sprawdza.

Część problematyki zostanie później rozwinięta przez Rice'a w JCS, np. odpowiedzialność rosnąca w miarę sprawowania ważniejszej funkcji, rola sławy ("Strange as it seems, there's been a run of crazy dreams and a man who can interpret could go far, could become a star" - z utworu "A Pharaoh's Story"). Więc trochę szkoda, że "Józef" został tylko musicalem dla dzieci, bo przy okazji premiery JCS mogli go jeszcze przepracować.

Rita napisał(a):Nie wiem, czy taki był oryginalny zamysł Rice'a/Webbera czy też bardziej pomysł realizatorów filmu, ale strasznie podoba mi się, że nauczycieli, których widzimy w początkowych scenach filmu, widzimy potem na scenie w różnych rolach, i mam wrażenie, że niekiedy grają oni postacie zupełnie odmienne charakterologicznie od samych siebie (żona Potifara)

Tej ramy kompozycyjnej nie ma w oryginalnym musicalu, który jest tylko historią Józefa.

Rita napisał(a):Jesteś pierwszą znaną mi osobą, która nie lubi "Kotów" :)

Hurra, w końcu jestem oryginalny i niepowtarzalny! :wink:
Kiedy się dziwić przestanę, będzie po mnie
Awatar użytkownika
Fangorn
Admiral Halsey
 
Posty: 603
Rejestracja: Pią Mar 28, 2014 4:48 am
Miejscowość: Zamość / Warszawa

Re: Musical i film muzyczny

Postprzez Rita » Śro Maj 11, 2016 10:48 pm

Fangorn napisał(a): Jednakże wyrzuciłbym Narratora, choć w utworze dla dzieci się nawet sprawdza.


No dobra, to przyznam się, że Pani Narratorka to moja ulubiona postać w tym konkretnie filmie ;) Uważam, że w filmie/musicalu dla dzieci taka postać jest wręcz niezbędna. Dzieciaki przecież same nie wydedukują sobie wielu rzeczy, które dla dorosłych są oczywiste. Zresztą dzieciaki lubią historie, bajki itd., a ktoś je musi opowiadać. Jedyne, czego mi brak, to właśnie jakiegoś takiego komentarza na temat relacji Jakuba z Józefem i resztą synów. Te wszystkie rzeczy, na które zwróciłeś uwagę, to oczywista prawda - ale zauważalna dla nas, dorosłych. Jak byłam mała byłam namiętną czytelniczką opowieści biblijnych i pamiętam, że wszystko, co było w nich opisane, przyjmowałam absolutnie bezkrytycznie - w tym fakt, że Jakub jednak nie zachowywał się w porządku wobec pozostałych synów (widocznie miał powód, w końcu Józef był dobry, a bracia źli - tak myślałam, a przecież wszyscy wiemy, że nic nie jest takie proste i spłaszczone). Oczywiście gdyby "Józef" był musicalem dla dorosłych, taki komentarz i w ogóle obecność narratora byłaby faktycznie niepotrzebna, a pewnie nawet wydawałaby się dość dziwnym rozwiązaniem ;-)
On nie ma duszy, mówisz...
Popatrz jeszcze raz
Psia dusza większa jest od psa
My mamy dusze kieszonkowe
Maleńka dusza, wielki człowiek
Psia dusza się nie mieści w psie
I kiedy się uśmiechasz do niej
Ona się huśta na ogonie
Awatar użytkownika
Rita
Beatlesiak
 
Posty: 1906
Rejestracja: Śro Lut 11, 2004 11:07 pm
Miejscowość: Warszawa

Re: Musical i film muzyczny

Postprzez Rita » Nie Cze 26, 2016 4:37 pm

A tymczasem od jakiegoś czasu wiadomo już, co po "Mamma Mia" grane będzie w Teatrze Roma. Będzie to rodzima produkcja pt. "Piloci", a bohaterami musicalu będą polscy lotnicy walczący w bitwie o Anglię podczas II wojny światowej.

http://www.polskieradio.pl/7/160/Artyku ... atrze-Roma

Trzymam kciuki za przedsięwzięcie, tym bardziej, że gdzieś tam odczuwam jednak małe rozczarowanie, że na razie nie będzie powrotu do AMBITNEGO światowego musicalowego kanonu na miarę "Kotów" czy "Nędzników".

W każdym razie, póki co, "Mamma Mia" nie schodzi jeszcze z afisza, a więc stęskniona za musicalem na scenie Rita musi poszukać rozrywki w innych miastach :) W lipcu czeka mnie "Kiss Me, Kate" w gdańskim Teatrze Szekspirowskim (ach, jakże się na to cieszę!) http://teatrszekspirowski.pl/wydarzenia/kiss-me-kate-2/, a we wrześniu - NOTRE DAME DE PARIS w Baduszkowej 8)

Korzystając z dzisiejszej pogody (w stolicy burza i dużo wody) nadrabiam zaległości filmowe. M.in. sięgnęłam po raz drugi do "Music Mana". Niedawno zdarzyło mi się usłyszeć opinię, że ekranizacji tej już nie da się dzisiaj oglądać. Po seansie mogę powiedzieć, że nie zgadzam się z tym stwierdzeniem, chociaż film ma parę typowych dla czasów, w których powstał, grzeszków. Ale jest ok. Teraz jeszcze bardziej zaskakujące wydaje mi się, że Paul wybrał akurat "Till There Was You" do repertuaru Beatlesów i że John go za to nie zabił śmiechem/sarkazmem ;)
On nie ma duszy, mówisz...
Popatrz jeszcze raz
Psia dusza większa jest od psa
My mamy dusze kieszonkowe
Maleńka dusza, wielki człowiek
Psia dusza się nie mieści w psie
I kiedy się uśmiechasz do niej
Ona się huśta na ogonie
Awatar użytkownika
Rita
Beatlesiak
 
Posty: 1906
Rejestracja: Śro Lut 11, 2004 11:07 pm
Miejscowość: Warszawa

Re: Musical i film muzyczny

Postprzez Rita » Nie Lip 31, 2016 6:53 pm

Wszystkich fanów musicalu gorąco zachęcam do wybrania się na "Kiss Me Kate" do Teatru Szekspirowskiego w Gdańsku.

Fantastyczny spektakl, no ale po topowych aktorach z Baduszkowej trudno było spodziewać się czegoś innego. Wrażenia z oglądania przedstawienia na scenie elżbietańskiej - niezapomniane. Ja chcę płytę z piosenkami z tego musicalu! :D
On nie ma duszy, mówisz...
Popatrz jeszcze raz
Psia dusza większa jest od psa
My mamy dusze kieszonkowe
Maleńka dusza, wielki człowiek
Psia dusza się nie mieści w psie
I kiedy się uśmiechasz do niej
Ona się huśta na ogonie
Awatar użytkownika
Rita
Beatlesiak
 
Posty: 1906
Rejestracja: Śro Lut 11, 2004 11:07 pm
Miejscowość: Warszawa

Re: Musical i film muzyczny

Postprzez Rita » Sob Paź 22, 2016 3:48 pm

W połowie września byłam w Gdyni na "Notre Dame De Paris".Była to moja pierwsza wizyta w Teatrze Muzycznym im. Danuty Baduszkowej.

Spektakl na wysokim poziomie, aktorsko i wokalnie rewelacja. Esmeralda budzi z mojej strony większą sympatię niż ta wykreowana przez Helenę Segara (choć widziałam w jej roli aktorkę z drugiej obsady, nie Maję Gaździńską, którą bardzo chciałam zobaczyć). Quasimodo - przy pełnym zrozumieniu, że nigdy to nie będzie Garou ;) - w porządku. Frollo bardzo dobry, podobnież Gringoirie. Najsłabszy moim zdaniem Phoebus.

Ale pewną ironią losu jest fakt, że jest to wersja tak bardzo non-replica, że kostiumy i scenografia to są DOKŁADNIE TE SAME kostiumy i scenografia co w wersji francuskiej, na które tu kiedyś z Emeelą tak narzekałyśmy :lol: Nie wiedziałam, że takie były (podobno) wymogi strony francuskiej i bazując na doświadczeniach z Romy spodziewałam się bardziej wersji non-replica. A tu nawet tam, gdzie aktor francuski podniósł rękę, to aktor polski też musiał. :D

Rozumiem, że takie były warunki i nie jest to zarzut wobec Baduszkowej, ale... jednak mam nadzieję, że kolejny musical, na który się tam wybiorę, nie będzie już takim lustrzanym odbiciem oryginału :D
On nie ma duszy, mówisz...
Popatrz jeszcze raz
Psia dusza większa jest od psa
My mamy dusze kieszonkowe
Maleńka dusza, wielki człowiek
Psia dusza się nie mieści w psie
I kiedy się uśmiechasz do niej
Ona się huśta na ogonie
Awatar użytkownika
Rita
Beatlesiak
 
Posty: 1906
Rejestracja: Śro Lut 11, 2004 11:07 pm
Miejscowość: Warszawa

Re: Musical i film muzyczny

Postprzez aggson » Sob Lis 19, 2016 3:15 pm

Cześć. :) Na pewno kojarzycie Across The Universe. Czy ktoś z was może mi powiedzieć czy ten film muzyczny jest dubbingowany czy piosenki Bitelsów są tłumaczone w napisach, niekoniecznie w sposób który pasuje do melodii?

Druga rzecz. Widziałam, że są tu jacyś fajni Jesus Christ Superstar. Szóstego listopada w Poznaniu ten spektakl został zagrany z Markiem Piekarczykiem w roli Jezusa. Czy ktoś może był na tym spektaklu?
Awatar użytkownika
aggson
Nowhere Man
 
Posty: 4
Rejestracja: Nie Mar 08, 2015 12:12 pm

Re: Musical i film muzyczny

Postprzez hillary » Nie Lis 20, 2016 1:03 pm

Obejrzałem w swoim archiwum DVD "Across The Universe" i jest bez dubbingu posiada jedynie napisy w języku polskim.
Za to polsatowska telewizyjna wersja z Sylwestra 2014 jest z lektorem i o wiele lepszym zapisem(tłumaczeniem) tekstów piosenek z napisami, których teksty (rytm i rymy) dobrze nadają się do polskiej wersji karaoke piosenek Fab Four.
hillary
Nowhere Man
 
Posty: 3
Rejestracja: Sob Lis 19, 2016 7:02 pm

Re: Musical i film muzyczny

Postprzez Rita » Nie Lis 20, 2016 10:21 pm

@aggson: Nie byłam na spektaklu, o którym wspominasz, chociaż fanką JSC jestem jak najbardziej. Mogliby go zagrać w Romie, ech.

A dzisiaj w radiu usłyszałam, że w Łodzi przygotowują inscenizację "Nędzników"!! I to z zastosowaniem nowatorskich w skali kraju, trójwymiarowych animacji. Strasznie jestem ciekawa efektu bo "Nędznicy" to mój musicalowy Top 10. Nawet jeśli mało prawdopodobne jest, że ktokolwiek pobije Łukasza Dziedzica w roli Javerta. A w stołecznej Rampie planują wystawić wersję musicalową "Kobiet na skraju załamania nerwowego" Almodovara. Przebieram nóżkami :)
On nie ma duszy, mówisz...
Popatrz jeszcze raz
Psia dusza większa jest od psa
My mamy dusze kieszonkowe
Maleńka dusza, wielki człowiek
Psia dusza się nie mieści w psie
I kiedy się uśmiechasz do niej
Ona się huśta na ogonie
Awatar użytkownika
Rita
Beatlesiak
 
Posty: 1906
Rejestracja: Śro Lut 11, 2004 11:07 pm
Miejscowość: Warszawa

Re: Musical i film muzyczny

Postprzez Emeela » Pią Lut 24, 2017 12:59 pm

Trwają castingi i przygotowania do musicalu "Wiedźmin" w TM w Gdyni.
Drżę i czekam - strasznie ciekawa jestem strony muzycznej...
"Czekaj i nie trać nadziei"
"Żeby czekać trzeba żyć"
"Do, or not do - there is no try"
Awatar użytkownika
Emeela
Beatlesiak
 
Posty: 1290
Rejestracja: Śro Maj 10, 2006 10:11 am
Miejscowość: Piernikowo

Re: Musical i film muzyczny

Postprzez Rita » Pią Mar 10, 2017 9:11 pm

Za bardzo się z Wiedźminem nie znam - czytałam tylko jeden bodajże zbiór opowiadań z nim, i to lata temu - więc raczej na musical nie nie wybiorę.

ALE! Szczecińska Opera na Zamku wystawia "Crazy For You" braci Gershwinów! Załapałyśmy się z koleżanką niemal na ostatnie dwa bilety (!) na jeden z terminów czerwcowych, już się nie mogę doczekać :)

http://www.opera.szczecin.pl/component/ ... ektakl/350
On nie ma duszy, mówisz...
Popatrz jeszcze raz
Psia dusza większa jest od psa
My mamy dusze kieszonkowe
Maleńka dusza, wielki człowiek
Psia dusza się nie mieści w psie
I kiedy się uśmiechasz do niej
Ona się huśta na ogonie
Awatar użytkownika
Rita
Beatlesiak
 
Posty: 1906
Rejestracja: Śro Lut 11, 2004 11:07 pm
Miejscowość: Warszawa

Re: Musical i film muzyczny

Postprzez Rita » Wto Mar 06, 2018 8:28 pm

Nie wiem, jak to się stało, że z kilkudniowym opóźnieniem trafiłam na tę wiadomość.

Trwają przygotowania do nowej produkcji muzycznej na scenie warszawskiej Rampy. Spektakl pod tytułem “All you need is love” będzie lekką komedią o… życiu i miłości, połączoną piosenkami zespołu The Beatles.

- Zgorzkniała psychoanalityczka prowadzi terapie małżeńskie najbardziej beznadziejnych przypadków w mieście - zdradza zarys libretta Jakub Wocial, kierownik artystyczny sceny muzycznej w Teatrze Rampa. - Każdy z jej pacjentów jest trochę nieszczęśliwy w związku, ale czy to od razu powód, żeby się rozstawać?

Autorką scenariusza jest Dorota Wójtowicz. Co ciekawe piosenki, które usłyszymy w spektaklu, nie zostaną przetłumaczone na język polski.

- Piosenki będą wykonywane w języku oryginalnym, aby zachować ich ogromną wartość muzyczna - tłumaczy Wocial.


(Źródło: http://musicalove.info/blog/nowo%C5%9Bc ... he-beatles)

:D :D :D
On nie ma duszy, mówisz...
Popatrz jeszcze raz
Psia dusza większa jest od psa
My mamy dusze kieszonkowe
Maleńka dusza, wielki człowiek
Psia dusza się nie mieści w psie
I kiedy się uśmiechasz do niej
Ona się huśta na ogonie
Awatar użytkownika
Rita
Beatlesiak
 
Posty: 1906
Rejestracja: Śro Lut 11, 2004 11:07 pm
Miejscowość: Warszawa

Re: Musical i film muzyczny

Postprzez Emeela » Wto Mar 20, 2018 1:39 pm

Rita napisał(a):Nie wiem, jak to się stało, że z kilkudniowym opóźnieniem trafiłam na tę wiadomość.

Trwają przygotowania do nowej produkcji muzycznej na scenie warszawskiej Rampy. Spektakl pod tytułem “All you need is love” będzie lekką komedią o… życiu i miłości, połączoną piosenkami zespołu The Beatles.

- Zgorzkniała psychoanalityczka prowadzi terapie małżeńskie najbardziej beznadziejnych przypadków w mieście - zdradza zarys libretta Jakub Wocial, kierownik artystyczny sceny muzycznej w Teatrze Rampa. - Każdy z jej pacjentów jest trochę nieszczęśliwy w związku, ale czy to od razu powód, żeby się rozstawać?

Autorką scenariusza jest Dorota Wójtowicz. Co ciekawe piosenki, które usłyszymy w spektaklu, nie zostaną przetłumaczone na język polski.

- Piosenki będą wykonywane w języku oryginalnym, aby zachować ich ogromną wartość muzyczna - tłumaczy Wocial.


(Źródło: http://musicalove.info/blog/nowo%C5%9Bc ... he-beatles)

:D :D :D


A o tym nie wiedziałam, pomimo, że ich obserwuję! Dzięki wielkie za uświadomienie mi w jak wielkiej żyłam niewiedzy! Jestem niezwykle zainteresowana!
"Czekaj i nie trać nadziei"
"Żeby czekać trzeba żyć"
"Do, or not do - there is no try"
Awatar użytkownika
Emeela
Beatlesiak
 
Posty: 1290
Rejestracja: Śro Maj 10, 2006 10:11 am
Miejscowość: Piernikowo

Poprzednia

Wróć do Ob-la-di, Ob-la-da

Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 0 gości